Jak na dłoni

Powiedzieć „szkoda” to za mało. Przez to zaniedbanie pokoleniowe szykują się poważne zmiany w definicjach pojęć dotąd nie budzących żadnej wątpliwości.
 
Tajemnica jest tajemnicą tak długo, jak wiedza której strzeże nie wypłynie poza krąg strzegących jej osób i nie stanie się dostępną dla postronnych. Bankowcy zdają się tego nie wiedzieć. Szafują definicją „tajemnicy bankowej”, szczycą się dyskrecją, a są pierwszymi, którzy z premedytacją wykorzystują wiedzę pozyskaną od swoich klientów w zaufaniu.
 
Zawierając umowę o prowadzenie rachunku bankowego, najbardziej podstawowego produktu bankowego, musimy wyrazić zgodę na przetwarzanie danych, w przeciwnym razie bank nie będzie miał możliwości powiadomić nas o saldzie, oprocentowaniu czy innych parametrach rachunku. Bank może jednak te dane udostępniać innym podmiotom z określonej grupy, jeśli wyrazimy na to zgodę. Czy musimy? Nie, ale bank znajdzie tysiąc powodów by przekonać nas, że nie tylko powinniśmy, ale wręcz musimy. Bo tak jest bankowi wygodniej.
 
Blisko 15 lat temu, w Olsztynie, do nowo otwartego oddziału banku wszedł starszy mężczyzna i podszedł prosto do kasy. W tamtym czasie w większości banków kasy były oddzielone od stanowisk dysponenckich, zabudowane wielkimi szybami i służyły wyłącznie do wpłat i wypłat gotówki. Mężczyzna chciał wpłacić pieniądze na rachunek syna, studenta. Nie znał numeru rachunku ani adresu, jedynie imię, nazwisko i datę urodzenia. Tłumaczył się starością i kłopotami z pamięcią. Kasjerka znalazła rachunek syna, nie było to bardzo skomplikowane i przyjęła wpłatę. Starszy pan dostał potwierdzenie wpłaty i wyszedł. Cóż, historia jakich wiele.
 
Kilka dni później do banku wbiegł młody mężczyzna. Wykrzykiwał, wygrażał kasjerkom, dysponentkom. Zażądał spotkania z dyrektorem, co zresztą osiągnął. Ponieważ młody człowiek był bardzo wzburzony, dyrektor przyjął go w swoim gabinecie, z dala od sali operacyjnej i innych klientów. Powód wcale nie był błahy. Nie chodziło bowiem ani o nieudzielenie kredytu, ani o opłaty czy nawet prowizje za czynności bankowe. Młody człowiek zarzucił dyrektorowi, że jego pracownicy ujawnili jego dane, w tym adres i numer rachunku nieuprawnionej do tego osobie. Ten młody człowiek był synem-studentem starszego pana, który kilka dni wcześniej prosił kasjerkę o pomoc przy wpłacie pieniędzy na rachunek syna.
 
Ojciec i syn byli w sporze od dawna. Syn nie chciał utrzymywać żadnych kontaktów z ojcem, wyprowadził się z domu i rozpoczął życie na własny rachunek. Tymczasem ojciec, pod pretekstem wpłaty pieniędzy dla syna, dostał od banku adres i numer rachunku syna, za co słusznie młody człowiek mógł mieć pretensje.
Bez względu na koligacje rodzinne, pokrewieństwo, powinowactwo, zażyłą przyjaźń czy inny rodzaj relacji łączących wpłacającego i odbiorcę pieniędzy, bank nie ma prawa udostępnić nawet informacji czy osoba, która ma otrzymać pieniądze jest klientem tego banku czy nie jest, nie wspomnę już o numerze rachunku czy adresie.
 
Wyobraźmy sobie sytuację, gdy ktoś obcy wpłaca na rachunek np. sędziego jakąś wydumaną kwotę. Nie musi znać adresu, wystarczy, że zna numer rachunku lub chociaż nazwisko – bank wpłatę przyjmie. Na potwierdzeniu wpłacający znajdzie adres sędziego. W tytule może wpisać co chce, nawet „łapówka”. Sędzia nie jest w stanie udowodnić, że to nie była żadna łapówka, że ktoś mu robi przykry kawał lub próbuje go zdyskredytować. Walka o zachowanie dobrego imienia jest z góry skazana na porażkę. Po to właśnie bankowców obowiązuje tajemnica bankowa oraz ustawa o ochronie danych osobowych (nie tylko bankowców, ale skupmy się na nich i na pracownikach innych instytucji finansowych).
 
Tajemnica bankowa kojarzona jest zazwyczaj ze Szwajcarią, kontami na hasło i bankierami w białych koszulach i czarnych załokietnikach. Wielu polskich bankowców pracujących w oddziałach i oddzialikach w miastach, miasteczkach i wsiach traktuje jednak sprawę tajemnicy bankowej dość frywolnie. Panie i panowie obsługujący Kowalskich, ich rodziny i firmy nie zdają sobie sprawy z konsekwencji płynących z braku dyskrecji, którą przecież wymusza na nich ustawodawca, regulaminy i Kodeks Dobrych Praktyk. Doszło do tego, że idąc do osiedlowego oddziału banku można się dowiedzieć – całkiem jak u fryzjera – że u sąsiadów w domu są awantury, że ta ruda z przeciwka wychowuje dziecko znanego polityka bo dostaje od niego alimenty itd., że łysy co parkuje na miejscu dla inwalidów płaci wysokie podatki itd.
 
Kto jest winny takich zaniedbań? Czy tylko pani Krysia z okienka w banku, czy może dyrektor w jej oddziale? Problem leży dużo głębiej, a raczej znacznie wyżej. Niedbalstwo i niechlujstwo przejawiają osoby podejmujące w instytucjach finansowych kluczowe decyzje. Czegóż bowiem wymagać od szeregowych pracowników jeżeli sam prezes w sposób nonszalancki wyraża się o klientach, tnie łacha z szefów obsługiwanych przez bank korporacji w chwilę po tym jak fundował im lunch, pozwala swoim podwładnym na wyśmiewanie się z klientów i sam przy tym dobrze się bawi, czy w końcu traktuje ustawę o ochronie danych osobowych jak zbiór przesądów?
 
Kolejny problem to głupota posunięta do absurdu. Oto zdjęcie oddziału instytucji finansowej na warszawskiej Białołęce.
 
  
 
W tym samym budynku mieszczą się oddziały innych banków i instytucji lecz tam okna są zasłonięte lub komputery ustawione w taki sposób, by nikt spoza pracowników nie mógł dostrzec monitora.  
Niemniej dbałość o monitory nie dotyczy wszystkich banków i ich oddziałów. Dane klientów banków pobłyskują do przechodniów z monitorów komputerów na warszawskim Ursynowie, w centrum Warszawy, Olsztyna, Gdańska, Ostródy. Głowę dam, że w każdym mieście i miasteczku znajdzie się oddział banku lub SKOK-u, w którym przez witrynę lub z sali operacyjnej można obserwować zmagania pracowników z bazami danych klientów, systemami księgowymi etc.
 

Rozejrzyjcie się wokół siebie, w miejscu gdzie mieszkacie. Znajdziecie tam z całą pewnością banki, SKOK-i, poczty lub agencje ubezpieczeniowe, które szerokiej publiczności pokazują monitory swoich komputerów, a wraz z nimi dane swoich klientów, zawartość ich kont, wysokość długów i inne ciekawe dane. Spróbujcie kiedyś pracownikowi banku sprzedać fałszywą informację, np. o tym, że dostaliście wysoki spadek po zapomnianym wujku czy stryjku i sprawdźcie kiedy ta informacja do was wróci i na ile się zmieniła. Taki smutny głuchy telefon. Smutny bo zabija resztki zaufania jakimi klienci darzą banki i groźny bo przez ignorancję niedouczonych pracowników „instytucji zaufania publicznego” można stracić dom, rodzinę, stanowisko, wszystko. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s