Biurwa na etacie, czyli PRL na Białołęce

W urzędach warszawskich, tak jak w innych miastach, bywa różnie. Są takie, gdzie petent traktowany jest jak człowiek, z szacunkiem i należytą uwagą. Pracują tam kompetentni urzędnicy, wykazujący się empatią, są grzeczni. Są też urzędy takie jak na Białołęce, gdzie za biurkiem siedzi biurwa, zwykle zaniedbana, z brudnymi, za długimi, czerwonymi pazurami, pożerająca przez pół dnia czekoladki, co odbija się na jej gabarytach. Plotkuje przy tym z inną biurwą, a petent czeka, stoi w kolejce, przestępuje z nogi na nogę i przeszkadza biurwom w pracy. PRL jak w mordę strzelił.

Dziś byłam świadkiem incydentu. Pierwsza biurwa z ratusza na warszawskiej Białołęce odesłała młodą kobietę do drugiej biurwy. Druga do trzeciej, a ta do… ksero. Żeby cokolwiek załatwić w ratuszu, trzeba dać zarobić właścicielowi ksero. Na Białołęce jest nim agent PZU. Niepisana umowa pomiędzy biurwami, a agentem PZU mówi, że każdy petent będzie musiał coś skserować, wszystko jedno co. Jeśli nie dowód osobisty to zaświadczenie szczepienia ospy. Czyżby agent odpalał im za to jakiś procent?

Kobieta, która zgłosiła się do białołęckiego ratusza po becikowe, zmuszona została do wydania 4,50 zł za kserowanie dokumentów. Nie dużo? Może nie, ale dla wielu osób te 4,50 zł ma ogromną wartość. Ponadto, biurwa w okienku z uporem maniaka tykała jej „ty” i „kochana”. Nie pomogła nawet uwaga kobiety, że nie życzy sobie takiego traktowania.

Dla porównania w ratuszu na warszawskim Ursynowie, urzędniczki potrafią zachować się właściwie, odnoszą się z szacunkiem do petentów. Podobnie w Centrum, na Woli, Mokotowie. Białołęka jest miejscem przeklętym, a ma to swoje odbicie na wszystkich płaszczyznach.

Na Białołęce działa najgorszy w Warszawie urząd pocztowy. Sami pocztowcy nazywają go żartobliwie Syberią. Tam trafia każda urzędniczka, urzędnik lub listonosz, który z jakiegoś powodu podpadł swoim przełożonym. Zbieranina leserów na poczcie sprawia, że kolejki tam przypominają te PRL-owskie. Jakość obsługi również. Przesyłki giną, gubią się, podobnie awiza. Więcej! Listonosz niekiedy nawet nie zabiera ze sobą przesyłek poleconych. Po co ma się męczyć? Sami przyjdą i odbiorą, czy chcą czy nie. Listonosz ogranicza się do wrzucania awiza do skrzynek, nie sprawdzając czy adresat jest w domu. A jak nie wrzuca do skrzynek to wrzuca do kosza. W każdym razie gdzieś je wrzuca bo ma taki obowiązek. W białołęckim urzędzie pocztowym zdarzają się (dziwnie często) uszkodzone przesyłki. Okleja się je taśmą klejącą by sprawiać wrażenie szczelnie zamkniętych.

Szukajmy dalej. Ratusz i poczta to urzędy, ale głęboki PRL dotyka również części sklepów, przedszkoli, szkół. Brudno i śmierdząco jest nawet w Tesco. Śmieci zalegają na trawnikach, chodnikach, przystankach autobusowych. Przy Modlińskiej, w przydrożnych zaroślach koczują bezdomni. Gdy robi się cieplej, topnieje śnieg, słońce oświetla zaniedbane nieużytki, widok jest bardziej niż przykry. Odór też.

Białołęka to jedna z droższych dzielnic. Nie ze względu na ceny nieruchomości, ale koszty życia. Tu ceny w sklepach są sporo wyższe niż ceny na Kabatach. Dziwne, bo obie dzielnice charakteryzuje podobna struktura wiekowa. Na Białołęce rodzi się najwięcej dzieci w Warszawie, czyli mieszkają tu głównie ludzie młodzi. Mieszkania nie są jednak imponujące. Góruje JW Construction. Klockowate, betonowe mrówkowce, wykończone gorzej niż źle, wymalowane we wzorki jak z horroru. Przyglądając się jakiejkolwiek ulicy w tej dzielnicy, odnoszę wrażenie, że nikt nad tym nie panuje, nikomu nie zależy by choćby w maleńkim stopniu zadbać o ten wyklęty kawałek Warszawy.

Kilka lat temu pisałam o ulicy Targowej na warszawskiej Pradze, później o Książkowej na warszawskiej Białołęce. Jedno je łączy. Na obu królują oddziały banków. Trudno znaleźć sklep spożywczy, banków natomiast jest do wyboru, do koloru. Targową od Książkowej odróżnia jednak coś, co trudno nazwać. Na Pradze, czyli także na Targowej, panuje pewien specyficzny klimat. Ludzie mijając się nie ulicy potrafią spojrzeć sobie w oczy, powiedzieć dzień dobry, uśmiechnąć się. W sklepie na rogu, gdzie prócz bułek można kupić gazetę codzienną, od lat pracuje ta sama pani Zofia, która większość swoich klientów zna po imieniu. Białołęka to miejsce dla pazernych i wyobcowanych dorobkiewiczów spoza warszawy, którzy już w Warszawie, a jeszcze nie w niej, spędzają życie na pracy i nocowaniu w zimnych i nieprzyjaznych blokowiskach.

Ostatnimi wyborami samorządowymi na Białołęce zainteresowani byli jedynie kandydaci i ich krewni, znajomi, przyjaciele. Gdy ubiegano się o stołki, padały wybujałe hasła. Parki, czyste trawniki, przedszkola, szkoły, autobusy, nawet metro i tramwaje niemalże pod dom! Obiecywano wszystko, jak leci. Najbardziej bzdurne pomysły królowały to na zielonej, to na pomarańczowej, to na czerwonej ulotce. Gdy już te stołki rozdano, wszystko wróciło do normy. W ratuszu i w Tesco śmierdzi, na poczcie opieprzają klientów, w przedszkolach i żłobkach brakuje miejsc, bezdomni dalej srają po krzakach, a metra nikt nigdy nie planował puszczać na Białołękę.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s