Stracone pokolenie


 

Oberwało już na starcie, wchodząc w dorosłość. 50, 70 osób na jedno miejsce na studia. Uczelni prywatnych jeszcze nie było. Galopująca inflacja, niebotyczne bezrobocie sięgające w niektórych regionach nawet powyżej 50%, żenująco niskie płace nie pozwalające przewegetować miesiąca, brak mieszkań, koszmarnie drogie kredyty. Kryteria doboru pracowników na nowomodne stanowiska (już nie sprzedawca lecz Senior Assistant Retail) były czystą abstrakcją. Nie liczyły się umiejętności tylko papier wyższej uczelni, bez względu na kierunek. Wuefista mógł zostać nawet dyrektorem banku, a młody bankowiec po studiach kapslował butelki z woda mineralną jeśli nie miał znajomości.

 

Były i dobre strony. Rodził się wolny rynek, można było w końcu trzymać paszport w szufladzie lub wyjechać gdzie bądź. Można było założyć własną firmę, tylko ten ZUS nieszczęsny żyć nie dawał (to się akurat do dziś nie zmieniło). Banki z niechęcią patrzyły na młodych przedsiębiorców, ale we krwi mieliśmy kombinowanie jak przeżyć i jakoś to szło.

 

Koniec lat 90. reforma emerytalna – OFE. Teraz już wiem, że i OFE poległy, jakie by nie były. Kolejny kryzys po 2000 roku. Znowu bezrobocie. Jasne, że to dotyczyło wszystkich, nie tylko mojego pokolenia. Jakże jednak ciężko było startować w dorosłość w takich warunkach. Kiedy już okazało się, że może jakoś da się żyć, że przywykliśmy, że znaleźliśmy dla siebie miejsce, rząd funduje nam emeryturę dopiero w wieku 67 lat. Bo tak naprawdę o ten wiek emerytalny powinno się martwić moje pokolenie i każde po nim następujące.

 

Reforma podnosząca wiek emerytalny jest już w zasadzie przesądzona. Premier wprawdzie wysłuchuje mniej lub bardziej racjonalnych argumentów za odrzuceniem tego pomysłu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tylko teatrzyk, który ma ocieplić nieco wizerunek rządu popełniającego błąd za błędem (choćby schizofreniczne zachowanie wobec ACTA). Powiedział nawet, że decydując się na podniesienie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat, odpowiada na brutalne wyzwanie demograficzne. Coś w rodzaju „nie chcem, ale muszem”. Czy po takim wyznaniu spodziewa się, że będziemy mu współczuć bo musi podejmować takie trudne decyzje? Donald Tusk zadeklarował, że konsultacje w sprawie projektu rozwieją obawy Polaków co do reformy emerytalnej. To bardzo ciekawa konstrukcja logiczna. Czy powinniśmy rozumieć, że jak premier i rząd wysłucha wszystkich za i przeciw, już samo to słuchanie usprawiedliwi ich w oczach Polaków?

 

Nie jestem zwolennikiem podnoszenia wieku emerytalnego, choć wiem, że demograficzna klęska jest nieunikniona. Jestem przekonana, że najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby zaangażowanie odpowiednich resortów w opracowanie planu zachęcającego młodych ludzi do decyzji o zostaniu rodzicami. Planu, który polegałby nie na wypłacaniu tysiaka za każde narodzone dziecko bo to do niczego nie prowadzi i żadna to pomoc, ale takiego, który globalnie wspierać będzie rodziców – przez lata – w wychowaniu dzieci, a na koniec zrekompensuje im lata spędzone w domu i poświęcone wychowaniu dzieci – np. w postaci wyższej emerytury. Brzmi trochę archaicznie, wiem i nie zdziwię się, jeśli ktoś mi zarzuci socjalistyczny skręt. Cóż, mało mnie to obchodzi.

 

Za prorodzinną polityką iść powinny również ułatwienia dla przedsiębiorców w tym także, a raczej przede wszystkim, obniżenie kosztów pracy. To przełoży się na wzrost zatrudnienia, większe wpływy z podatków, wzrost konsumpcji, poprawę jakości życia Polaków, a w konsekwencji na wzrost dzietności!

 

Wszelkie manipulacje przy długości urlopu macierzyńskiego spełzną na niczym jeśli wraz z wydłużaniem tego urlopu nie spadną koszty pracy i nie podjęta zostanie walka ze stereotypem zapracowanej „matki-polki” (jak ja nie znoszę tego określenia) co to tylko gary, przedszkole i zwolnienia chorobowe. Wiele mówi się bowiem o programach ułatwiającym młodym matkom powrót do pracy po urodzeniu dziecka i brzmi to nawet ładnie. Tylko, że na tym koniec. Rzeczywistość jest brutalna. Kobieta wracając po urlopie macierzyńskim wkrótce traci pracę (to nie jest norma, ale skala tego zjawiska jest bardzo duża), a w najlepszym wypadku traci zaufanie pracodawcy i jest spychana na margines (bo przecież teraz nie będzie już taka wydajna, będzie się spóźniać, brać zwolnienia, nie będzie zostawać po godzinach – stereotyp, ale jaki silny). Takie zachowania skutecznie odstraszają wiążące koniec z końcem młode małżeństwa od decyzji o dziecku.

 

Wróćmy jednak do wieku emerytalnego. 67 lat jeszcze nie osiągnęli moi rodzice, a już teraz mówią, że praca zawodowa jest dla nich zbyt dużym ciężarem, nie są w stanie pracować tak jak jeszcze 10 czy nawet 5 lat temu, dlatego zdecydowali się przejść na emeryturę. W artykule pt. „To nie jest kraj dla starych ludzi” pisałam o badaniu PolSenior przeprowadzonym na zamówienie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które miało ocenić stan zdrowia i sytuację życiową seniorów. Wyniki tego badania miały posłużyć wypracowaniu rekomendacji w zakresie polityki państwa, obejmującej opiekę medyczną i poprawę warunków socjoekonomicznych seniorów w Polsce. Coś mi mówi, że trafiły do szuflady. Potwierdza to choćby reforma służby zdrowia przygotowana przez Ewę Kopacz i wprowadzona przez Bartosza Arłukowicza. Reforma, którą po cichu nazywam „dorżnąć naród”.

 

Pozostaje jeszcze napomknąć o propozycji Waldemara Pawlaka, która zakłada, że kobieta mogłaby przechodzić na emeryturę wcześniej – 3 lata wcześniej za każde wychowane dziecko. No fajnie i co z tego? Wiele kobiet po urodzeniu dziecka i wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego decyduje się na urlop wychowawczy. Po to on jest, by kobieta mogła wychowywać maleńkie dziecko, przygotowując je do roli przedszkolaka, później ucznia. By mogła to robić sama, a nie rękoma niani czy babci – upraszczam, nie pomniejszam roli ojców. Kiedyś jakiś typ zarzucił mi (po artykule na temat demografii), że „baby chcą robić karierę i dlatego biorą niańki do dzieci, zamiast siedzieć na dupie i same te swoje bachory niańczyć”. Ciekawe czy swojej matce powiedziałby to samo, zwłaszcza to o bachorach. Czas spędzony z maleńkim dzieckiem w domu jest dla matki bardzo ważny i jeszcze ważniejszy dla dziecka. Tylko, że kobiety korzystające z urlopów wychowawczych wytykane są palcami i nazywane darmozjadami. Stereotyp mówi, że wolą siedzieć na kanapie i oglądać seriale niż iść do pracy. Takie brednie rozsiewają tylko – mówię to z pełną premedytacją – idioci. W domu, z małym dzieckiem lub dwójką dzieci, trójką, jest cholernie dużo pracy, której nie widać. Nikt nie zastanawia się kto sprząta, pierze, prasuje, gotuje, bawi się z dziećmi, chodzi z nimi na spacer, na szczepienia. To wszystko samo się nie robi. Te trzy lata opieki nad maluchem w domu ma ogromne znaczenie dla jego rozwoju. Ale czy to kogoś poza rodzicami interesuje?

 

Jeśli zatem kobieta wychowa troje dzieci i z każdym spędzie w domu trzy lata zanim pośle je do przedszkola (jeśli dostanie przedszkole) to straciła 9 lat odkładania na emeryturę. Waldemar Pawlak w swej szczodrości daruje takiej kobiecie kolejne 9 lat (po 3 lata za każde dziecko), czyli obniża jej wiek emerytalny do 58 lat. Tym sposobem kobieta traci 18 lat odkładania na emeryturę (urlop wychowawczy to przecież okres nieskładkowy, wliczany do emerytury jako staż pracy, ale nie dający żadnych finansowych korzyści). Czyli jakiej emerytury może się spodziewać? 300 zł?

 

67 lat jako wiek graniczny obejmie właśnie moje pokolenie kobiet. Obejmie kobiety urodzone po październiku 1973 roku i mężczyzn urodzonych po październiku 1953 roku. Wygląda więc na to, że – jeśli Pawlak się uprze – będę mogła przejść na emeryturę o 9 lat wcześniej, ale wiązać się to będzie z zaprzęgnięciem moich dzieci do finansowej opieki nade mną. Toż to jakiś absurd. Drugi wariant, czyli po 45 latach pracy, (zakładając, że nie skorzystam z dobrodziejstwa Waldemara Pawlaka) też nie będzie mnie stać normalne życie ponieważ zrobiłam wszystko, żeby moje dzieci miały dobrą opiekę, ciepły dom, mamę na miejscu i czuły się bezpiecznie. Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat jest w tym kontekście pojmowane jak kara za macierzyństwo. Dotyczy to także mężczyzn, choć do tej pory skupiłam się na kobietach. Ci bowiem – wg GUS – żyją średnio 72 lata, a to oznacza, że znaczna ich część nie dożyje emerytury. Łącząc te dane ze stanem polskiej służby zdrowia, boję się, że nie dożyje nawet 60-ki. Do tego jeszcze pozostaje kwestia znalezienia pracy po 50 roku życia. Programy aktywizacji, szkolenia, zmiana zawodu to mrzonki. W znakomitej większości przypadków pracodawcy wolą zatrudnić młodszą osobę choćby z powodu jej dyspozycyjności, zdrowia, wydajności pracy, gotowości zostawania po godzinach itd. Bezrobocie w Polsce w styczniu wynosiło 13,2% (w grudniu 2011 było to 12,5%). Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w końcu stycznia wyniosła 2 mln 121,5 tys. osób. Jak w takich warunkach osoby w wieku 50+, a co dopiero 60+ mają znaleźć pracę by dojechać do wieku emerytalnego?

 

Wiem, że problem nie dotyczy wszystkich przyszłych 67 latków. Są osoby, które nawet w wieku 80 lat mają tak dużo energii i dostatecznie dobrą kondycję by pracować i czerpać z tego radość. I dobrze, wszystkim życzę takiej starości. Ale przecież stawianie poprzeczki tak wysoko wykluczy ogromną część społeczeństwa z życia zawodowego ze względu na zdrowie chociażby i spowoduje, że ich utrzymanie spoczywać będzie na pracujących obywatelach. Pytanie tylko o skalę tego zjawiska. Co, jeśli liczba niezdolnych do pracy 60-latków będzie tak duża, że bankrut ZUS tego nie udźwignie? Czyż nie jest tak, że państwo jest na tyle silne, na ile silne jest jego najsłabsze ogniwo?  

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s