O książce, które jeszcze nie ma, a już nurtuje

Książka Pawła Pietkuna pt. ”Trzech panów na uchodźstwie”, której fragmenty można przeczytać na portalu 3obieg.pl, choć jeszcze nie ukazała się drukiem, już teraz budzi wielkie emocje i dyskusję na temat emigracji. Bo jak naprawdę wygląda emigracja? Czy tak, jak prezentują ją na Facebooku młodzi mężczyźni, fotografując się na tle drogich cudzych samochodów, z butelką wódki w ręku? Albo młode Polki w objęciach beżowych „Anglików” z Turcji na tle wielkiego cudzego domu? Raj, highlife, dolce vita? A może to zwykła tułaczka, umazana tłuszczem z angielskich kuchni, śpiąca w pokojach po 90 funtów za tydzień w towarzystwie śmierdzących zmęczeniem robotników, za 6,19 funta za godzinę? O czym rozmawiają, co jedzą, jak odpoczywają emigranci? Skąd pochodzą, kim są, jakie mają marzenia? 

„Trzech panów na uchodźstwie” już od pierwszych fragmentów wywołała ogromną lawinę listów. Część z nich dziwnym trafem, wysłano do mnie, do żony autora. Czytałam w nich głównie o frustracjach emigrantów, rzadziej o odnalezionym szczęściu. W wielu przypadkach znalazłam w tych listach sztuczny lukier, spod którego wystaje ból i staropolskie „zastaw się a postaw się”. Ale jedno jest pewne, Polacy na wyspach żyją oszczędnie, często korzystając z bonusów na dzieci, na dom, na wszystko co się da, ale znajomym w Polsce swoje oszczędne życie przedstawiają inaczej.

W jednym z listów czytam: „mam dobrą pracę, zarabiam dużo, żona też pracuje, dzieci chodzą do dobrej szkoły, mamy dom, samochód, na wakacje przyjeżdżamy do Polski, ale wiesz, nie samochodem, bo ciężko się jeździ po polskich drogach…”. Albo z innego listu: „ostatnio kupiliśmy komplet wypoczynkowy do salonu i wiesz, teraz to ja mogę meczyk oglądać jak król…”. I jeszcze jeden: „ten ostatni mój podopieczny zdecydował się przeprowadzić do córki, musiałam sobie innej pracy poszukać i teraz będę pracowała u jednej pani, która lubi żeby z nią na spacery chodzić…”.

Przetłumaczę.

Dobra praca we fragmencie pierwszego listu to próżniowe pakowanie ryb dla jednego z supermarketów, a piszącym jest świeżo upieczony doktor fizyki. Jego żona – socjolog – myje okna w domach średnio zamożnych anglików. Dobra szkoła to zwykła państwowa szkoła, ale zdjęcia dzieci wychodzących po lekcjach z budynku, dołączone do listu, mogą zachłyśniętemu Anglią Polakowi sugerować, że szkoła jest rzeczywiście jakaś wyjątkowa. Budynek jest nowoczesny, wszystkie dzieci uśmiechnięte, w mundurkach, a przed wejściem czekają równie uśmiechnięte mamy. Prawda jest taka, że to nic nadzwyczajnego. Dzieci w każdej szkole w Anglii noszą mundurki, a na maluchy zawsze czeka mama lub tata. W Polsce także. Co w tym dziwnego? Co nadzwyczajnego? Samochód zaś, dawno przestał być luksusem, zwłaszcza, jeśli ma 15 lat i kosztuje kilkaset funtów. Dom to nic innego jak mieszkanie komunalne, a wakacje w Polsce są najtańszą opcją, bo można zatrzymać się u rodziny, jeść i pić za darmo przez tydzień czy dwa. Polskie drogi są straszne, ale tę wymówkę stosuje się w każdym liście do Polski. Zdewaluowała się.

W drugim liście, wspomniany komplet wypoczynkowy został zakupiony w charity shop, czyli w sklepie prowadzonym przez organizację dobroczynną. Tam, bardzo tanio sprzedawane są rzeczy ofiarowane wcześniej przez darczyńców, a pieniądze ze sprzedaży tych rzeczy przeznaczane są na działalność statutową prowadzącej sklep organizacji. Autor listu być może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale gdyby o tym wiedział, nie omieszkałby dołączyć czegoś w rodzaju „i wspieramy nawet organizacje dobroczynne, tak dobrze nam się powodzi”. Nie wiem, czy meczyk na nowym wypoczynku to z zamiłowania, czy z nadmiar wolnego czasu spowodowanego „chwilowym” bezrobociem, nie zapytałam.

W trzecim, młoda kobieta wspomina o zmianie pracy. W tym konkretnym wypadku, zmiana pracy została wymuszona natychmiastowym zwolnieniem (z hukiem!) i bardzo niekorzystnymi referencjami wystawionymi przez rodzinę podopiecznego – starszego pana, sparaliżowanego, któremu potrzebna jest stała pomoc, zarówno w dzień jak i w nocy. Zarobki wyjątkowo dobre, ale praca bardzo ciężka, wymagająca dobrej kondycji fizycznej i przede wszystkim psychicznej. Od opiekuna osoby starszej i niepełnosprawnej wymaga się także ogromnych pokładów empatii. I z tym bywa największy problem. Autorka listu najwyraźniej nie sprostała zadaniu. W liście referencyjnym rodzina starszego pana nie omieszkała napisać, że opiekunka traktuje podopiecznego przedmiotowo. I dlatego, moja rozmówczyni musiała poszukać sobie nowej pracy. Znalazła ją. Teraz będzie opiekowała się kobietą, również niepełnosprawną, ale w na tyle dobrej kondycji, że może wychodzić z domu. Z pomocą opiekunki, co naturalne.

Zdarzają się także o wiele jaśniejsze, pozytywniejsze przykłady. Oto młody marketingowiec z dyplomem, pełen entuzjazmu i wiary we własne siły, wyjeżdża z Radomia do Londynu i po kilku tygodniach pracy tanim barze u Polaka za 6,19 funta, dostaje pracę w angielskiej firmie zajmującej się dystrybucją produktów finansowych. Ma kontrakt, niewielką pensję i procent od sprzedaży, do tego bonusy uzależnione od efektów swojej pracy. Brzmi nieźle. Ale…

Szybko okazuje się, że jego angielscy koledzy zarabiają lepiej bo mają lepsze wyniki sprzedaży, a to z tej prostej przyczyny, że tu się wychowali, znają zachowania konsumentów, posługują się potocznym językiem i „językiem ulicy”, znają lokalny rynek, mają wielu znajomych, rozumieją ten londyński świat, a młody marketingowiec z Radomia wciąż się uczy. Polak do tej angielskiej grupy sprzedawców pasuje jak pięść do nosa. Ale stara się i wypruwa sobie żyły by nie wypaść z „czystej” biurowej pracy. Wciąż jest uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony i wierzy, że za rok, może dwa, będzie mógł odtrąbić sukces. Alternatywą jest przecież jakiś magazyn albo fabryka cukierków…

Są także tacy emigranci, którzy z Polski, w bagażu podręcznym, przywieźli niezwykłą umiejętność: kombinowanie. W listach piszą o tym bez ogródek, śmieją się z frajerów w angielskich urzędach. Zakładają firmę i „zatrudniają” rodaków za najniższe stawki przy pracach wymagających odpowiednich kwalifikacji choć żaden z zatrudnionych ich nie spełnia. „Zatrudnienie” jest oczywiście fikcyjne, ponieważ – takich przypadków są krocie – „firma nie ma zwyczaju podpisywania kontraktów”. Zaniżają liczbę przepracowanych godzin, a w konsekwencji zaniżają wypłaty. Często tłumaczą to również „koniecznymi potrąceniami”. Polscy pracodawcy w Anglii zatrudniający Polaków (bo tak łatwiej, bariera językowa jest potężna) dość często zapominają także o wypłacie wynagrodzenia w umówiony dniu i potrafią to skwitować słowami: „no i co się stało? w przyszłym tygodniu wypłacę wszystko hurtem”. Problem jest na tyle powszechny, że wspominał już o nim w kazaniu polski ksiądz na polskiej mszy.

Ciężko na emigracji znaleźć Polaka, który innemu Polakowi poda rękę, albo chociaż go nie oszuka. Zadziwiające jest, że inne nacje starają się trzymać razem, pomagają swoim, ochraniają się wzajemnie.

Londyn nie jest zły, nie jest trudny. To Polacy tak go kreują. Wstyd patrzeć na wyglądających na zagubionych Polaków, którzy na widok podchodzącego do nich policjanta wołają „spierdalamy” i uciekają potrącając przechodzących chodnikiem ludzi.

Londyn jest logiczny i poukładany. To Polacy opisują go jako bagno i winią za swoje niepowodzenia. We wszystkich listach i rozmowach z emigrantami z Polski znajduję ogrom żalu, złości, ale nie na miasto, nie na Anglików. To są żale pod adresem Polaków tam mieszkających.

letter-in-a-bottle-on-the-beach-930x350

Paweł Pietkun „Trzech panów na uchodźstwie”, fragmenty

 

Nie planowałem zostać korespondentem zagranicznym. Tak wyszło – ruszyłem w świat obiecując sobie, że skoro czeka mnie już właściwie tylko starość, spełnię kilka młodzieńczych marzeń. W czasach, kiedy Polakom odbijały się ostatnie resztki Planu Balcerowicza, będącego faktycznie planem Goeffrey’a Sachsa, pomyślałem sobie, że przynajmniej połowę każdego roku będę spędzał pod żaglami.

 

To oczywiście były nieprzytomne jawienia młodzieńca, bo o ile żagle pozwalają na przetrwanie bez gotówki nawet i pół roku, o tyle przez drugie pół roku trzeba gdzieś pracować. Z czasem oprócz konieczności wypełnienia własnego garnka, odkryłem, że dookoła niego stoi niemała gromadka dzieci. Zapomniałem więc o żaglach, zająłem się… dziennikarstwem.

Stracone marzenia

Polacy, którym udało się wyjechać z kraju kilka lat temu, w znacznej części spoczęli na laurach. Albo się rozpili, albo skończyli w rzeźniach, albo na polach angielskich i skandynawskich farmerów. Lepiej nie spotkać ich nocą na ulicach Brixton, czy Londynu – zaczepią na pewno. Po akcencie poznają innego Polaka i dla czystej zasady dadzą mu łupnia. Dlaczego? Bo jest Polakiem i jeszcze o czymś marzy. Ale ci, którzy wyjeżdżają dzisiaj, wciąż mają marzenia.

W drodze do mojego marzenia osiadłem w wielkim ośrodku wczasowym na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii. W mieście, które już od stacji kolejowej wita przyjezdnych polskim sklepem z najprawdziwszymi polskimi produktami i polskim personelem, który uliczną polszczyzną jest w stanie skierować każdego w dowolne miejsce w mieście. Dostałem pracę w kuchni. Najprostszą – na szmacie. Za najniższą stawkę. Dostałem pokój, właściwie miejsce w segmencie z trzema innymi Polakami. Jeden jest moim rówieśnikiem, drugi mniej więcej o 10 lat starszy. Trzeci jest najmłodszy i najlepiej przygotowany do takiej pracy, bo skończył w Londynie college kucharski.

Patryk

Jego matka znalazła się w pierwszej fali emigracji. Dlaczego trafił tutaj?

– Przygotowanie zawodowe mam dobre, ale… wszędzie szukają ludzi z doświadczeniem – wzrusza ramionami. – Przyjechałem popracować z dala od Londynu, z dala od domu żeby nabrać tego doświadczenia. Za pół roku dostanę normalną pracę. Za normalne pieniądze.

Trzeba przyznać, że zarobki w ośrodku nie rozpieszczają.

Krzysztof

W Polsce inżynier, na wyspach kelner. Uważa, że jest mu lepiej niż było w kraju. Tym bardziej, że pod koniec pobytu w Polsce miał kłopoty ze znalezieniem pracy.

– Na rachunki mi wystarcza – opowiada po drugim sezonie w ośrodku. – Zostanę tu. Może zaczepię się w innej pracy. Nie, nie w Polsce.

Marcin

– Pracowałem w podobnym ośrodku, ale na północy – to Marcin, mój rówieśnik. Jest lingwistą. Zna biegle trzy języki obce, chce się uczyć chińskiego. Do Polski nie wróci, bo po pół roku pracy chce się wybrać do Manilii. Ma tam dziewczynę, którą poznał podczas sezonowej pracy na Wyspach. To z nim rozmawiam najdłużej. O podobieństwach upadającego Imperium Brytyjskiego do ostatnich wieków Bizancjum. O Polsce też trochę, ale przyszłości żaden z nas z krajem nie wiąże.

Pod oknami przechodzą Węgrzy.

– Oni tworzą bardziej zgraną grupę niż Polacy – mówi inżynier.

Zmieniamy temat i rozmawiamy o mniejszościach. Wkrótce okazje się, że na ścierkach i zmywakach z równym, co Polacy zacięciem zasuwają także Hiszpanie.

Orban traci Węgrów

Swoją wiedzę o masowej migracji Węgrów buduję w rozmowie z o 20 lat młodszym Tamasem. Stoimy razem przy zmywaku na porannej zmianie. On ze smutną determinacją wkłada do zmywaka kolejne ociekające tłuszczem naczynia, mnie powoli trafia szlag. Nie lubię tej pracy, nie lubię tłuszczu i zapachu zmywarek przemysłowych, które nie wyręczają ludzi z mycia garnków, kotłów, brytfann i durszlaków pozwalających na odcedzenie jednorazowo 20 kilogramów makaronu, tylko dlatego, że ich twórcy zbudowali je tak, aby jak najszybciej zmyły kilka tysięcy talerzy. Nie zdawałem sobie sprawy ze skali tego zmywania!

– Widzisz, na Węgrzech nie ma pracy – mówi mi Tamas i dodaje, że poprzedni i obecny rządy zawłaszczyły co tylko mogły. Rzuca nawet powiedzenie, jako żywo przypominające mi ojczyznę, które da się przetłumaczyć jako „rząd się sam wyżywi”.

Tamas będzie tu pracował najdłużej jak się da. Uzbiera pieniądze i wróci, kiedy bezrobocie na Węgrzech spadnie do bezpiecznego poziomu gwarantującego mu znalezienie pracy. Już pal licho wynagrodzenie – i tak nie będzie za wysokie. Ale przecież będzie miał pieniądze odłożone z Anglii.

Lisa, Węgierka, mieszka ze starszą koleżanką. Tak naprawdę Lisa ma na imię Erzesebet, lecz mimo kilku prób nie udaje mi się tego wymówić.

Obie mieszkają i pracują w tym miejscu już kilka lat. Studiują zaocznie w pobliskim college’u. Zajmują kierownicze stanowiska w tym, jak to w myślach nazywam, obozie pracy.

– Na początku sprzątałam – opowiada Lisa, której najpierw cierpliwie musiałem wytłumaczyć, że pytam ją jako dziennikarz, naszą rozmowę planuję opisać. Po polsku i po angielski, w polskich mediach i brytyjskich, być może kiedyś w książce. Nie, żaden z jej znajomych nie powinien przeczytać o tej rozmowie.

– Mam wyższe wykształcenie muzyczne i jestem informatykiem, więc z zawodu tak naprawdę jestem cyfrowym inżynierem dźwięku – wyjaśnia. – Po jakimś czasie złożyłam tu aplikację odpowiadającą moim kwalifikacjom, ale nie było takiego zapotrzebowania. Za to firma szukała inżyniera świateł. Zajmuję się więc tu światłami i scenami.

Lisa pracuje od rana do wieczora. Gdyby nie przypadek, pewnie nie udałoby nam się porozmawiać. Jej koleżanka jest szefową kuchni. Na Węgry wrócą – owszem. Nigdy nie myślały o emigracji na zawsze. Raczej o zarobieniu na własne mieszkania. I tak – wiedzą – że Polacy w większości powrót do swojej ojczyzny wykluczają. Szukamy razem podobieństw i różnic między naszymi krajami. Węgrów ominęła tragedia w postaci katastrofy samolotu z elitą polityczna i głową państwa na pokładzie. To tyle różnic.

Na zmywaku

Przez cały dzień zwoziłem brudne naczynia z restauracji. Jako, że w kuchni czas jest większym batem, niż w niejednej redakcji, wszystko trzeba robić na „dziesięć minut temu”. Dźwigam więc po czterdzieści, pięćdziesiąt brudnych talerzy, przytulam się do nich, żeby nie wyślizgnęły się z moich umazanych tłuszczem dłoni (koszt pobitych talerzy pracodawca potrąci z wynagrodzenia) i nie przeszkadza mi to, że chwilę później mój służbowy, czarny strój jest cały poplamiony. Nigdy nie sądziłem, że one ważą po 20 kilogramów porcja. Przez kilka godzin robię lekko licząc kilkaset kursów i jestem tak zmęczony, że przestaję odróżniać język polski, od węgierskiego i angielskiego. Wykonuję proste polecenia brygadzisty – Polaka, byłego żołnierza, któremu trzeba oddać, że zasuwa równo ze wszystkimi.

Słowacy też emigrują

Przerwa, którą normalnie mam między poranną a popołudniową zmianą dzisiaj przepadła. Było szkolenie z zasad bezpieczeństwa, zasad postępowania z żywnością i przepisów przeciwpożarowych. W sumie ponad dwie godziny telewizyjnych wykładów zakończonych testem. Ale w czasie szkolenia poznaję Słowaka – to pierwszy Słowak w mojej imigracyjnej codzienności. Spóźnił się na szkolenie i, jako jedyny, poprosił o przerwę na papierosa. Wyszliśmy we dwóch – tuż przed wyjściem dowiedziałem się, że wolno mi palić tylko w wyznaczonych na zewnątrz miejscach. Tak, żeby nie widzieli mnie klienci pracodawcy. Powód? Jestem obrandowany, mam służbowy strój. W tym stroju nie wolno mi również rozmawiać przez telefon i jeść w obecności klientów. Słowak przyszedł po cywilnemu i palimy koło jego samochodu. Żeby nie było draki, daje mi swoją kamizelkę – wyglądam w niej jak klient, nie pracownik. Pokazuję tłuste plamy na koszulce. Macha ręką. Oczywiście wyglądam jak klient, pod warunkiem że ktoś, kto na mnie patrzy nie spojrzy na spodnie, na których tuż przed szkoleniem wylądowała z kotła po sosie pomidorowym woda z płynem do mycia naczyń.

Wyjechał na Wyspy Brytyjskie, bo na Słowacji było kiepsko z pracą. Mieszka tu ze swoją dziewczyną i nie wie, jaką wybierze przyszłość. Powrót? Tak, oczywiście – jak sytuacja w jego ojczyźnie zmieni się na lepsze. Na razie politycy rozkradli jego państwo.

Współczesna polityka to choroba Europy Środkowej i Wschodniej.

Małpy

 

Dostajemy najniższe wynagrodzenie – wszyscy czterej, jak los rzucił nas na gościnną ziemię Zjednoczonego Królestwa. Ja i Marcin na zmywaku, Krzysztof – jako kelner i Patryk, jako początkujący kucharz. Niedawno Nick Griffin, lider Brytyjskiej Partii Narodowej porównał Polaków do małp – ze względu na zarobki urągające ludzkiej godności, na które się tak ochoczo godzą.

Poszło o hasło „jak mało płacisz, to zatrudniasz małpy” z sugestią wprost, że chodzi o imigrantów z Polski. Rozmyślałem długo nad wysokością moich zarobków w kontekście słów Griffina i postanawiam porozmawiać z Anglikami na temat tych małp.

George

W kuchni, w której pracuję, biega na mojej zmianie między kotłami, palnikami, koszami na śmieci, lodówkami, stołami, automatycznymi zmywarkami oraz zmywakami na kotły i patelnie, lekko licząc 40 osób. Część, głównie menedżerowie, to Brytyjczycy.

– Coś musi być na rzeczy – mruczę pod nosem w drodze do pracy. Parę razy, stojąc przy zmywaku, słyszałem za plecami odgłosy, takie, jakie wydają małpy.

George to jeden z najstarszych pracowników kuchni. Wspólnie z pewnym starym i milczącym Węgrem stanowią główny zespół zmywaka. George jest milczący, choć czasem kątem oka zauważam, że przy pracy tańczy do muzyki lecącej z radia ustawionego na cały regulator. Raz podryguje, innym razem wykonuje znany z filmu „Pulp Fiction” gest Johna Travolty. Dwa dni wcześniej zakładał na głowę tłuste miski. Myślę, że to jego forma obrony przed szaleństwem, które niechybnie stanie się również moim udziałem jeśli posiedzę na zmywaku dłużej. A może już oszalał?

George ma 54 lata i jest Walijczykiem. Dlaczego pracuje z Polakami i Węgrami na najgorszym stanowisku za najmniejsze wynagrodzenie? Na to pytanie już nie słyszę odpowiedzi. Tanecznym krokiem George znika za zmywarką, by po chwili przynieść sobie i mnie plastikowy kubek z cytrynowym napojem. Gestem pokazuje, żebym go wypił.

Małpie okrzyki jakie słyszę od czasu do czasu to sposób komunikowania się George’a w pełnym zgiełku pomieszczeniu z polskim brygadzistą, który – o ironio – odkrzykuje mu tym samym.

Dave

Pierwszą zmianę na zmywaku kończę wściekły. Jestem mokry od stóp do głów. Nawet bieliznę mam mokrą. I nie mam szans skończyć zmywania przed rozpoczęciem kolejnej zmiany. Perspektywa spędzenia dnia na bolących nogach i w mokrym kostiumie, nie wykorzystanej przerwy, doprowadza mnie do szewskiej pasji. Już nie lubię ani tej pracy, ani nawet za specjalnie miejsca, do którego trafiłem. Michał, były żołnierz, brygadzista, a w lokalnej nomenklaturze „team leader”, wyczuwając mój nastrój podchodzi i mówi, żebym zostawił to wszystko i wrócił po przerwie – za dwie godziny. Będę zbierał naczynia.

Już po południu poznaję w pracy Dave’a. To angielski kelner w wieku ok. 60 lat. Nie, nie uważa Polaków za małpy. Żartujemy z jego nazwiska. Pochodzi z języka francuskiego i w tłumaczeniu na angielski oznacza tyle samo, co „łucznik”. Żałuję, że nie wziąłem na emigrację swojego łuku. Został w Polsce, jak cały szereg innych rzeczy do których wydawało mi się, że jestem przywiązany. Z Dave’m postrzelałbym z przyjemnością. Pewnie potrafi, w końcu nazwisko zobowiązuje.

Godzinę później kończę swoje małe śledztwo w sprawie polskich małp – rozmawiam ze Szkotem przy śmietniku pełnym resztek jedzenia z całego dnia. To mój kolega z pracy – dowiaduję się od George’a. Nie, też nie uważa Polaków za małpy. Potem szybko wyrzuca z siebie wyrazy, których nie potrafię zrozumieć. Melodia języka wydaje mi się znajoma, jakby słowiańska. Spoglądam na niego z niezrozumieniem.

– To gaelicki – śmieje się. – Najpiękniejszy język świata.

Opowiadał kawał: dlaczego górale są tak rzadko oskarżani o gwałt? Bo owce nie potrafią mówić.

Nieważny mój kraj

Z obcej ziemi wszystko wygląda inaczej, niż z Warszawy. Kryzys, który władze Rzeczpospolitej próbują maskować uśmiechami i odwracaniem uwagi poprzez przeniesienie dyskusji w obszar praw mniejszości seksualnych i sztucznego zapłodnienia – to były dwa główne tematy, kiedy opuszczałem Polskę – szaleje nad Wisłą w najlepsze. Jest najgorszy w całej Unii Europejskiej. Tym boleśniejszy, że rząd niewiele chce zmieniać. Być może wychodzi z założenia, że głodujący naród da się skuteczniej złapać za pysk.

Jednak poza liczną grupą imigrantów, na Wyspach Brytyjskich nikt tak naprawdę Polską się nie interesuje – wiadomości znajduję po przeszukaniu angielskich portali. Nawet biorąc pod uwagę ewentualny napływ kolejnych imigrantów, Brytyjczycy wolą zajmować się odcinaniem owoców swojej dotychczasowej pracy i spędzają czas na rozrywkach. Polacy – póki co – usługują im i jeszcze długo będą.

Polski arystokrata

W czasie drugiej zmiany krążąc wózkiem z brudnymi naczyniami po jednej z restauracji, moja droga przecina się ze ścieżką pewnej nobliwej starszej pani. Próbuję się uśmiechnąć i gestem pokazuję jej, że ustępuję jej drogę,

– Skąd pan jest? – pyta mnie grzecznie.

– Jestem polskim arystokratą, który bada dzikie plemiona Europy – wyrywa mi się.

Sekundę później zdaję sobie sprawę, że mój wynikający z nie najlepszego samopoczucia żart, może być odebrany, jako niegrzeczność. A na tę nie mogę sobie pozwolić.

Przez kilka sekund na twarzy mojej rozmówczyni widać zmieniające się emocje. W końcu ocenia moją odpowiedź jako żart i z uśmiechem pyta, jak w tym wszystkim odnajdują się Brytyjczycy. Tłumaczę, że muszą popracować nad łazienkami i nauczyć się prawidłowego ruchu na ulicach.

Kwestia brytyjskich łazienek jest dla mnie zdumiewająca. Przy każdej umywalce i wannie zamiast jednego, są dwa krany – oddzielnie dla zimnej i ciepłej wody. W efekcie proste umycie rąk zamienia się w koszmar, bo albo się parzę, albo wkładam dłonie do lodowatej wody, która nie ułatwia mycia.

Łotysz i Amber

W pracy pojawiła się dwójka nowych pracowników – też emigranci. Z Siergiejem, 25-latkiem, natychmiast przechodzę na rosyjski. Przyjechał z Łotwy, która także odczuwa kontynentalną recesję. Choć z jego opowieści wynika, że ludziom żyje się tam lepiej niż w Polsce.

Amber, druga emigrantka, nie skończyła jeszcze 20 lat i nie mam bladego pojęcia, skąd pochodzi. Uśmiechnięta (zobaczymy jak długo!) dziewczyna przedstawiała się w biegu każdemu. Również mnie. Jej imię w tłumaczeniu na Polski oznacza „bursztyn”.

Kilka dni temu zauważyłem, że przed moim wózkiem uciekają dzieci w restauracji. Chowają się i jak widzą mnie, nawet kiedy próbuję się uśmiechać, wykazują daleko posuniętą ostrożność w kontaktach. W pierwszej chwili zwaliłem wszystko na wózek, ale wieczorem niechcący spojrzałem do lustra.

Z nieogoloną i niezadbaną brodą, siwą z jednej strony, wyglądałem jak zwykły luj. Do tego ochlapany przy zmywaku czarny kostium pracownika – dla dzieci mogłem wyglądać jak groźny imigrant ze Wschodu. Kto wie, być może w wieczornych dyskusjach rodzice przestrzegają ich przed takimi, jak ja.

Oczywiście przystrzygłem brodę, tak aby nie budować wizerunku Polaka, który pasowałby do wizji brytyjskich narodowców.

Kim jestem…

Odebrałem dzisiaj kilka kolejnych telefonów od Polaków, którzy na Wyspy trafili przede mną. Niektórzy to dawno niewidziani znajomi z rodzinami. Inni, to ludzie, których właśnie poznaję. Czytali kiedyś jeden, czy dwa moje teksty, a kiedy dowiedzieli się, że jestem wśród nich, zechcieli zaprosić mnie na kawę. Większość z nich mieszka w Londynie.

Jutro spotkam się z internetowym znajomym. Przyjedzie do mnie w odwiedziny. Pójdziemy do jakiejś lokalnej kawiarenki.

Inny, Janusz, obiecuje, że spróbuje znaleźć mi pracę na przedmieściach Londynu. Zdecydowanie lepiej płatną, niż obecna. I – jeżeli sam sobie nie poradzę – jakiś niewielki pokoik między innymi imigrantami z różnych stron świata. Być może więc moim przeznaczeniem stanie się Londyn. Z przyjemnością podejmę każde wyzwanie i każdą, najtrudniejszą, pracę.

Książka jest w trakcie przygotowań do druku.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “O książce, które jeszcze nie ma, a już nurtuje

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s