Listy z emigracji

List w butelce

czyli

Trzech panów na uchodźstwie

Paweł Pietkun

 

Problemem polskiej emigracji nie jest to, że wyjechało nie do końca wiadomo ile milionów ludzi. Problemem jest to, że ucieka śmietanka polskiego społeczeństwa, która w pracy poniżej swoich kwalifikacji odnalazła spokój, odwiesiła swoje marzenia na wieszaku i zamierza dokonać żywota wszędzie, byle nie nad Wisłą. I nikt nie planuje wracać. Nawet w żartach.

Nie planowałem zostać korespondentem zagranicznym. Tak wyszło – ruszyłem w świat obiecując sobie, że skoro czeka mnie już właściwie tylko starość, spełnię kilka młodzieńczych marzeń. W czasach, kiedy Polakom odbijały się ostatnie resztki Planu Balcerowicza (będącego faktycznie planem Goeffrey’a Sachsa), pomyślałem sobie, że przynajmniej połowę każdego roku będę spędzał pod żaglami. To oczywiście były nieprzytomne jawienia młodzieńca – o ile żagle pozwalają na przetrwanie bez gotówki nawet i pół roku, o tyle przez drugie pół roku trzeba gdzieś pracować. Z czasem oprócz konieczności wypełnienia własnego garnka, odkryłem, że dookoła niego stoi niemała gromadka dzieci. Zapomniałem więc o żaglach, zająłem się dziennikarstwem.

Teraz rzuciłem się w wir wielkiej fali migracji – dziennikarstwo w wydaniu polskim też okazało funta kłaków warte. Co innego, gdybym był członkiem PO czy PiS. Ale nie jestem.

Rzuciłem się w wir wielkiej fali migracji – nie tej, o której wspominał w każdym sejmowym wystąpieniu Donald Tusk, ale tej drugiej – o której w tajemniczy sposób milczą dzisiaj media. A szkoda, bo ta druga fala jest daleko ciekawsza.

Polacy, którym udało się wyjechać kilka lat temu spoczęli na laurach. Albo się rozpili, albo skończyli w rzeźniach, albo na polach angielskich i skandynawskich farmerów. Lepiej nie spotkać ich nocą na ulicach Brixton, czy Londynu – zaczepią na pewno. Po akcencie poznają innego Polaka i dla czystej zasady dadzą mu łupnia. Dlaczego? Bo jest Polakiem i jeszcze o czymś marzy. A ci, którzy jeżdżą dzisiaj, wciąż mają marzenia.

W drodze do mojego marzenia osiadłem w ośrodku wczasowym na Wyspach Brytyjskich. Dostałem pracę w kuchni. Najprostszą – na szmacie. Za najniższą stawkę. W mieście, które już od stacji kolejowej wita przyjezdnych polskim sklepem z najprawdziwszymi polskimi produktami i polskim personelem, który uliczną polszczyzną jest w stanie skierować każdego w dowolne miejsce w mieście.

W samym ośrodku także króluje język polski – w pomieszczeniach pracowniczych i barakach dla zatrudnionych.

Ja trafiam do segmentu z trzema panami. Jeden jest moim rówieśnikiem, jeden mniej więcej o 10 lat starszy. Trzeci jest najmłodszy z nas. I najlepiej przygotowany, bo skończył w Londynie college kucharski – jego matka znalazła się w pierwszej fali emigracji. Dlaczego trafił tutaj?

– Przygotowanie zawodowe mam dobre, ale… szukają ludzi z doświadczeniem – wzrusza ramionami. – Przyjechałem popracować z dala od domu w Londynie. Żeby nabrać tego doświadczenia. Za pół roku dostanę normalną pracę. Za normalne pieniądze.

Bo trzeba przyznać, że zarobki w ośrodku nie rozpieszczają.

Krzysztof, w Polsce inżynier, na wyspach kelner, i tak uważa, że jest mu lepiej niż było w kraju. Tym bardziej, że pod koniec pobytu w Polsce miał kłopoty ze znalezieniem pracy.

– Na rachunki mi wystarcza – opowiada po drugim sezonie w ośrodku. – Zostanę tu. Może zaczepię się w innej pracy. Nie, nie w Polsce.

– Pracowałem w podobnym ośrodku, ale na północy – to Marcin, mój rówieśnik. Jest lingwistą. Zna biegle trzy języki obce, chce się uczyć chińskiego. Do Polski nie wróci, bo po pół roku pracy chce się wybrać do Manilii. Tam ma dziewczynę, którą poznał w sezonowej pracy na Wyspach. Z nim rozmawiamy najdłużej. O podobieństwach upadającego Imperium Brytyjskiego do ostatnich wieków Bizancjum. O Polsce też trochę, ale przyszłości żaden z nas z krajem nie wiąże.

Pod oknami przechodzą Węgrzy.

– Oni tworzą bardziej zgraną grupę niż Polacy – to inżynier. Zmieniamy temat i rozmawiamy o mniejszościach. Wkrótce okazje się, że na ścierkach i zmywakach z równym, co Polacy zacięciem zasuwają także Hiszpanie.

– Naprawdę źle musi być w Hiszpanii, skoro Hiszpanie są w tym ośrodku – śmieje się lingwista. No, ale oni mają dokąd wracać. My, uznajemy zgodnie, już nie.

Lordowie

 

castle

Tak do końca nie wiem, czy my, imigranci na Wyspach Brytyjskich lubimy Brytyjczyków. To prawda – traktują nas z góry. Jak służbę. Z drugiej strony to my jesteśmy u nich, oni dają nam pracę, i mimo tej, często nieukrywanej lekkiej wobec nas pogardy, pozwalają nam zachować godność. Bo w Polsce zachować godność graniczyło z niemożliwością. A większość z nas zapomniała w ogóle co to takiego.

Polaka na brytyjskiej ulicy można rozpoznać po akcencie. I pewnych szczegółach w korzystaniu z czasowników angielskich. Większość z nas czasowniki nieregularne języka angielskiego ma głęboko w zadku i, mówiąc na skróty, traktuje je jak każdy inny czasownik.

– Czy popełniam takie błędy? – zastanawiałem się dzisiaj pilnując wyjątkowo i wymowy, i gramatyki angielskiej podczas spaceru w centrum niewielkiego miasteczka na południe od Londynu. Rozmawiałem z moimi nowymi kolegami z pracy, szukając angielskiego telefonu na kartę. Ten telefon to trochę nowy pomysł, trochę konieczność, bo w ciągu tygodnia muszę otrzymać numer ubezpieczenia społecznego i założyć konto bankowe. O ile brytyjskie władze podatkowe, choć niechętnie, zniosą imigranta bez telefonu, o tyle dla każdego banku to warunek sine qua non założenia konta na Wyspach.

Atlas na Wyspach

Chyba tylko raz w życiu bardziej niż dzisiaj starałem się mówić poprawną angielszczyzną – na jednym z egzaminów w Polsce, w czasach studenckich.

– Szukam polskiego kościoła – słowa skierowane do mnie przez starszą panią wyglądającą na brytyjską emerytkę rozwiały moje wątpliwości, co do umiejętności wtopienia się w angielski tłum. I umiejętności wyławiania Polaków z tłumu.

Ze wstydem sam przed sobą przyznałem, że choć uważam się za katolika, nie mam pojęcia ani o polskim kościele, ani nawet o parafii katolickiej w tej części kraju pogniewanego od czasów Henryka VIII na Stolicę Apostolską. – Nie miałem czasu poszukać – tłumaczę się w myślach. Wspólnie ze starszą panią robimy szybką analizę. Parafii nie ma na pewno, ale któryś z protestanckich kościołów może udostępniać świątynie na katolickie nabożeństwa. Piękny, wiktoriański kościół metodystów, który mamy za plecami odpada – metodyści na to nie pozwolą. Zgadzamy się, że musi szukać dalej. Bez pomocy mojej i moich kolegów.

Wracamy do rozmowy po angielsku. Czuję się pewniej, bo gdzieś w trakcie krótkich poszukiwań egzotycznego dla Anglików kościoła już wiem, co nas zdradziło. Nie, nie akcent i błędy gramatyczne – tych nie popełniliśmy. To smutna twarz naszego kolegi, lingwisty. Wygląda, jakby był wcieleniem mitycznego Atlasa, dźwigającego na barkach sklepienie niebieskie. Tu, na Wyspach, takiego smutku nie uświadczysz u autochtonów. To nawet nie kwestia braku uśmiechu, ale szczególnego naprężenia mięśni twarzy.

– To ciężka praca. Boję się, że mi wysiądzie kręgosłup… prawdę mówiąc mam dosyć zmywaka – zwierza się. Chciałby spróbować na innym stanowisku. Nie wie, może asystent kucharza (ale nie ma przygotowania zawodowego), może kelner. A w ogóle, to nie może się doczekać listopada, kiedy kończy mu się kontrakt i poleci na Filipiny, do swojej dziewczyny.

Prawdziwa telewizja

Telefon angielski kupiłem. Razem z aparatem – ku mojemu zdziwieniu zestaw telefon z kartą prepaid, który w Polsce kosztuje pół najniższej pensji tu kosztuje mnie niecałe dwie godziny pracy. Obiecuję sobie, że ten numer otworzy mi drzwi do kariery, bo jak porozsyłam swoje CV, to będę w zasięgu każdego brytyjskiego pracodawcy, który postanowi dać mi szansę. Kto, wie – może nawet nie zdążę się zaprzyjaźnić ze szmatą w ośrodku. Może nawet zmienię swoje plany odnośnie marzeń dotyczących rejsu jachtem znajomego po Morzu Norweskim…

No, ale to marzenia. Póki co rzeczywistość jest taka, że muszę przejść szkolenie w stroju roboczym zagwarantowanym przez pracodawcę. Ubrał mnie od stóp do głów – na czarno.

Już w pokoju rozmawiamy o wyższości Brytyjczyków nad Polakami. Bo wyższość jest – to musimy przyznać. To my u nich pracujemy, a nie oni u nas. To my czapkujemy o pracę i całujemy klamki różnych ośrodków i hoteli.

– A oni zachowują się jak lordowie – to najmłodszy z naszej czwórki, kucharz bez doświadczenia. – Normalnie zachowują się jak lordowie i to mnie wkurza.

– No… w końcu trzeba im oddać, że mogą się tak zachowywać – rzucam. – Jeszcze niedawno byli imperium…

– Otóż właśnie. Jak byli imperium to okradli pół świata i stąd to ich bogactwo – to inżynier, dziś kelner. Odwiedzał najlepsze muzea brytyjskie z British Museum na czele, więc tego bogactwa trochę obejrzał. Mnie, póki co, nie stać nawet na muzea lokalne. Prawdę mówiąc to szkoda mi funtów na bilety. Bo jeden kosztuje tyle, co trzy dni mojego jedzenia. Zbliżenie z brytyjską kulturą i historią odkładam więc ad acta. Może kiedyś…

Nieśmiało zwracam uwagę, że prawdziwą kradzież cywilizacyjną odstawili Rosjanie. Odsyłam ich do Ermitażu, który odwiedziłem w dawnych, lepszych czasach. Przez niecałą godzinę rozmawiamy o imperiach.

W tle, w angielskiej telewizji leci film dokumentalny o dumie Zjednoczonego Królestwa, lokomotywie Running Scot. W polskiej telewizji publicznej byłoby to nie do pomyślenia. Właśnie odkrywam, jak dawno nie widziałem nic interesującego w polskiej telewizji. Same zamulające seriale, przekonujące mnie, że większość Polaków mieszka w dużych domach, rodziny mają po dwa samochody, a ich największy problemem jest to, czy samochodem ojca rodziny pojedzie dziś do szkoły jego córka czy nie. Guzik prawda! Większość polskich rodzin nie ma wielkich domów. Przy odrobinie szczęścia stać ich na wynajęcie mieszkania, bo akurat i on, i ona mają pracę. Tu, na miejscu, większość Polaków przyjechała dlatego, że nie stać ich było m.in. na te mieszkania właśnie. I ten drugi filar związku, który został w Polsce jeszcze przez miesiąc, dwa będzie miał brytyjski dochód na to mieszkanie, a później zjedzie na wyspy. Ale koniec z porównaniami!

Wychodząc na papierosa z moimi nowymi znajomymi już nie porównujemy wszystkiego do Polski. Zapomnieliśmy szybko, po dwóch dniach. Nawet przeliczanie cen mija się z celem. Kolega zapłacił za paczkę papierosów 8 funtów, czyli mniej więcej 40 złotych. Zarobi tyle w godzinę. Oglądamy paczkę lokalnej angielskiej marki i porównujemy z tymi kupionymi w Polsce. „Palenie zabija powoli”.

– Ale, czy nam się spieszy? – śmiejemy się.

Plan na wieczór

Dzisiaj obiecałem sobie jeszcze porozmawiać z Lizą. To Węgierka, sąsiadka mieszkająca piętro niżej. Pomogła mi pierwszego dnia, kiedy niespecjalnie wiedziałem co ze sobą zrobić. Zaryzykowała spóźnienie i poprowadziła mnie do odległego biura HR. To ryzyko nie byle jakie, bo każde spóźnienie może oznaczać koniec kontraktu. Liza wygląda na moją rówieśniczkę. Z doświadczenia wiem, że ludzie w moim wieku przyjeżdżają na Wyspy w ponurym akcie desperacji, zostawiając swoje rodziny. Zwykle wyjeżdżają mężczyźni. Również z Węgier. Co może zmusić kobietę, żeby zostawiła swoje życie i pojechała do ciężkiej pracy? Byłem przekonany, że węgierska gospodarka ma się znacznie lepiej. Ale sądząc po ilości Węgrów w ośrodku, byłem w dużym błędzie…

Depresja

 

Flag-Pins-Great-Britain-Hungary

Jeszcze wczoraj miałem wrażenie, że Marcin, mój rówieśnik z pokoju dostał depresji. Po dniu na zmywaku i szmacie zrozumiałem go w pełni. Wieczorem znów czas na nocne Polaków rozmowy – tym razem rozkładamy na łopatki katastrofę smoleńską i co z niej wynika dla polskich imigrantów.

Właściwie nie wiem dlaczego wybuchnąłem śmiechem w związku z minorowym nastrojem mojego kolegi lingwisty. Zbierało mu się cały dzień, aż wieczorem rzucił od niechcenia:

– Paweł, a może jutro po prostu nie pójdziemy do pracy?

Nie wiedziałem skąd mu przyszedł do głowy tak absurdalny pomysł. I dlaczego ja miałbym także nie iść do pracy? – Zupełnie bez sensu – myślę i schodzę na papierosa z młodym kucharzem, który nazajutrz też ma zacząć, tyle że nie na zmywaku, a w kuchni.

– Martwię się o niego – mówi. – A co jak wrócimy a on będzie zakrwawiony w wannie leżał?

– Dziwne to wszystko – rzucam od niechcenia. Ale sam też się zastanawiam, co takiego stało się, że człowiek, który już nie raz na brytyjskiej szmacie latał, raptem w tak dziwny sposób się poddaje.

Wracamy – Marcin siedzi, jak siedział. Nie odzywa się, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w film, który nadaje właśnie stacja BBC2. Jakaś głupawa komedia – oceniam, przysłuchując się wymianie zdań filmowych bohaterów. Akcja filmu toczy się w starożytnym Rzymie. Na arenie niewielkiego stadionu stoi dwóch gladiatorów – jeden ma topór a drugi trójząb. Ten z trójzębem ma wyraźnie gorszy nastrój, bo kiedy jego przeciwnik rzuca donośnie „idący na śmierć pozdrawiają cię Cezarze”, w milczeniu ciska trózjąb w piasek areny i… siada. Tak po prostu. W tej samej chwili wyobrażam sobie Marcina, który nazajutrz rzuca szmatę do mycia garów i też siada na podłodze.

Zanim mogę wytłumaczyć moim kolegom imigrantom wybuch wesołości, mija kilka minut – wizja jest tak silna, że nie sposób ją odgonić. Lingwista podchodzi do mojej opowieści z pełną obojętnością, jednak dwóch pozostałych kompanów wizja też rozbawia. Śmieję się, choć wiem, że w znacznej części ten śmiech jest wynikiem napięcia nerwowego. Brak Polski, brak rodziny robi swoje, nawet mimo tego, że dotychczas miałem się za twardziela.

Czuję się obco, jak na wygnaniu. Zresztą – to jest wygnanie. W mojej decyzji o wyjeździe nie było ani krzty chęci przeżycia przygody, czy zmiany środowiska. Po prostu czysta konieczność przedyskutowana z najbliższymi. Plan opracowany od początku do końca, bez miejsca na wątpliwości i pomyłki.

Dzień trzeci

To mój trzeci dzień na emigracji. Powoli zaczynam odrywać się od problemów, które przygniatały mnie w Polsce, ale wbrew moim deklaracjom nie przestaję używać języka polskiego. W pracy rozmawiam po angielsku, chyba że trafię na rodaka. Ale, że jest nas dużo, wszyscy równo gadamy po polsku. Nikt nie używa nawet tej specyficznej odmiany angielskiego, współczesnego lingua franca, zrozumiałego dla każdej, poza Anglikami, nacji. Po język Szekspira sięgam wyłącznie w kontaktach z angielskimi szefami i węgierskimi współpracownikami.

Nawiasem mówiąc poprzedniego wieczora nie udało mi się spotkać z Węgierką, którą chciałem przepytać na okoliczność jej emigracji do Anglii.

Śmierdzę, ale co z tego…

Po południu na zmywaku staję sam. Po kilku godzinach tet-a-tet z brudnymi garami, zaczynam do siebie rozmawiać. Potem do Brytyjczyków i Węgrów, którzy w podobnych, firmowych strojach przynoszą mi coraz to nowe naczynia. Najpierw niewinne „ani mi się waż”, zamieniam szybko na złorzeczenia i groźby, które nucę pod nosem w stronę tego, kto chce dołożyć swój kamyk do zasypującej mnie lawiny naczyń. Z przewidzianych w grafiku siedmiu godzin pracy robi się 10. W końcu widząc mój nastrój podchodzi do mnie Marcin, który już teraz ma nastrój lepszy. Liczy na głos: – Jeżeli codziennie będziemy pracować po tyle godzin, to, stary, będziemy bogaci – mówi.

Oświadczam mu, że szczerze i głęboko mam takie bogactwo pod kręgosłupem. – Ja tego nie dożyję – informuję go najzupełniej poważnie. Dalej zmywamy razem.

Marzę o papierosie i świętym spokoju. Śmierdzę płynem do zmywania naczyń i tłuszczem, ale nie mam siły się wykąpać. I nawet nie przeszkadza mi ten mój mały, prywatny dyskomfort w rozmowie z koleżanką z Węgier, którą spotykam przed wejściem do baraku.

– Mam do ciebie kilka pytań. Właściwie to mam prośbę o 10 minut niezobowiązującej rozmowy – rzucam. Staram się, żeby mojej zaczepki nie odebrała niewłaściwie, bo to nie ma być próba flirtu, ani zaproszenie na kawę, tylko właśnie prośba o rozmowę. Umawiamy się za 10 minut.

To akurat tyle czasu, że zdążę zjeść gorący kubek przywieziony z Polski. To mój jedyny posiłek dzisiaj.

Węgrzy wrócą. Pewnie wszyscy

Pokój dziewczyn (Lisa mieszka ze starszą koleżanką) jest ciepły i przytulny. Tak naprawdę Lisa ma na imię Elisabeth.

– To angielskie, nie węgierskie imię – zauważam i nalegam, żeby przedstawiła się oryginalną, węgierską wersją imienia.

– Nie ważne, używaj tego – mówi z uśmiechem.

– No nie. Ja się przedstawiłem jako Pawel – nie ustępuję.

– Erzesebet – słyszę.

Mimo kilku prób nie udaje mi się tego wymówić.

– Mówiłam, że nie ważne – śmieje się Lisa.

Obie mieszkają i pracują w tym miejscu już kilka lat. Studiują zaocznie w pobliskim college’u. I zajmują kierownicze stanowiska w tym, jak to w myślach nazywam, obozie pracy.

– Na początku sprzątałam – opowiada Lisa, której najpierw cierpliwie musiałem wytłumaczyć, że pytam ją jako dziennikarz, naszą rozmowę planuję opisać. Po polsku, w polskich mediach, być może kiedyś w książce. Nie, żaden z jej znajomych nie powinien przeczytać o tej rozmowie.

– Mam wyższe wykształcenie muzyczne i jestem informatykiem, więc z zawodu tak naprawdę jestem cyfrowym inżynierem dźwięku – wyjaśnia. – Po jakimś czasie złożyłam tu aplikację odpowiadającą moim kwalifikacjom, ale nie było takiego zapotrzebowania. Za to firma szukała inżyniera świateł. Zajmuję się więc tu światłami i scenami.

Lisa pracuje od rana do wieczora. Gdyby nie przypadek, pewnie nie udałoby nam się porozmawiać. Jej koleżanka jest szefową kuchni. Na Węgry wrócą – owszem. Nigdy nie myślały o emigracji na zawsze. Raczej o zarobieniu na własne mieszkania. I tak – wiedzą – że Polacy w większości powrót do swojej ojczyzny wykluczają. Szukamy razem podobieństw i różnic między naszymi krajami. Węgrów ominęła tragedia w postaci katastrofy samolotu z elitą polityczna i głową państwa na pokładzie.

To państwo

O Smoleńsku rozmawiam dwie godziny później z moimi kolegami-imigrantami. Już wiedzą, że jestem dziennikarzem, więc pytają mnie o szczegóły smoleńskiego śledztwa. Zwłaszcza 20-letni Patryk, który większość świadomej młodości spędził w Londynie.

Staram się najbardziej obiektywnie opowiadać o śledztwie w tej sprawie, a właściwie o tym, że żadnego śledztwa nie było ze strony polskiej a Rosjanie zadeptywali ślady.

– Wszyscy kłamią – to Patryk.

– Myślę, że to będzie tak jak Paweł mówi: za 20 lat będziemy znali prawdę, nie wcześniej. Będzie jak z generałem Sikorskim – odwraca się stojący przy kuchence inżynier i kelner, najstarszy z nas.

Razem dochodzimy do wniosku, że temu państwu nie można ufać. Cicho zauważam, że od kilku godzin żaden z nas mówiąc o Polsce nie użył słowa Polska. Tylko „to państwo” albo nazwy miejscowości. Rozchodzimy się spać.

Dla dorosłych

 

CrB-01w

Tak, jak siedzimy we czterech w pokoju, z dala od rodzin i dzieci (to ja z Krzysztofem – inżynierem kelnerem) lub jeszcze bez rodzin i dzieci (to 20-latek Patryk i Marcin, mój rówieśnik) jesteśmy podstawową komórką społeczną, substytutem rodziny. Dbamy o siebie, dzielimy się jedzeniem – ale nic za darmo.

Obowiązkowo po pracy siadamy w jadalni i gadamy do później nocy. We czterech – dwóch czterdziestolatków, pięćdziesięciolatek i dwudziestolatek słuchający polskiego hip-hopu.

To rozmowy, bez których szło by zwariować. Opowiadamy sobie historie i wymieniamy się wiedzą. Często zupełnie niepotrzebną, ale w obecnej sytuacji niektórych informacji nie sposób nie chłonąć.

Dzisiaj nie wytrzymał Patryk. Po prostu wstał i poinformował, że idzie spać. Kiedy wróciłem z pracy (wcześniej, niż zwykle, bo nie wziąłem ze sobą lekarstw, które muszę brać jeszcze przez jakiś czas) Patryk siedział i słuchał hip-hopu. Chce napisać piosenkę. Albo kilka piosenek. Napisał jedno słowo i wena odeszła. Poradziłem mu, że jeśli chce być sławny niech napisze hip-hop po rosyjsku. „Polak z Londynu robi rosyjski rap” – sukces i promocja murowana. Ale Patryk nie zna rosyjskiego, a z tłumaczenia Googli wychodzi bełkot. Idziemy zapalić.

Z tymi lekarstwami, przez które musiałem wcześniej wyjść z pracy, mam pewien problem. Każdy przełożony chce się dowiedzieć co to za lekarstwa i na co jestem chory. Nie jestem chory. Nie chce mi się opowiadać historii swojego życia, a bez wprowadzenia wyjaśnienie będzie niepełne. Rzucam więc naprzemiennie, że to inhibitory monoaminooksydazy, albo chlorowodorek pirodoksyny. To zamyka dyskusję. To drugie to prosta witamina B6, ale brzmi a tyle groźnie, że nikt nie sięga do szczegółów.

Pachnidło…

– Zmęczony jestem, jutro mam być rano w kuchni – wzdycha Patryk po papierosie.

– Co, ty sobie jaja robisz? – pytam. Tłumaczymy mu, już wspólnie, że jesteśmy komórką społeczną. Że rozmowa wieczorna jest obowiązkowa.

– Dobra, mam k… trzech ojców. Mogę iść spać? – rzuca przez ramię.

– Możesz synku – to Krzysztof. Śmiejemy się, ale podejrzany smutek Patryka jest niepokojący. Krzysztof zagląda do pokoju. – Śpi już – woła.

Już wiem, że ścieżka którą przedeptali Krzysiek i Marcin jest moją przyszłością. Podoba mi się, czy nie – muszę się z tym pogodzić. To wygnanie zmienia każdego. Byle jaka praca, która przenicuje w życiu wszystko, najniższe stanowisko w najgorszym z możliwych zawodów. Latanie na szmacie, które odbiera marzenia, ale pozwala realizować życie.

W Polsce używałem wody kolońskiej – tu mija się to z celem. Już po dwóch godzinach śmierdzę starym tłuszczem, tanim technicznym płynem do zmywania naczyń i resztkami jedzenia. Po trzeciej przestaję się przejmować, że raz, drugi, trzeci ochlapałem się i jestem cały mokry. Doprawdy Parick Susskind, autor powieści „Pachnidło” miałby używanie, gdyby przyszło mu mnie opisać.

Dzisiaj miałem szczęście – zmywak czekał mnie pod koniec pracy. Przez cały dzień zwoziłem brudne naczynia z restauracji. Jako, że w kuchni czas jest większym batem, niż w niejednej redakcji, wszystko trzeba robić na „dziesięć minut temu”. Dźwigam więc po czterdzieści, pięćdziesiąt brudnych talerzy, przytulam się do nich, żeby nie wyślizgnęły się z moich umazanych tłuszczem dłoni (koszt pobitych talerzy pracodawca potrąci z wynagrodzenia) i nie przeszkadza mi to, że chwilę później mój służbowy, czarny strój jest cały poplamiony. Nigdy nie sądziłem, że one ważą po 20 kilogramów porcja. Przez kilka godzin robię lekko licząc kilkaset kursów i jestem tak zmęczony, że przestaję odróżniać język polski, od węgierskiego i angielskiego. Wykonuję proste polecenia brygadzisty – Polaka, byłego żołnierza, któremu trzeba oddać, że zasuwa równo ze wszystkimi. Machinalnie odpowiadam mijanym osobom „thanks”, jeśli akurat mnie przepuszczą, albo „you welcome”, jeżeli to one mi dziękują za ustąpienie drogi. Wieczorem bolą mnie wszystkie mięśnie, nie czuję pleców. W drodze do mojego tymczasowego domu, pokoju w baraku, zataczam się, jak pijany.

Znajduję w internecie motto na dziś:

„- Życie to gówno!
– No weź przestań. Myśl pozytywnie.
– HURRA!!! ŻYCIE TO GÓWNO!”

Choroba Europy

Przerwa, którą normalnie mam między poranną a popołudniową zmianą dzisiaj przepadła. Było szkolenie z zasad bezpieczeństwa, zasad postępowania z żywnością i przepisów przeciwpożarowych. W sumie ponad dwie godziny telewizyjnych wykładów zakończonych testem. Ale w czasie szkolenia poznaję Słowaka – to pierwszy Słowak w mojej imigracyjnej codzienności. Spóźnił się na szkolenie i, jako jedyny, poprosił o przerwę na papierosa. Wyszliśmy we dwóch – tuż przed wyjściem dowiedziałem się, że wolno mi palić tylko w wyznaczonych na zewnątrz miejscach. Tak, żeby nie widzieli mnie klienci pracodawcy. Powód? Jestem obrandowany, mam służbowy strój. W tym stroju nie wolno mi również rozmawiać przez telefon i jeść w obecności klientów. Słowak przyszedł po cywilnemu i palimy koło jego samochodu. Żeby nie było draki, daje mi swoją kamizelkę – wyglądam w niej jak klient, nie pracownik. Pokazuję tłuste plamy na koszulce. Macha ręką. Oczywiście wyglądam jak klient, pod warunkiem że ktoś, kto na mnie patrzy nie spojrzy na spodnie, na których tuż przed szkoleniem wylądowała z kotła po sosie pomidorowym woda z płynem do mycia naczyń.

Wyjechał na Wyspy Brytyjskie, bo na Słowacji było kiepsko z pracą. Mieszka tu ze swoją dziewczyną i nie wie, jaką wybierze przyszłość. Powrót? Tak, oczywiście – jak sytuacja w jego ojczyźnie zmieni się na lepsze. Na razie politycy rozkradli jego państwo.

Współczesna polityka to choroba Europy Środkowej i Wschodniej.

Nie wiemy, co jemy

Na klatce schodowej do naszego segmentu zbiera się coraz więcej pająków. Ostatnio z Patrykiem naliczyliśmy 10. Z czego sześć to naprawdę imponujące okazy. Rosły 20-latek, mój współimigrant boi się pająków. Ma lekką formę arachnofobii. W domu jeszcze nie ma żadnego, ale pewnie to kwestia czasu.

– Czy wiesz, że na całej Ziemi nie ma takiego miejsca, gdzie w odległości dwóch metrów od człowieka nie byłoby pająka? – mówi. Sprawdził wszystkie dostępne informacje o pająkach, więc w kolejnym zdaniu dowiaduję się, że w ciągu życia każdy człowiek mimowolnie zjada sześć pająków. Teraz to i mnie przechodzą dreszcze.

Krzysztof przygotował z przypraw curry, którym swoją kupioną za funta potrawę z kurczaka przyprawia Marcin. Inżynier lubi gotować. Mamy więc w domu elektrycznego woka i naczynia, których nazw ani przeznaczenia nie znam.

Wczoraj wieczorem chwalił się filmem jaki sam zrobił z ostatnich świąt Bożego Narodzenia, które spędził na miejscu z innymi imigrantami. W woku zrobili bigos, ulepili pierogi. Nie wyobrażam sobie pierwszych świąt na imigracji. Obiecuję sobie, że kiedyś dokładnie go o te święta wypytam.

Od dwóch dni w rozmowach męskiej (choć nie tylko) części pracowników słyszę rzucane podeksyctowanymi głosami hasło „adult weekend”. To – w tłumaczeniu – „weekend dla dorosłych”.

Pytam w końcu o co chodzi z tym weekendem. Otóż to taki weekend, na który przyjeżdża klasa robotnicza Wielkiej Brytanii, osoby wyłącznie dorosłe, i bawi się na dowolne, często zbyt frywolne sposoby.

– Baby latają w negliżu, co tu się nie dzieje! – śmieje się Krzysztof. Dalej opowiada, że nie zdarzył się taki weekend, w czasie którego nie dostawałby niedwuznacznych propozycji. – Próbowały nawet mnie obłapiać.

Z gorszych informacji, to taka, że na adult weekend przyjeżdżają również panowie o orientacji czyniącej z nich naturalny elektorat Ruchu Palikota. Ci też obłapiają.

Dla urobionych i oderwanych od ojczyzn imigrantów to porcja nie byle jakiej rozrywki. Na inne pozwolić sobie nie zawsze mogą – wszak większość zarobków wysyłają do swoich rodzin.

Marcin, który znów wspomina swoją dziewczynę z Manilii, deklaruje, że Angielki nie są w jego typie, zaś na przypadkowy seks nie ma ochoty.

– Jak będę chciał to sobie w Londynie wynajmę luksusową prostytutkę za 300 funtów. Będzie wyglądała, jak chcę i spotka się ze mną o takiej godzinie, która będzie mi odpowiadała – mówi. I dodaje: – A potem jeszcze kupię jej kwiaty.

Chwilę później szeptem: – Nie zdradzę swojej dziewczyny.

Wygląda na to, że beneficjentem weekendu zostanie nasz 20-letni kolega. Jeżeli weekend dla dorosłych wydarzy się w najbliższą sobotę. Bo do końca jeszcze nie wiadomo, czy datą zabawy klasy robotniczej Zjednoczonego Królestwa ma być ten weekend, czy kolejny. Prędzej, czy później przyjdzie.

Korona Północy

Wieczorem rozmawiam przez telefon z mamą. Gdyby nie jej pomoc, nie byłoby mnie stać na przylot na Wyspy. Tak, czyta co piszę z mojej emigracji. Ale nie podobają się jej rozważania o Polsce.

– Możesz nie lubić Tuska i obecnego rządu, bo rzeczywiście jest zły. Ale Polska to Twoja ojczyzna – tłumaczy. – Polska była pod zaborami, pod okupacją. Miała różne rządy. Ale to zawsze była Polska i ludzie w niej żyli i ją kochali. To nie jest jakiś kraj. To jest twój kraj. I masz nie pisać źle o Polsce.

Masz rację mamo.

Po tej lekcji rodzicielskiego patriotyzmu idę zapalić fajkę. Nie papierosa – fajkę. Pierwszy raz od niemal dwóch tygodni. I patrzę w rozgwieżdżone brytyjskie niebo. Nad sobą widzę siedem charakterystycznych gwiazd – to Korona Północy. Po łacinie Corona Borealis – pierwszy gwiazdozbiór, który nauczyłem się rozpoznawać. To od niego wziąłem jeden ze swoich internetowych nickname’ów.

Idę spać. Moi koledzy poszli spać zanim wyszedłem. Koleżanki z Węgier właśnie gaszą światło.

Brytania ukołysze mnie do snu. Brytania mnie obudzi. Nawet widziana znad cuchnącego zmywaka jest piękną kochanką i towarzyszką, z którą chciałbym się zestarzeć. Polska… Polska mnie wyrzuciła.

Małpy

małpy - anglia

 

Dostajemy najniższe wynagrodzenie – wszyscy czterej, jak los rzucił nas na gościnną ziemię Zjednoczonego Królestwa. Ja i Marcin na zmywaku, Krzysztof – jako kelner i Patryk, jako początkujący kucharz. Niedawno Nick Griffin, lider Brytyjskiej Partii Narodowej porównał Polaków do małp – ze względu na zarobki urągające ludzkiej godności, na które się tak ochoczo godzą.

Poszło o hasło „jak mało płacisz, to zatrudniasz małpy” z sugestią wprost, że chodzi o imigrantów z Polski.

Prawdę mówiąc nawet najniższe wynagrodzenie tutaj jest dla mnie czymś nieosiągalnym w pogrążającej się w kryzysie Warszawie. Abstrahując od tego, że moi ostatni pracodawcy do uczciwych nie należeli i zdarzało im się zapomnieć o wypłatach (zresztą, niektórzy nie pamiętają do dzisiaj), to zwykle świetnie mieściły się w kategorii “marne”. Ot, po prostu pozwalały na opłacenie rachunków. I nic więcej. Książek na przykład  nie mogłem już kupować od dawna, więc nauczyłem się czytać te w wersjach elektronicznych – tańszych, lub darmowych w ogóle. Krzysztof, Marcin i Patryk zgadzają się ze mną.

– Ile będziesz pracował tutaj? – Patryk pyta o 30 lat starszego Krzyśka wskazując gestem nieokreśloną przestrzeń. Wiadomo, że chodzi o miejsce, w którym pracujemy.

– Tyle, żeby pospłacać długi w Polsce – odpowiada. Ale o wyjeździe z Wysp Brytyjskich ani słowa.

Krzysztof jest dzisiaj szczęśliwy. W sobotę jedzie na urlop do Polski. Do rodziny, do domu. Zobaczy się z dziećmi. Ja ze swoimi zobaczę się nieprędko. A szkoda, bo jedna córka będzie obchodzić właśnie imieniny a za dwa tygodnie są urodziny mojego synka. Dwie córki skończyły właśnie żłobek i przedszkole…

Żywcem z Imienia Róży

Brytania obudziła mnie dziś delikatnym, kołyszącym deszczem i krzykiem mew. Wszyscy moi współlokatorzy poszli do pracy przede mną, więc miałem czas na to, żeby włączyć głośno muzykę, pochodzić po domu w negliżu i przygotować się do wyjścia. Rozmyślałem nad wysokością moich zarobków w kontekście słów Griffina. – Pewnie, że to jest niesprawiedliwe – mówiłem do siebie w myślach. – Ale szukałem jakiejkolwiek pracy. Zgodziłem się… i na to zajęcie, i na to wynagrodzenie.

Wspominam szkolenie, które odbyło się dzień wcześniej. Na nim dowiedziałem się kiedy dokładnie dostanę pierwszą wypłatę. Zaraz potem od młodej menedżer padła propozycja: – Jeżeli ktoś z was potrzebuje zaliczkę, żeby dotrwać do wypłat, proszę mi o tym powiedzieć – rzecz nad Wisłą nie do pomyślenia.

Nikt nie potrzebował. Mam niewiele pieniędzy, ale postanowiłem, że zacisnę pasa i dotrwam na końcówce do wypłaty. Nie mogę zapomnieć, co jest moim celem i wpaść w pułapkę potraktowania wyjazdu wyłącznie w kategoriach wielkiej przygody. Jem i tak niewiele, palę coraz mniej, bo w pracy to jest niemożliwe, a później ledwo żyję i nie mam siły zwlec się po schodach na dół i wyjść przed barak.

Dzisiaj postanawiam porozmawiać z Anglikami na temat tych małp. W kuchni, w której pracuję biega na mojej zmianie między kotłami, palnikami, koszami na śmieci, lodówkami, stołami, automatycznymi zmywarkami oraz zmywakami na kotły i patelnie lekko licząc 40 osób. Część, głównie menedżerowie, to Brytyjczycy.

– Coś musi być na rzeczy – mruczę pod nosem w drodze do pracy. Parę razy stojąc przy zmywaku słyszałem za plecami odgłosy, jakie wydają małpy. Wciąż mam nadzieję, że tym razem zmywak mnie ominie i dostanę za zadanie zwozić z sal restauracyjnych brudne naczynia. Niestety – grafik na dzisiaj nie pozostawia wątpliwości. Dzisiaj od rana będę zanurzał ręce po ramiona w tłustej wodzie próbując wyłowić kotły i blachy po przemysłowym wypieku mięs, jajecznicy ze 100 jaj, czy rosołu dla 500 osób. Mam pomagać George’owi.

George to jeden z najstarszych pracowników kuchni. Wspólnie z pewnym starym i milczącym Węgrem stanowią główny zespół zmywaka. Patryk po drugim dniu pracy dość trafnie określił ten duet, jako „wycięty żywcem z klasztoru w ekranizacji Imienia Róży”.

George jest milczący, choć czasem kątem oka zauważam, że przy pracy tańczy do muzyki lecącej z, na cały regulator ustawionego, radia. Raz podryguje, innym razem wykonuje znany z filmu „Pulp Fiction” gest Johna Travolty. Dwa dni wcześniej zakładał na głowę tłuste miski.

Małpie krzyki

Myślę, że to jego forma obrony przed szaleństwem, które niechybnie stanie się również moim udziałem jeśli posiedzę na zmywaku dłużej. A może już oszalał?

– Jestem Paweł – przedstawiam się.

– Wiem – słyszę wymamrotaną odpowiedź. Pytam go o wiek. I pochodzenie.

George ma 54 lata i jest Walijczykiem. Dlaczego pracuje z Polakami i Węgrami na najgorszym stanowisku za najmniejsze wynagrodzenie? Na to pytanie już nie słyszę odpowiedzi. Tanecznym krokiem George znika za zmywarką, by po chwili przynieść sobie i mnie plastikowy kubek z cytrynowym napojem. Gestem pokazuje, żebym go wypił. Jego napój znika momentalnie i zabieramy się za zmywanie. Za nami w ciągu kilku chwil pojawiło się kilkadziesiąt wielkich naczyń.

Małpie okrzyki to sposób komunikowania się George’a w pełnym zgiełku

pomieszczeniu z polskim brygadzistą, który – o ironio – odkrzykuje mu tym samym. Nie wiedzieć czemu, w pewnym momencie wybucham śmiechem.

Gównoland

Pierwszą zmianę na zmywaku kończę wściekły. Jestem mokry od stóp do głów. Nawet bieliznę mam mokrą. I nie mam szans skończyć zmywania przed rozpoczęciem kolejnej zmiany. Perspektywa spędzenia dnia na bolących nogach i w mokrym kostiumie, nie wykorzystanej przerwy, doprowadza mnie do szewskiej pasji. Już nie lubię ani tej pracy, ani nawet za specjalnie miejsca, do którego wyrzuciła mnie Polska.

Michał, były żołnierz, brygadzista, a w lokalnej nomenklaturze „team leader”, wyczuwając mój nastrój podchodzi i mówi, żebym zostawił to wszystko i wrócił po przerwie – za dwie godziny. Będę zbierał naczynia.

W domu czekają na mnie Marcin i Patryk. Ten drugi jest już po pracy. Marcin wróci ze mną na drugą zmianę. Nie mam siły na rozmowę, więc jedynie słucham opowieści Marcina o różnicy między polskim i brytyjskim urzędami skarbowymi. Właśnie dostał korespondencję ze skarbówki Jej Królewskiej Mości. Spóźnił się z opłaceniem zaległego podatku. Wezwano go do zapłaty. Zarobił, zapłacił i sprawa jest załatwiona. W Polsce zostałby ukarany – liczymy razem, że lekko licząc takie obsunięcie kosztowałoby go 50 tys. złotych. Z zamianą na areszt, bo pracy w Polsce nie miał.

Później rozmowa schodzi na polską politykę. – Ja to nazywam Gównolandem – denerwuje się. – Tam powinni zostać tylko politycy i się udusić we własnym sosie.

Patryk też chodzi wściekły. Spędza dzień latając z mopem. Chciał się nauczyć gotowania, ale w angielskim przedsiębiorstwie ścieżka szkolenia, nie wspominając o awansie dla Polaków, jest niczym bieg z przeszkodami. Choć – przyznajemy razem – jest to bieg, którego reguły są jasne i precyzyjne, i wszystkie strony ich przestrzegają. Po prostu początki są trudne. I, nie ma co ukrywać, bywamy ludźmi drugiej kategorii.

Żart galeicki

Już po południu poznaję w pracy Dave’a. To angielski kelner w wieku ok. 60 lat. Nie, nie uważa Polaków za małpy. Żartujemy z jego nazwiska. Pochodzi z języka francuskiego i w tłumaczeniu na angielski oznacza tyle samo, co „łucznik”.

– Powiedz lepiej ilu wrogów zabił twój pradziad Francuz? – pytam ze śmiechem, bo niechęć Anglików do Francuzów ma już niemal tysiąc lat.

– Mam nadzieję, że strzelał na południe – odpowiada mi Dave. – Bo ja urodziłem się w Wielkiej Brytanii, i na Miły Bóg, czuję się Brytyjczykiem!

Żałuję, że nie wziąłem na emigrację swojego łuku. Został w Polsce, jak cały szereg innych rzeczy do których wydawało mi się, że jestem przywiązany. Z Dave’m postrzelałbym z przyjemnością. Pewnie potrafi, w końcu nazwisko zobowiązuje.

Godzinę później kończę swoje małe śledztwo w sprawie polskich małp – rozmawiam ze Szkotem przy śmietniku pełnym resztek jedzenia z całego dnia. To mój kolega z pracy – dowiaduję się od George’a.

Nie, też nie uważa Polaków za małpy. Potem szybko wyrzuca z siebie wyrazy, których nie potrafię zrozumieć. Melodia języka wydaje mi się znajoma, jakby słowiańska. Spoglądam na niego z niezrozumieniem.

– To gaelicki – śmieje się. – Najpiękniejszy język świata.

Opowiadał kawał: dlaczego górale są tak rzadko oskarżani o gwałt? Bo owce nie potrafią mówić.

Małe Polski

W ciągu ostatnich dni odzywają się do mnie Polacy, którzy przeszli ścieżkę, po której idę z mozołem z moją zastępczą, tymczasową rodziną – Krzysztofem, Marcinem i Patrykiem. Są na miejscu już od lat. Niektórzy oferują pomoc – a co najważniejsze, proponują spotkania. Tak po prostu. Zapraszają do domów. Możemy sobie na chwilę zbudować takie małe, chwilowe Polski.

Wśród wielu z nich Asia i Marek, których nie widziałem przez czas mierzalny w dekadach. Poznałem ich dzięki pewnej wielkiego talentu i serca artystce, z którą nasze drogi rozeszły się w gniewie i zapamiętaniu. A ponieważ to byli jej znajomi, nie narzucałem się z kontaktem. Odezwali się pierwsi – parę lat temu, jak tylko zjechali na Wyspy Brytyjskie. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni ich dzieci dopiero co nauczyły się chodzić. Dzisiaj wchodzą w dorosłość. Byłem przekonany, że już mnie nie pamiętają.

W domu rozmowa toczy się wokół kobiet. To pewnie przez wyjazd Krzysztofa. Brytyjska telewizja puszcza program, w którym nagi mężczyzna przygotowuje kolację. Towarzyszą mu dwie, także rozebrane, kobiety. Nie ma w tym nic seksualnego – po prostu nagość.

– Jakiś idiota prezentuje przyrodzenie w telewizji i jeszcze baby brzydkie do tego. Idę spać – Marcin – lingwista ze zmywaka wychodzi poirytowany. Ja – dziennikarz, Krzysztof – inżynier i Patryk – kucharz, wybuchamy śmiechem.

Siadam do komputera. Odpisuję na maile.

Polacy

 

Z wolnej soboty, na którą cieszyliśmy się wszyscy w naszym małym emigracyjnym mieszkaniu 100 km od Londynu wyszły nici. I nie wiadomo, czy to za sprawą pracodawcy, czy złośliwego losu. Od ósmej rano walczyłem ze zmywakiem. Podobnie jak lingwista, który już niedługo będzie obchodził sześciolecie tułaczki.

Krzysztof, polski inżynier usługujący angielskim damom w kelnerskim fartuszku, o 4.30 rano wjechał na urlop do Polski. Wieczorem zdążyłem rzucić mu, żeby mi przywiózł konserwę turystyczną.

Krzysztof roześmiał się. I wyjaśnił: – Nie będę bez sensu turystycznej woził. Kupisz sobie u Hindusa.

W miejscowości, w której mieszkam, jest kilka sklepów z polską żywnością. Najlepiej zaopatrzony i najtańszy, należy – o ironio! – do Hindusa i jest prowadzony przez imigrantów z Delhi.

Nasze upodobania

W każdej grupie społecznej musi się znaleźć postać pasująca do powieści Karola Dickensa. U nas bezspornie taką postacią jest mój rówieśnik Marcin. Z czarną brodą wygląda trochę jak fundamentalista islamski. Przed niechęcią Brytyjczyków ratują go tylko jasnoniebieskie oczy.

Marcin znów popada w przygnębienie. Przygnębienie, które jest siłą napędową Patryka, 20-latka który miewał kłopoty z policją z powodów licznych bójek, balował nie raz do rana, a teraz przekonuje, że sześciomiesięczny kontrakt zapowiada się na najpiękniejsze półrocze jego życia. Właśnie z powodu Marcina. Marcin czasem opowiada dziwne rzeczy – ale z takich opowiadania na emigracji chłonie się każdą literę.

Marcin zwierzył nam się właśnie, że nie ma szczęścia do kobiet. Tak ni z gruszki, ni z pietruszki. Nie oznacza to jednak, że w ogóle się nikomu nie podoba.

– Kobietom to się nie podobam – opowiada. – Za to mam szczęście do transseksualistów. Cały czas się do mnie przystawiają. Ostatni wyglądał zupełnie, jak kobieta. Nawet miał paznokcie pomalowane.

Patryk ryczy ze śmiechu. Ja też się popłakałem, ale Marcinowi to nie przeszkadza. Płynnie przechodzi z transwestytów na narzekanie na brytyjskiego pracodawcę, który nieoczekiwanie zrujnował nasz weekend. Nie chodzi wyłącznie o to, że standardem stało się dla nas dziewięć godzin na szmacie, ale również o to, że bez chwili odpoczynku nie mamy szans na to, żeby poszukać innej pracy, poznać kogokolwiek nowego – jeśli nie liczyć towarzyszy niedoli ze szmaty – czy choćby poczytać książki. Z żalem co wieczór patrzę na czytnik e-booków, który przywiozłem z Polski razem z kilkoma tysiącami pozycji. Nie wiem, kiedy będę w stanie zaszyć się z nim pod angielskim drzewem i po prostu poczytać w samotności. Mój kontrakt mówi o sześciu miesiącach ciężkiej pracy. I – jak na razie – nic nie wskazuje na to, żebym mógł liczyć na dni wolne. Na razie moje największe osiągnięcie, jeśli chodzi o czas wolny to skrócenie jednej ze zmian do czterech godzin w najbliższą niedzielę.

Wówczas jednak również nie siądę do książki – to dla mnie jedyna szansa na zakupy żywnościowe. W polskim, czy nie polskim sklepie będę mógł wydać ładnych kilka funtów mniej, niż w drogich delikatesach, które codziennie mijam po drodze do pracy.

Moje, nie moje gwiazdy

Mimo zmęczenia coraz częściej wchodzę w nocy na długie spacery z kubkiem angielskiej – a jakże! – herbaty i fajką. Rozgwieżdżone niebo od zawsze mnie uspokajało. I choć tu, nad nową ziemią, wygląda dokładnie tak samo, jak nad Mazowszem, czy Warmią i Mazurami, wydaje mi się zupełnie odmienne. Inne, choć dzięki niemu majaczy mi wspomnienie Polski.

Czy w ciągu tygodnia, odkąd opuściłem kraj moich przodków, można zapomnieć zapachu i wyglądu ojczyzny? Pytałem moich towarzyszy w ciężkiej pracy – można! Nie jestem wyrodnym synem polskiej ziemi. Jestem przeciętnym Polakiem na emigracji i dotykają mnie problemy, z jakimi zderzają się wszyscy zmuszeni do wyjazdu z Polski.

Z obcej ziemi wszystko wygląda inaczej, niż z Warszawy. Kryzys, który władze Rzeczpospolitej próbują maskować uśmiechami i odrwacaniem uwagi poprzez przeniesienie dyskusji w obszar praw mniejszości seksualnych i sztucznego zapłodnienia – to były dwa główne tematy, kiedy opuszczałem Polskę – szaleje nad Wisłą w najlepsze. Jest najgorszy w całej Unii Europejskiej. Tym boleśniejszy, że rząd niewiele chce zmieniać. Być może wychodzi z założenia, że głodujący naród da się skuteczniej złapać za pysk.

Jednak poza liczną grupą imigrantów, na Wyspach Brytyjskich nikt tak naprawdę Polską się nie interesuje – wiadomości znajduję po przeszukaniu angielskich portali. Nawet biorąc pod uwagę ewentualny napływ kolejnych imigrantów, Brytyjczycy wolą zajmować się odcinaniem owoców swojej dotychczasowej pracy i spędzają czas na rozrywkach. Polacy – póki co – usługują im i jeszcze długo będą.

Arystokrata

Tematem rozmów przy stole w niewielkiej jadalni mojego mieszkanka w baraku staje się zepsuta maszyna do zmywania. To z jej powodu cofnięto większości pracownikom wolne. Działa jeszcze druga, ale i tak sytuacja wymaga od nas większych obrotów w pracy.

Ból pleców i mięśni staje się moim nieodłącznym towarzyszem. Do tego dochodzi zdenerwowanie, które muszę uważnie trzymać w ryzach. Bo ani przełożeni, ani tym bardziej koledzy z pracy nie są winni wybrykom nieszczęsnej automatycznej zmywarki.

W czasie drugiej zmiany krążąc wózkiem z brudnymi naczyniami po jednej z restauracji, moja droga przecina się ze ścieżką pewnej nobliwej starszej pani. Próbuję się uśmiechnąć i gestem pokazuję jej, że ustępuję jej drogę,

– Skąd pan jest? – pyta mnie grzecznie.

– Jestem polskim arystokratą, który bada dzikie plemiona Europy – wyrywa mi się.

Sekundę później zdaję sobie sprawę, że mój wynikający z nie najlepszego samopoczucia żart, może być odebrany, jako niegrzeczność. A na tę nie mogę sobie pozwolić.

Przez kilka sekund na twarzy mojej rozmówczyni widać zmieniające się emocje. W końcu ocenia moją odpowiedź jako żart i z uśmiechem pyta, jak w tym wszystkim odnajdują się Brytyjczycy. Tłumaczę, że muszą popracować nad łazienkami i nauczyć się prawidłowego ruchu na ulicach.

Już przy zmywaku dowiaduję się, że nie wolno mi rozmawiać z gośćmi. Jeżeli jestem przez nich zaczepiony, mam ładnie odpowiedzieć i zająć się swoimi sprawami.

Amber, czyli bursztyn

Kwestia brytyjskich łazienek jest dla mnie zdumiewająca. Przy każdej umywalce i wannie zamiast jednego, są dwa krany – oddzielnie dla zimnej i ciepłej wody. W efekcie proste umycie rąk zamienia się w koszmar, bo albo się parzę, albo wkładam dłonie do lodowatej wody, która nie ułatwia mycia.

– Jak mieszkałem kilka lat temu z mamą w niewielkim pokoju, gdzie była wspólna łazienka, to mieszkańcy po prostu połączyli oba krany wężem, tak, żeby woda była normalna – opowiada Patryk.

Na razie jednak muszę sobie radzić oblewając się naprzemiennie wrzątkiem i lodowatą wodą właśnie. W moim emigracyjnym, pierwszym brytyjskim domu, węże są poza zasięgiem. Nie mamy ani czasu na ich poszukiwanie, ani za specjalnie pieniędzy na to, żeby je kupować.

W pracy pojawiła się dwójka nowych pracowników – też emigranci. Z Siergiejem, 25-latkiem, natychmiast przechodzę na rosyjski. Przyjechał z Łotwy, która także odczuwa kontynentalną recesję. Choć z jego opowieści wynika, że ludziom żyje się tam lepiej niż w Polsce.

Amber, druga emigrantka, nie skończyła jeszcze 20 lat i nie mam bladego pojęcia, skąd pochodzi. Uśmiechnięta (zobaczymy jak długo!) dziewczyna przedstawiała się w biegu każdemu. Również mnie. Jej imię w tłumaczeniu na Polski oznacza „bursztyn”. – Mam słabość do bursztynu – próbuję to powiedzieć, przy czym sam słyszę, jak się pogrążam, bo w języku angielskim pozwoliłem sobie na dwuznaczność.

– Lubię amber – rzucam mimo to do brygadzisty, który akurat stał obok nas. – Pasjami go uwielbiam.

– Ale my się jeszcze nie znamy – to 20-latka.

– Nie, nie powiedziałem, że cię lubię. Właściwie to cię nie lubię, bo cię nie znam. To też nie – rozmowa najzwyczajniej wymknęła mi się spod kontroli. Wyjaśniam pokrótce, o jaki amber mi chodziło i daję nogę. To już druga wpadka, przy której najadłem się wstydu.

Pierwsza wynikała z mojego zmęczenia i zaniedbania. Przez pierwsze dni nie goliłem się, ani nie dbałem o swoją twarz, jeśli nie liczyć codziennego mycia. Prawdę mówiąc nawet nie spoglądałem w lustro. Kilka dni temu zauważyłem, że przed moim wózkiem uciekają dzieci w restauracji. Chowają się i jak widzą mnie, nawet kiedy próbuję się uśmiechać, wykazują daleko posuniętą ostrożność w kontaktach. W pierwszej chwili zwaliłem wszystko na wózek, ale wieczorem niechcący spojrzałem do lustra.

Z nieogoloną i niezadbaną brodą, siwą z jednej strony, wyglądałem jak zwykły luj. Do tego ochlapany przy zmywaku czarny kostium pracownika – dla dzieci mogłem wyglądać jak groźny imigrant ze Wschodu. Kto wie, być może w wieczornych dyskusjach rodzice przestrzegają ich przed takimi, jak ja.

Oczywiście przystrzygłem brodę, tak aby nie budować wizerunku Polaka, który pasowałby do wizji brytyjskich narodowców.

Kim jestem…

Odebrałem dzisiaj kilka kolejnych telefonów od Polaków, którzy na Wyspy trafili przede mną. Niektórzy to dawno niewidziani znajomi z rodzinami. Inni, to ludzie, których właśnie poznaję. Czytali kiedyś jeden, czy dwa moje teksty, a kiedy dowiedzieli się, że jestem wśród nich, zechcieli zaprosić mnie na kawę. Większość z nich mieszka w Londynie. Tłumaczę, że na razie nie stać mnie na wyjazd z małego miasteczka, w którym osiadłem z dala od bliskich.

– Niespecjalnie też wiem jak zagospodarować swój wolny czas, który prawdę mówiąc uparcie świeci nieobecnością – wyjaśniam.

Jutro spotkam się z internetowym znajomym. Przyjedzie do mnie w odwiedziny. Pójdziemy do jakiejś lokalnej kawiarenki.

Inny, Janusz, obiecuje, że spróbuje znaleźć mi pracę na przedmieściach Londynu. Zdecydowanie lepiej płatną, niż obecna. I – jeżeli sam sobie nie poradzę – jakiś niewielki pokoik między innymi imigrantami z różnych stron świata. Być może więc moim przeznaczeniem stanie się Londyn. Po rozmowie włączam sobie małą znaną piosenkę Sinead O’Connor „Streets of London”. Z przyjemnością podejmę każde wyzwanie i każdą, najtrudniejszą, pracę. – Wszyscy tu zaczynają od czegoś ciężkiego – wyjaśnia. – To standardowa ścieżka Polaka w Anglii.

Jeśli wyjadę, to tu na południu Anglii zostanie trzech moich przyjaciół, z którymi – choć znam ich ledwie od tygodnia – zżyłem się, jak z rodziną. I znalazłem odpowiedź na pytanie, które nurtowało mnie od dekad… To właśnie to coś, co wymyka się opisowi czyni nas Polakami. Ta wspólnota serc i wyrażania myśli bez słów, odgadywania swoich rozmyślań i potrzeb. I nawet jeśli nigdy nie wrócimy do Polski, pozostaniemy jej wiernymi dziećmi.

Przed snem czeka mnie jeszcze spacer pod brytyjskim niebem. I wyszeptane z wdzięcznością „dobranoc Brytanio”. Patryk i Marcin już dawno poszli spać, dyskretnie wychodząc z jadalni, aby nie przeszkadzać mi w pisaniu.

Pierwszy kryzys

3panów - img94joktmu71694

 

Pierwszy z naszej grupy wykruszył się 20-letni Patryk. Był kucharzem i właśnie zrezygnował z pracy, bo było za ciężko. Koledzy z kuchni, też polscy imigranci, znęcali się nad nim, bo trafił mu się weekend wolnego. Poza pracą spotykam kolejnych polskich uchodźców. Ich losy, podobne do mojego, wyniosły ich do pozycji brytyjskiej klasy średniej – jak raz klasy, po której zmywam dzisiaj naczynia.

Wolny weekend Patryka był ewenementem u mojego obecnego pracodawcy. Żadnej z osób, z którymi rozmawiałem, bez względu na narodowość, nie udało się dostać kolejnych soboty i niedzieli wolnych od pracy. Mnie i Marcinowi, którzy jesteśmy ćwiczeni na zmywaku, przyszło pracować przez cały weekend non stop.

Być może to właśnie dlatego Patryk został niechętnie przywitany w zespole kucharzy, którzy ciężką pracują gotując dla lekko licząc kilkuset osób dziennie.

– Znosiłem teksty w stylu ‘młody’, ‘gówniarz’ – skarżył mi się później. – Ale ‘pedała’ nie zniosę. Szef kuchni przypieprzał się do mnie przez cały ranek. W końcu walnął mnie w głowę. Dlatego dzisiaj wyjeżdżam i koniec. Rozmawiałem z mamą, przyjedzie po mnie i razem wrócimy do Londynu. Jeśli potrwałoby to parę dni, nie wytrzymałbym i dał komuś w dziób. A za takie gówniane pieniądze, to sobie znajdę jakąś pracę w centralnej Anglii.

Zostaję powiernikiem Patryka. Zdaje mi wszystkie służbowe rzeczy i prosi, żebym za dwa, trzy dni przekazał wszystko do firmowego magazynu.

Próbuję mu jeszcze tłumaczyć, że najmłodszych w każdej firmie traktuje się tak samo. Że to naturalna kolej rzeczy, a gdzie indziej może wcale nie być lepiej. I, że w końcu jego praca była o niebo lżejsza, niż moja, latanie na szmacie.

– Marcin też coś odpieprzy, mówię ci – przekonuje mnie po chwili. Panowie mieli kilkugodzinną rozmowę, kiedy wybrałem się do miasta pozałatwiać sprawy urzędowe i poznać miasto. Kiedy wróciłem Marcin był już w pracy, ja miałem wolną drugą zmianę. – Zobaczysz, że on też zrezygnuje szybko. Nosi go już…

To jakaś klęska – myślę sobie. – Skoro Krzysztof, inżynier z kelnerskim etatem pojechał na dwa tygodnie do Polski, Patryk wyjeżdża za godzinę na zawsze do Londynu, to po rezygnacji Marcina – a rzeczywiście jest coraz bardziej prawdopodobna – zostanę w segmencie w baraku sam. Przyjdzie mi powoli oszaleć, bo na nowe znajomości nie mam szczególnej ochoty. Każdy prywatny kontakt na Wyspach między ludźmi pracującymi w tym samym miejscu, lub zawodzie obowiązkowo musi być oparty o butelkę. A skoro nie piję, więc dla Polaków, Węgrów, Słowaków i imigrantów z państw bałtyckich jestem średnio atrakcyjny towarzysko. Zresztą – kiedy miałbym się zajmować życiem prywatnym, skoro we wtorek spędzę na szmacie i zmywaku ponad 12 godzin?

Kiedy odprowadzam Patryka do samochodu jego mamy, żegnamy się ostatni raz. – Jakby coś, to mamy telefony – rzuca na odchodne. I odwracając się: – Uważaj na Polaków. Jak ktoś cię ma oszukać w Anglii, to z pewnością zrobi to Polak. A kucharz, przez którego wyjeżdżam też jest Polakiem.

Dzisiaj, w związku z wyjazdem kolegi, Marcin wyjątkowo pomija swój temat przewodni rozważań dotyczący tęsknoty, czyli transwestytów. Chyba na smutno wolałby dzisiaj hebanowo-czarne mieszkanki Ghany. – Wiesz, nigdy tego z murzynką – przyznaje się.

– Ja też, ale jakoś mi nie tęskno – uśmiecham się pod nosem.

Trudny bieg do bogactwa

Z Polakami na Wyspach nie jest jednak tak do końca źle. To prawda, że na celowniku oszustów znad Wisły znajdują się przede wszystkim naiwniacy znad Wisły. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym na szali wagi naszych cech narodowych na emigracji nie położył tych wszystkich ciepłych gestów, które spotkały mnie w minionym tygodniu. Kilkanaście niezrealizowanych zaproszeń na kawę, dwa spotkania, kilkanaście telefonów… czy w końcu piękny gest Patryka, który mnie i Marcinowi zostawił całe swoje jedzenie.

Wczoraj spotkałem się z Wojtkiem. To mój rówieśnik. Do miasteczka, w którym obecnie mieszkam przyjechał z Londynu z całą rodziną – piękną żoną, dwiema uroczymi córkami i synkiem. Dzieci urodziły mu się już w Wielkiej Brytanii.

Poznaliśmy się po publikacji jednego z odcinków „Trzech panów na uchodźstwie”. W komentarzu pod tekstem zarzucił mi, że jednostronnie opisuję Polonię, że przedstawiam Polaków w złym świetle, szkodząc mimowolnie wizerunkowi naszej wspólnej ojczyzny. Zdaje się nawet, że nazwał mnie baranem.

– To nic osobistego – śmiał się później w czasie naszego spotkania. – Czasem mnie ponosi. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.

Nie gniewam się. Już dawno zrezygnowałem z przekonania o swojej nieomylności i bezwzględnej racji. Na długo przed tym, zanim zostałem dziennikarzem. Za przyjazd Wojtka i jego rodziny jestem mu ogromnie wdzięczny. W krótkiej wymianie maili, a potem telefonów ustaliliśmy, że chcemy się spotkać. Mój przyjazd do Londynu nie wchodzi w rachubę. Propozycję Wojtka, że pokryje koszty tego przyjazdu też odkładamy. W efekcie spotykamy się na deptaku na wybrzeżu Południowej Anglii. To długie spotkanie staje się dla nie prawdziwą odskocznią od ciężkiej codzienności. Pierwszy raz od tygodnia wychodzę do miasta normalnie ubrany i czuję się jak człowiek.

Wojtek jest ekonomistą z wykształcenia. Wyemigrował zanim jeszcze Zjednoczone Królestwo otworzyło rynek pracy dla Polaków, w czasach kiedy taki wyjazd był nie lada wyczynem. I niemal zawsze był emigracją w ciemno. Zaczynał podobnie, jak ja – tyle, że mył samochody. Szybko dojechała do niego przyszła żona – lekarz. Zaczęli wspólnie gryźć twardy kawałek brytyjskiego chleba. Pracowali dużo w różnych miejscach i dzisiaj mogą sobie pozwolić na życie bez polskich zmartwień (oczywiście, że starcza im do pierwszego! Nie ma tu zresztą takiej kategorii w domowych budżetach). Mało tego – mogą realizować swoje marzenia.

Z dziećmi rozmawiają po polsku – choć formalnie rzecz biorąc ich pociechy, tu urodzone, są poddanymi Elżbiety II i ich pierwszym językiem jest angielski. Wojtek stara się ze spotkanymi na angielskich ulicach Polakami także rozmawiać w języku ojczystym. – To oczywiste, że każdy kto tu przyjechał i pracuje, w lepszym lub, częściej, gorszym stopniu zna angielski – wyjaśnia. – Ale porozumiewać się powinniśmy po polsku.

Rozmawiamy o Polsce. O tym, co się z naszym krajem stało. O tym, że w sposób niezauważalny dajemy sobie prać mózgi i przyjmujemy to, co przez wiele lat wpajała nam telewizja, stosując narzucane zasady nowomowy. Na przykład ‘małżeństwo gejowskie’ – nie ma czegoś takiego. Definicja małżeństwa od ponad tysiąca lat jest w Polsce niezmienna. Nie tylko w Polsce zresztą… Mimo to w naszej rozmowie zdarza się i jemu, i mnie użyć tego zwrotu. Między innymi tego…

Spacerując z Wojtkiem i jego rodziną nagle zdaję sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu widzę duży przypływ. Nigdy wcześniej nie zwracałem na pływy uwagi. Tym razem musieliśmy się przenieść w górę plaży, bo po prostu przegoniło nas morze.

Ciężka, fizyczna, na etat…

Z Januszem – to kolejny Polak, z którym kontakty są dla mnie ogromnie ważne – rozmawiamy przez telefon. Będziemy mogli spotkać się w Londynie, pod warunkiem, że przyjadę. Ma dużo pracy i podróż na południe Anglii nie wchodzi w rachubę. Ale kontaktujemy się codziennie.

Janusz zaoferował się, że pomoże mi znaleźć pracę w Londynie, gdzie będę mógł więcej zarobić i może niekoniecznie na szmacie.

– Rozmawiamy o fizycznej pracy i wcale nielekkiej – precyzuje w jednej z rozmów. – Ale to praca na etat i za większe pieniądze, niż te, które masz obecnie. Mam nadzieję, że się uda.

Janusz znajduje mi nawet metę w Londynie, jeśli moje rozmowy o pracy wymagałyby nocowania w brytyjskiej stolicy. Zaprasza również do siebie.

– Jeżeli będziesz potrzebował pieniędzy, to, proszę, nie miej skrupułów o tym powiedzieć. Może nie będzie to majątek, ale nie zostaniesz na lodzie – deklaracja bezinteresownej pomoc Janusza wzrusza mnie prawie do łez. W Polsce z podobną spotkałem się tylko kilkukrotnie. Przez wiele lat robiłem, co mogłem, żeby ludzie nauczyli się sobie ufać i pomagać. Każdego, komu pomogłem, prosiłem, żeby nie odwdzięczał mi się, nie płacił, ale żeby pomógł komuś, kto będzie tej pomocy potrzebował. Koniec końców udało się w ten sposób poznać ze sobą kilku wspaniałych i kochanych ludzi. Nie spodziewałem się spotkać kogoś takiego na obczyźnie, gotowego bezinteresownie pomóc osobie niemal zupełnie obcej.

Janusz za rękę przeprowadza mnie w naszych telefonicznych pogawędkach przez procedury rozpoczęcia życia w Anglii.

– Musisz mieć numer NIN i konto bankowe – cierpliwie tłumaczy. I dalej: – Jeśli chodzi o NIN, to najpierw zadzwoń do urzędu i umów się z urzędnikiem na konkretną godzinę. Lepiej będzie, jeżeli zadzwonisz z budki telefonicznej, bo będzie cię to kosztowało kilkadziesiąt pensów. Zarejestruj się w urzędach pracy i w prywatnych agencjach zatrudnienia.

A poza tym po prostu gadamy, jak Polak z Polakiem. On także ostrzega przed naiwną ufnością wobec rodaków. Język polski nie zawsze jest kluczem porozumienia. Często bywa wytrychem do naszego portfela.

– Tu przyjechali również cwaniacy – wyjaśnia. – Są tacy sami, jak byli w Polsce, tyle że działają na Wyspach. Po prostu uważaj.

Bank holiday

Jutro zaistnieję w angielskim sektorze finansowym, jako dumny posiadacz konta z brytyjskim prefiksem. Znajomość systemu bankowego Wielkiej Brytanii i zasad jego współpracy z bankami kontynentalnymi ułatwia mi wybór banku. W końcu pieniądze, które tu zarobię będę musiał wysłać do Polski. A przelewy muszą iść sprawnie i być tanie.

Założenie konta, które będzie mi odpowiadało, wymaga ode mnie dwóch dokumentów, kontraktu o pracę oraz umowy na wynajem lokalu mieszkalnego na terenie Zjednoczonego Królestwa. Mam wszystko, choć na pierwsze spotkanie zapominam paszportu. Urzędnik bankowy wpisuje mnie w kalendarz spotkań z klientami. Od pierwszej wizyty w oddziale zajmuje się mną jeden człowiek, który przedstawia mnie innym pracownikom. I jeżeli go nie będzie, to sprawy nie załatwię.

Banki w świadomości Brytyjczyków mają miejsce zupełnie odmienne, niż dzieje się to w przypadku mieszkańców Polski. Większość z nich ma przede wszystkim kilkusetletnią tradycję. I są na tyle ważne, że to, co w Polsce nazywa się świętem państwowym Anglicy określają jak „bank holidays”. A oznacza – ni mniej, ni więcej – że nie pracują żadne instytucje państwowe. I banki.

Na załatwienie sprawy w banku będę miał niecałe dwie godziny. Zgodnie z grafikiem jestem wpisany na wszystkie trzy zmiany, więc na wędrówkę do centrum miasteczka zostaje mi przerwa obiadowa, którą – chcąc, nie chcąc – poświęcę brytyjskiemu sektorowi bankowemu.

Przed snem tradycyjnie wybieram się na spacer pod gwiazdami. Dzisiaj obowiązkowo nad morze – mam nad czym myśleć po ucieczce Patryka. Poza tym jeszcze raz chcę się dać uwieść pięknu przypływu. Dobranoc Moja Brytanio.

Pranie mózgów

 

List w butelce

Powoli ogarnia mnie szaleństwo – ponoć charakterystyczne na tym etapie emigracji. Nic wielkiego – po prostu robię rzeczy, o które w życiu bym się nie podejrzewał. Mój pracodawca poddał mnie tradycyjnemu w tej kulturze praniu mózgu. To znaczy próbował poddać. Mnie za to udaje się empirycznie potwierdzić grawitacyjną dylatację czasu.

 

Drugi dzień siedzimy z Marcinem w pustym, bez naszych emigracyjnych przyjaciół, pokoju. Rozmawiamy – a jakże! – o kobietach. Kwestię rozmów o pieniądzach i ojczyźnie rozwiązujemy jednym wspólnym postanowieniem, że skoro nie ma o czym, to nie gadamy. Kobiety pojawiają się w kontekście wyjazdu Marcina do Manilii, do narzeczonej. Bo jednak zdecydował się i kupuje przez internet bilet lotniczy – próbuje ustalić termin odlotu.

– Powiem ci tak między nami, że zatrzymam się w Bangkoku – mówi. – Jakie tam są kobiety piękne!

– I transwestyci – dodaję pod nosem, bo Marcinowi często zdarza się o nich mówić.

Marcin patrzy na mnie czujnie i rzuca: – Kobiety cię zgubią.

– Nie rozumiem związku. Czemu mają mnie zgubić? – dociekam.

– No bo cały czas rozmawiasz z nimi w pracy, masz wiele dzieci – wyjaśnia nieskładnie. – W końcu cię zgubią. Zobaczysz, że tak będzie.

Teraz to już nie jestem pewny, czy nie ma w jego słowach ukrytej promocji tajskich transwestytów. Przypominam sobie internetową mądrość: „kolega, kiedy ogłosił że jest homoseksualistą stracił wielu przyjaciół. Ja nigdy nie odwróciłem się do niego plecami”. Ale kiedy dyskretnie zerkam, robiąc herbatę, na monitor Marcina robię się spokojny. Kryterium wyboru linii lotniczych jest… uroda stewardes.

Nie latam na szmacie. Dbam

Cały dzień spędziliśmy na szkoleniu – w końcu pracujemy w miejscu, którego nazwa jest najlepiej rozpoznawalną marką na Wyspach Brytyjskich. Wygrywa z Coca Colą i McDonald’sem. Pracodawca wymaga od wszystkich zachowania jednolitych standardów. Nie tylko w kostiumach, ale również w zachowaniach wobec gości. Całe szkolenie trochę trąci entuzjazmem z Amwaya. Uśmiechające się panie, zgodnie z dzisiejszą nowomową, jak Europa długa i szeroka, określające się couchami przekonują między innymi mnie, że powinienem być ciągle uśmiechnięty i otwarty, uczą mowy ciała i tegoż właśnie uśmiechu…

– Ale ja latam na szmacie – delikatnie oponuję. – Mnie to goście widzą raczej sporadycznie. Moja rola jest, powiedziałbym, podrzędna.

Próba wyłgania się ze szkolenia spełza na niczym. I tak nie mogę narzekać, bo przez szkolenie, spędzam większą część dnia z daleka od szmaty i zmywaka. Miła odmiana.

– Ale hej! Przecież możesz zostać barmanem! – sztucznie uśmiechnięta Bev macha rękami i roztacza przede mną wizję rychłej kariery. – Poza tym twoja rola jest ogromnie ważna w naszej organizacji. Ty wcale nie pracujesz na zmywaku. Ty dbasz o to, żeby goście mieli czyste, lśniące wręcz naczynia i cieszyli się bezpiecznym jedzeniem. Pamiętaj, że jesteś częścią drużyny.

No tak… Semantyka. Tak też można. – Słuchaj Bev, nie mam kłopotów z niedowartościowaniem – delikatnie przerywam słowotok mojej rozmówczyni. – Ale zawsze lubiłem nazywanie rzeczy po imieniu. Latam na szmacie i mam się z tym dobrze. To nie znaczy, że nie marzę o lepszej pracy, choć może nie jestem pewny, czy barman jest Mont Everestem tych marzeń. Nie wiem też, czy rozentuzjazmowany barman jest najlepszym rozwiązaniem biznesowym. W Polsce często barani pełnią rolę spowiedników. Dlatego, że nie uśmiechają się sztucznie w czasie pracy…

– Ale nie jesteśmy w Polsce.

Szkolenie po kilku godzinach zaczyna mnie męczyć. Bo co uśmiechnięte trenerki mogą wiedzieć o macierzyństwie? A właśnie teraz mówią mi o czym marzy młoda matka, która przyjechała do tutejszego hotelu na weekend, czy urlop.

– Żeby zostawić dziecko pod troskliwą opieką i odpocząć parę godzin? – rzucam cicho.

– Wcale nie! – to kolejna trenerka. Na oko 22 lata, uśmiech niemal dookoła głowy. – Otóż marzy o tym, żeby dobrze się z dzieckiem bawić.

Ciekaw jestem, co powiedziałyby na to młode mamy moich dzieci. Kolejne pytanie dotyczy marzeń samych dzieci. Otóż, o co może zapytać sześcioletni chłopiec?

– Czy można z procy postrzelać do ptaków – to mówię mimowolnie. Jak byłem sześciolatkiem, to właśnie oznaczało dla mnie najlepszą zabawę. Ptaki bawiły się mniej, ale trzeba mi oddać, że w całej karierze młodego procarza nie trafiłem w żadnego, jeśli nie liczyć koguta u mojej cioci na wsi. Kogutowi należało się, bo próbował mnie podziobać, więc w słusznej wendetcie wysłałem go do garnka.

Najwyraźniej brytyjscy chłopcy mają inne marzenia. – Na przykład szukają słodyczy – słyszę.

Szkolenie ma jeszcze jedną dobrą stronę. Jem firmowy lunch za trzy funty – normalnie nie mógłbym sobie pozwolić na takie szaleństwo. I poznaję ogródek dla palących pracowników.

Sasza w spódnicy

Dotychczas paliłem w ukrytej przy śmietniku palarni wyposażonej przez pracodawcę w doniczki z piaskiem pełniące rolę popielniczek. Dwie godziny później wchodzę do tej palarni – ogródek okazał się przereklamowany – i spotykam dwie, na oko 20-letnie dziewczyny. Identyfikator jednej z nich informuje mnie, że ma na imię Sasza.

Uważnie studiuję posturę długowłosego stworzenia. Wszystko ma na miejscu – delikatne ręce, biodra szersze od ramion, piersi i czoło bez łuków brwiowych. Moje uważne oglądanie nie jest odebrane najlepiej.

– Masz na imię Sasza. A to męskie imię – wyjaśniam widząc pytające i gniewne spojrzenie.

– Tak, wiem. Ale moja mama uznała, że tak będzie ładnie. Zajmuje się wyszukiwaniem dziwnych imion – odpowiada niewiasta już z uśmiechem. Jej koleżanka jest z pochodzenia Hinduską.

– Nie, nie mam męskiego imienia – uśmiecha się odwracając identyfikator. To Sandra.

Kiedy dziewczyny odchodzą do swoich zajęć wyciągam kolejnego papierosa. Tym razem chcę zapalić w spokoju. Nic z tego – do palarni wchodzą dwie Polki, Marzena i Urszula. Poznałem je dzień wcześniej, kiedy wracałem zmęczony do domu. Marzena próbowała przybić wkrętakiem śrubkę do ramy okna pokoju po sąsiedzku, do którego właśnie się wprowadziła.

– Ojej, to nie tak – rzuciłem się do pomocy. – Odebrałem jej wkrętak i przykręciłem śrubkę.

Przez chwilę rozmawiamy. Wygląda na zmęczoną życiem i schorowaną. Mówi o swoich córkach, które zostawiła same w Polsce. Jedna z nich dała jej wnuka. Druga jeszcze nie myśli o dziecku. Obie mają partnerów – bliźniaków. Jednojajowych.

– Nie boisz się, że się córki podmieniają chłopakami? – uśmiecham się.

– Myślę, że nie. Ale i tak wolałabym o tym nie wiedzieć.

Umawiamy się późnym wieczorem na ławce przed barakiem. Chcę ją zapytać, dlaczego wybrała emigrację.

– Wyjechałam na cztery tygodnie, bo miałam dwie małe córki na utrzymaniu, z czego jedna jest lekko niepełnosprawna i musi brać lekarstwa za 300 złotych miesięcznie – mówi. – Ale zostałam na sześć lat i chyba już tu zostanę na zawsze.

Marzena sprząta pokoje hotelowe. I tak naprawdę ma na imię Marzanna. Ale woli, jeśli mówić do niej Marzena. – Wiesz, mojego prawdziwego imienia wszyscy raz w roku nienawidzą. Topią mnie każdej wiosny – mówi. I dodaje: – Wątpliwa przyjemność.

Ma 47 lat, nowotwór i czaszkę uzupełnioną metalową płytką po niedawnym wypadku samochodowym. To uzupełnienie zmieniło jej życie. Bo od operacji musi unikać lotnisk. Tłumaczenie się strażnikom i wyciąganie dokumentacji medycznej za każdym razem, to nie dla niej. Do Anglii przyjeżdża autobusem – z Krotoszyna, 32 godziny w jedną stronę.

Tułaczka mamy

– Nie jestem patriotką – zastrzega od razu. – Zmęczyła mnie Polska. Byłam tam biedna i doprowadzona do sytuacji, kiedy, żeby zachować dzieci przy sobie, musiałam je zostawić same i przyjechać tu. Przyjechałam tak, jak stałam. Bez telefonu, bez znajomości. Nawet bez paczki papierosów. W Polsce spotykały mnie wyłącznie upokorzenia. Ze strony byłego męża, który często zapominał o alimentach, ze strony urzędników, sądów, służby zdrowia. Mam nadzieję, że dojadą do mnie córki i też zostaną. Z mężami, czy bez.

Historia Marzeny jest przejmująca. To chodzący smutek, bo w maju pochowała najbliższą przyjaciółkę, której pękł krwiak w mózgu. Później dowiedziała się o czerniaku, miała operację. W końcu uderzyła samochodem w drzewo. Tu, w Anglii, za sześć lat nabierze praw emerytalnych. I co miesiąc królewski budżet wypłaci jej równowartość dwóch tysięcy złotych. W funtach. W Polsce po ostatniej reformie czekają na nią jeszcze dwie dekady pracy. Przez jej tułaczkę córki odmówiły pójścia na studia. – A z tobą mamo nie pracują koleżanki po studiach? Nie sprzątają pokojów? – pytały. Sprzątają. Jak raz większość pokojówek w wieku Marzeny to panie z tytułem magistra przynajmniej.

Marzena pali jak smok. Odpala jednego od drugiego. Za chwilę zauważam, że robię podobnie.

– Co to za papierosy? – interesuje się w pewnym momencie trzymaną przeze mnie paczką.

To taki testament, który zostawił mi Patryk, 20-letni kucharz, który zrezygnował z pracy zaszczuty przez kolegów-Polaków. Papierosy „Fest” z białoruską akcyzą kosztują w moim miasteczku trzy funty. Legalne „Marlboro” – niemal 10 funtów. „Festy” można kupić tylko w jednym sklepie, prowadzonym przez Pakistańczyka. Jest w nim mydło i powidło – dla Brytyjczyków artykuły kolonialne. Obok węgierskich zupek chińskich i pasty paprykowej kusi wchodzących sok Tymbark i kiełbasy z Sokołowa.

Pakistańczyk sprzedaje „Festy”, ale tylko pod warunkiem, że kupującego przyprowadzi znany klient. Sama sprzedaż odbywa się jak w filmie – sprzedawca trzyma papierosy przez ułamek sekundy i natychmiast wpycha je na siłę w ręce klienta. Jeśli się klient nie wykaże refleksem, to wyjdzie z niczym, a papierosy znikną pod ladą. Po pozbyciu się paczki papierosów Pakistańczyk inkasuje należność. Oczywiście, o paragonie nie ma mowy.

Bez względu na to, ile w nich nikotyny i substancji smolistych, zaprzyjaźniam się z nimi i bez wstydu zapominam o bardziej eleganckich papierosach, które paliłem w Polsce. Fajkę nabitą tytoniem zostawiam sobie na nocne spacery. W ciągu dnia budzi zbyt duże zainteresowanie i kolegów z pracy, i przyjezdnych Anglików.

Bójka z drzwiami od łazienki

Rzucanie palenia jest jak budowanie nowych związków. Można nabrać praktyki i w jednym, i w drugim. Tyle, że w pewnym wieku już się po prostu nie chce. Zresztą, na emigracji, papieros pełni – jeszcze bardziej, niż w Polsce – funkcję społeczną.

Przy papierosie się plotkuje, papieros pozwala na zaczepienie obcej osoby pod byle pretekstem i nawiązanie rozmowy. Samotni, spracowani i często mieszani z błotem Polacy potrzebują pretekstów do zaczepiania takich bratnich dusz, żeby po prostu móc się wygadać, albo – często – napić wspólnie piwa.

I nie przeszkadzają ostrzeżenia o nadciągającym kataklizmie dla organizmu palacza. Nawet te brytyjskie – ze zdjęciami zeżartych rakiem płuc, młodego człowieka na stole sekcyjnym, czy rąk młodej osoby wyglądających na ręce 100-letniej staruszki.

Z pewnością kiedyś rzucę – obiecuję sobie wychodząc na kolejnego papierosa, kiedy baraki imigrantów z Polski, Węgier, Słowacji i krajów bałtyckich pogrążają się we śnie. Zostały mi w paczce tylko cztery. Jutro, jak raz, czeka mnie wędrówka do Pakistańczyka.

Przed wyjściem dziarskim krokiem maszeruję do łazienki. Ciemne drzwi ubikacji w ciemnym przedpokoju są praktycznie niewidoczne – walę więc w nie twarzą z całej siły. W życiu nie byłem bardziej zdziwiony. Przez chwilę widzę wszystkie gwiazdy w naszej galaktyce…

No pięknie! Z nosa i z czoła płynie mi krew. Jak znam swoje szczęście, jutro będę miał solidną śliwę pod okiem i dołączę do licznych zastępów Polaków uznanych za bitnych ulicznych wojowników z pogrążonych we śnie miasteczek Wielkiej Brytanii. Trudno, jakoś się z tego wytłumaczę. W prawdę, oczywiście, nikt mi nie uwierzy.

To i tak jeszcze nie najgorzej, bo w ciągu dnia, w roztargnieniu, udaje mi się rzuć na ziemię sześćdziesiąt talerzy, ale potłuc z tego jeden. Wieczorem – zrzucam sześćdziesiąt kubków i zostaje z tego pięć.

Talerze przy moim zmywaku pakuje się do specjalnych elektrycznych suszarek, w które opuszcza się je po sprężynie wzdłuż ścianek. Sprężyna jest po to, żeby wypychać ponadprogramowe talerze z suszarki.

W każdej przemysłowej zmywalni przez środek pomieszczenia biegnie rynna, ku której nachylają się podłogi z obu stron. To rozwiązanie, pomocne w sprzątaniu, jest jednak pułapką dla nieuważnych pomywaczy, o czym przekonałem się widząc, jak moja suszarka z talerzami mknie w stronę środka podłogi, żeby po chwili przewrócić się z hukiem i całą zawartością. Straty – jeden talerz. Pracodawca wziął pod uwagę taką stratę w swoim biznesplanie.

Nie przewidział jednak, że jednym rzutem polski imigrant pozbawi go 54 kubków. To spotyka mnie wieczorem, kiedy na odchodne dostaję bojowe zadanie umycia 400 kubków. Ustawiam je w specjalnych pojemnikach – jeden na drugim – i wkładam do maleńkiej zmywarki w niewielkiej kawiarni, gdzie mnie oddelegowano. Na szczęście jestem sam i kiedy łokciem strącam jeden z pojemników, nikt tego nie widzi. Upadek kubków brzmi dla mnie jak grzmot – później okazuje się, że w kuchennym jazgocie nikt go nie usłyszał.

Ja zaś odkrywam, że Albert Einstein pisząc w swoich teoriach względności o grawitacyjnej dylatacji czasu miał cholerną rację. Chodziło mu z grubsza o to, że w zetknięciu z grawitacją czas zwalnia.

I w jednym, i drugim przypadku kiedy na podłogę leciały porcelitowe naczynia – ciążąc ku niej siłą grawitacji właśnie – czas się zatrzymał. Wszystko zamarło – a ja mogłem w ułamku sekundy policzyć wszystkie mknące na spotkanie z naszą planetą naczynia. Co więcej – czas zwolnił na tyle, że mogłem z grubsza przewidzieć trajektorie tych talerzy i kubków, oraz, już później, ich skorup. Po upadku czas przyspiesza. Ja zaś zauważam, że właśnie przeprowadziłem doświadczenie potwierdzające przewidywania ojca współczesnej fizyki.

Przeprowadziłem je dwukrotnie – w różnych warunkach. Czyli potwierdziłem teorię empirycznie.

Badam Węgrów

Dzisiaj, po pracy, jestem gościem w pokoju Tamasa, Węgra z którym już raz rozmawiałem o powodach jego emigracji. Tymczasowej emigracji, jak podkreśla.

– Potrzebuję twojej pomocy – proszę go jeszcze w drzwiach. – Chcę zbadać waszą grupę, pogadać z ludźmi, poznać ich historie. Muszę mieć twoje wsparcie, szczególnie w rozmowach z dziewczętami. Bo mam wrażenie, że jak je zaczepiam, to myślą, że moje pisanie o emigracji to lekka ściema, a tak naprawdę chodzi mi o szybki numerek. Jak wspominam, że mam dużo dzieci, poukładane, choć rozbite życie, to patrzą na mnie jak na czuba.

Tamas śmieje się. Ale obiecuje pomoc. Węgrzy są bardzo silną i zwartą grupą. Nie tylko tutaj, ale w całej Wielkiej Brytanii. Żyją innymi, niż Polacy marzeniami. Raczej nie politykują i większość z nich jednak chce wracać.

Inaczej, niż my, jadą na Wyspy od razu albo rodzinami, albo jako przyszłe małżeństwa. I tu zaczynają się schody.

– Te związki się rozpadają, małżeństwa też – mówi Tamas. – Nie wiem tak naprawdę z czego to wynika. Ludzie, którzy powinni być ze sobą do grobowej deski, którzy pasowali i pasują do siebie, raptem znajdują kogoś innego. Odchodzą od siebie. To są potężne dramaty.

Za ścianą pokoju Tamasa mieszka jego kolega. Przyjechał na południe Anglii ze swoją narzeczoną. Pracowali razem, planowali przyszłość, ślub. Aż pewnego dnia narzeczona powiedziała, że odchodzi. Odeszła dwa baraki dalej. Przyjaciel Tamasa, chłop wielki jak dąb, płakał całą noc jak dziecko.

– Wiesz, przez to że generalnie trzymamy się w kupie (choć tu akurat jesteśmy do tego zmuszeni przez okoliczności), żyjemy trochę jak w Big Brotherze. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, zacierają się tajemnice, zanika intymność – mówi. Nie podoba mu się to, co dzieje się w węgierskiej wspólnocie. I obiecuje mi, że wprowadzi mnie w środowisko. Dajemy sobie kilka dni.

List w butelce

Wczoraj w nocy wysłałem list do Polski. I do Neptuna. Przed wieczornym spacerem tknęło mnie, że jeśli trafię na odpływ, to warto będzie zapakować list do butelki i wrzucić do morza – takie niespełnione marzenie z dzieciństwa. List oczywiście pisany odręcznie. Postanowiłem pozdrowić Neptuna i tego, kto list wyłowi ze spokojnych wód kanału La Manche. Później, już na smutno, napisałem list do Polski – pożegnalny. Chyba jednak nigdy nie zechcę wracać do kraju, w którym siepacze ze stanu wojennego dożywają spokojnej starości a ludzie, zaszczuci brakiem pracy i perspektyw, zamieniają się w zawistne i lękliwe zwierzęta.

Kiedyś próbowałem wysyłać listy w butelkach. W latach 80. namówiony w „Teleranku” przez kapitana Baranowskiego, na koloniach nad Bałtykiem z uporem godnym lepszej sprawy wrzucałem codziennie po kilka butelek z listami. To były listy do Szwecji. Wrzucałem je, a one ani myślały odpływać. Wszystkie, jeden po drugim, fale wyrzucały na brzeg – głupiego robota. Nie poddawałem się, aż spisał mnie pewien milicjant, który ani nie uwierzył w moje opowieści o „Teleranku”, ani nie widział nic romantycznego w takiej formie korespondencji. Uznał mnie za niebezpiecznego chuligana, spisał z legitymacji szkolnej i za ucho zaprowadził do wychowawcy z kolonii. Od tamtej pory, do wczoraj, nie pamiętałem o listach w butelce.

Pomny doświadczeń z władzą ludową w Polsce lat 80. zanim wrzuciłem swój wczorajszy list, dokładnie rozejrzałem się za strażą wybrzeża Zjednoczonego Królestwa. I jednym z dwóch patroli policji z miasteczka.

Znajomy przez telefon mówi mi rano, że to pierwszy objaw szajby emigracyjnej. Personifikowanie kraju i odrzucenie. – Przejdzie ci – kwituje krótko. Ale chwilę później dodaje, że wcale nie ma na myśli zupełnego ozdrowienia. Raczej przejście w kolejny etap szaleństwa.

Dzisiaj tradycyjnie idę na wieczorny spacer. Z fajką nabitą tytoniem i kubkiem herbaty w ręku będę żegnał się z Polską i szeptał Brytanii obietnice. Tylko dlatego, że w ciemno przyjęła mnie w swoje troskliwe ramiona i staje się najpiękniejszym z moich marzeń…

Kuguarzyce

 

3panów - kuguarzyce

Chleb chlebowi nierówny. Rzucam się na głęboką wodę i godzę na sprzątanie pokoi hotelowych po godzinach. Może nie najszczęśliwiej, bo mój debiut w brytyjskim hotelarstwie zaczął się bólem głowy i złością. Skończył kolejnymi znajomościami i zaproszeniem na sobotni wieczór – na męski wieczór z cygarem w dłoni.

– Sprawa wygląda tak. Jutro przejdziesz szkolenie i będziesz członkiem drużyny marzeń, czyli w sytuacjach, kiedy będziesz potrzebny będziesz schodził ze zmywaka – tymi słowami Bev zaczynają się moje miłe złego początki. Bev była jednym z coachów na szkoleniu z uśmiechów i gestów obowiązkowym dla wszystkich pracowników mojej pierwszej brytyjskiej firmy. Być może decyzja kierownictwa to efekt mojej dyskusji na temat potrzeby uśmiechania się nad zmywakiem i gestów otwartości ze szmatą w dłoni.

Teraz będę bliżej klientów – to jeszcze nie pierwsza linia fronu, ale już nie prawie zamknięta kuchnia.

Zgadzam się z chęcią. Nie, nie dlatego, że marzyłem o sprzątaniu pokoi hotelowych, czy bezpośrednim kontakcie z brytyjską klasą średnią. Dzisiaj zaczyna się weekend dla dorosłych, o którym od dwóch dni mówi całe miasteczko pracowników. Nasłuchałem się opowieści o zabawach Brytyjczyków w takie święto i nabrałem ochoty na to, żeby zobaczyć te bachanalia na własne oczy. Znad zmywaka słabo to widać – wydało mi się, że słuszniej będzie zatrudnić się, przynajmniej na chwilę, w obsłudze gości.

Recepcja i kelnerzy odpadają – to stanowiska zarezerwowane dla pracujących przynajmniej drugi sezon. Zostaje szmata, tyle że sucha – do wycierania luster w pokojach.

Opierając się na całej wiedzy psychologicznej i posługując sztucznymi, a jakże – w końcu takich mnie tu nauczono – uśmiechami kierowanymi do młodej kadry kierowniczej, sugerowałem, że mogę się przydać na tym właśnie froncie. Zadziałało.

Nowa drużyna

Drużyna marzeń to zbieranina wszystkich zmęczonych dotychczasową ciężką fizyczną pracą, którzy dla radosnej odmiany chcieliby odpocząć przy innej ciężkiej fizycznej pracy. Nie jest to drużyna, która cieszy się szczególnym mirem w poszczególnych departamentach. Krótkie, kilkugodzinne, szkolenia dają jedynie taki efekt, że rzucony na głęboką wodę nowego i tymczasowego zajęcia imigrant, na pewno coś spieprzy i trzeba będzie po nim poprawiać.

Kiedy o poranku chwalę się poznanej niedawno Marzenie, z którą często palimy po sąsiedzku, widzę że ma mieszane uczucia. Opowiedziała mi historię swojego życia – a ja teraz będę komplikował jej pracę.

– Dobra, jak trzeba będzie to ci pomogę – rzuca.

Idziemy do pracy razem, we trójkę. Oprócz mnie i Marzeny idzie jeszcze Urszula. Na oko, rówieśniczka Marzeny. Też sterana życiem. Ale nie dochodzimy razem na odprawę – po drodze muszę zajść jeszcze do garderoby służbowej po odbiór nowego stroju. Na suchej szmacie będę latał w zielonej koszulce. Zawsze to jakiś awans – myślę sobie.

Już z koszulką dziarsko maszeruję na zmywak – sprawdzić, jak w zmienionej sytuacji wyglądają moje zmiany. I tu niemiłe zdziwienie, bo okazuje się, że od pięciu minut miałem być w pracy.

– Jesteś wpisany na zmianę. Zrobisz jak uważasz, dla mnie możesz do pracy nie przychodzić – tyle słyszę od Michała, byłego żołnierza a dziś kuchennego brygadzisty. Po krótkiej i nieprzyjemnej wymianie zdań na temat moich obowiązków, trafiam do Anglika Roba, młodego menedżera zmywarek. To on przygotowuje grafiki z godzinami pracy.

Rob, ku mojemu zdziwieniu, nie przyjmuje postawy konfrontacyjnej. Przeprasza za nieporozumienie.

– Najbliższe półtorej godziny pracujesz tutaj, później idziesz sprzątać pokoje – wyjaśnia. I dalej: – Już dzwoniłem do tamtego departamentu i wyjaśniłem. To była moja pomyłka.

Jeszcze chwilę wcześniej myślałem o tym, żeby strzelić młodego Anglika, ale tym wyznaniem mi imponuje. Nie pamiętam, żeby podobny sposób rozmowy spotkał mnie w polskich korporacjach.

Wzruszam ramionami i wędruję na zmywak. Półtorej godziny jeszcze zniosę. Zmywak w hałaśliwej kuchni ma jedną zaletę. Gra w nim radio, które co piątą, szóstą piosenkę puszcza coś, co mi się podoba.

Pod koniec mojej najkrótszej na emigracji zmiany idę do Michała podpisać listę obecności. Tu spotyka mnie druga niemiła niespodzianka. Niczego nie będę podpisywał. Czy to znaczy, że pracowałem za darmo?

– Jeszcze masz sześć minut pracy – mówi Michał.

– Sześć minut to akurat tyle, żebym zdążył się przebrać w zieloną koszulkę i doszedł do następnej – tłumaczę. – Bardzo się starałem, ćwiczyłem, ale nie posiadłem umiejętności bilokacji.

– Nie, nie. Ja cię puszczę wcześniej, wpiszę pełną godzinę, a mnie wezwą kierownicy na dywanik – ręką wskazuje jeden z przeszklonych pokojów. Dziwi mnie małość Michała. Sprawiał wrażenie sympatycznego żołdaka, a boi się nie wiadomo czego. Bo przecież nie prosiłem go o wpisywanie nieprawdy, tylko literalnie godzin, które odbębniłem przy zmywaku.

Po chwili już znam problem. Michał nie radzi sobie z angielskim – zna kilkadziesiąt podstawowych zwrotów i terminologię kuchenno-zmywakową. O Platonie z nim nie pogadam. To pewnie stąd lęk przed rozmową z menedżerami.

– Nie ważne, zapomnij – rzucam złośliwie, bo po angielsku, odwracając się na pięcie i łapiąc za klamkę. To jeszcze rozumie, ale uznaję rozmowę za zakończoną. Jest dla mnie drugim w ciągu ostatniej doby rozczarowaniem z Polaka. Wieczorem dzień wcześniej rozmawiałem z Kasią.

Kasia mieszka kilka segmentów ode mnie. Sprzedaje pracownicze obiady i na początku mówiliśmy do siebie wyłącznie po angielsku. Dopiero później orientuję się, że to Polka – kiedy mijając ją w drzwiach segmentu na rzucone ‘hi’ odpowiada: – Cześć.

Kasia niechętnie rozmawia o sobie, choć może to i lepiej. Dla niej powody emigracji są proste.

– Pracujemy tu z chłopakiem. I zarabiamy pieniądze, inwestujemy je i pomnażamy. Chcemy mieć jak najwięcej pieniędzy – opowiada.

– Tak po prostu? – pytam.

– Tak po prostu. Chcemy mieć dużo pieniędzy. Później pewnie wrócimy do Polski.

Na razie nie planują dzieci. Krótko rozmawiamy o inwestowaniu – w końcu znam się na tym. Pisałem o tym przez, lekko licząc, dekadę. Niechcący dowiaduję się, jakiego rodzaju inwestycje są interesujące dla Kasi i jej chłopaka. Krótkoteminowe ryzyko.

Nigdy nie potrafiłem traktować pieniędzy jako celu samego w sobie. Wzruszam ramionami i żegnamy się.

Te cholerne łóżka

Koniec końców trafiam do departamentu zajmującego się hotelami. Krótka odprawa ominęła mnie, bo spóźniam się pięć minut. Ale to nie szkodzi – dzisiaj będę robił za pomocnika, więc moja głęboka woda okazuje się co najwyżej norweskim fiordem. Trafiam do Roya. To trzydziestolatek, mieszkaniec miasteczka, Anglik z dziada pradziada. Tu, gdzie pracuję poznał swoją dziewczynę, imigrantkę z Węgier. I dlatego został na miejscu.

– Powiedzieli ci jak to robić? – pyta mnie i sam sobie odpowiada: – Pewnie, że ci powiedzieli. No więc, żeby to robić sprawniej, musisz lekko nagiąć zasady, czyli sprzątać w innej kolejności.

Roy zajmuje się myciem toalety w łazience, mnie kieruje do zmiany pościeli. Nawet lepiej – myślę sobie, aby po trzech kwadransach pozazdrościć Royowi.

Z niewiadomych powodów poszewki nie chcą współpracować z kołdrami. Kołdry zwijają się, kołtunią a ja po kilku minutach odkrywam, że spociłem się jak pedofil w „Smyku”. W segmencie, w którym pracujemy są dwa kilkupokojowe apartamenty, w każdym po pięć łóżek, czyli przede mną 10 kołder i ani pół pomysłu, jak z nimi wygrać. W końcu zamykam delikatnie drzwi do jednego z pokojów i przemawiam do kołdry literacką polszczyzną mówiąc jej co o niej myślę, i co z nią zrobię jeśli mi się nie uda. Przeklinam przez kilka minut ani razu się nie powtarzając i zauważam zaglądającego Roya.

– To bez sensu – mówię widząc uśmiechnięte oblicze Anglika. – Nie potrafię tego zrobić.

– Ja ci pokażę jak. Nauczyłem się od pewnej starszej pani, imigrantki z Polski – odpowiada i udziela mi krótkiego kursu powlekania kołder: – Dwa rogi chowasz tu, potem łapiesz z tej strony i robisz tak…

Roy trzepie kołdrą z góry na dół, trochę na boki. Po kilku sekundach wszystko jest zrobione.

– Inna twoja rodaczka, młoda dziewczyna łapała te rogi w taki sposób, że podnosiła do góry i poszewka sama najeżdżała na kołdrę – opowiada. Zgadzamy się po chwili, że to sposób nie dla mnie. Moja rodaczka miała prawie dwa metry. Przy moim wzroście musiałbym stanąć na łóżku, a właśnie naciągnąłem prześcieradło. Nic z tego!

Roy idzie sprzątać kuchnię a ja wracam do nieszczęsnych łóżek. W sumie zajmują mi godzinę, co w indywidualnych rozgrywkach na sprzątanie pokoju zdyskwalifikowałoby mnie w przedbiegach. Ale z Royem stanowiliśmy debel, więc poszło nam szybciej. Kiedy zjawia się dziewczyna mojego nowego kolegi, dowiaduję się, że teraz pójdę do innego segmentu, pomóc innym sprzątaczom. Wychodzę, bo co mi do tego, że Roy pewnie sprawdzi z dziewczyną, czy łóżka są dobrze zrobione.

W kolejnym segmencie pracują dwie młode dziewczyny. Dostaję oczywiście ścielenie łóżek, ale już się nie złoszczę bo przez okno widzę zbliżającą się ekipę do weekendowych bachanaliów.

Polowanie na murzynki

Część pań jest w lekkim negliżu. Te, które nie mają odsłoniętych ramion i dekoltów do pępka, noszą zwiewne przeźroczyste bluzki. Wszystkie uśmiechnięte i szczęśliwe. Między czerwonymi wargami lśni biel sztucznych szczęk. Niemal wszystkie mają po 60 lat i więcej. To kuguarzce!

O kuguarzycach dowiedziałem się niechcący z jakiegoś reportażu telewizyjnego. To starsze panie szukające spełnienia w ramionach młodzieńców mogących być ich synami, a często wnukami.

Kilkadziesiąt metrów od pochodu pań, którym przygotowywałem łóżka zatrzymują się dwa auta. Wysiadają z nich obładowani alkoholem młodzieńcy – w większości czarni.

Kilkanaście minut później widzę kolejny pochód niewiast – tym razem młodszych, powiedzmy, że w moim wieku. Są wśród nich murzynki, co ma znaczenie dla tego, jak dzisiaj spędzę wieczór.

Nie, nie – wcale nie interesuję się chętnymi na przygodny seks, bogatymi (z mojej perspektywy, dorobkiewicza z Polski) murzynkami. Czego nie można powiedzieć o Marcinie, moim emigracyjnym przyjacielu, lingwiście, który na równi ze mną zasuwa na szmacie i zmywaku. Noc wcześniej rozmawiamy o kobietach. Przez rozmowę docieram do śladu sekretu Marcina.

– Nie lubię białych kobiet. Nie ma pięknych białych kobiet – nie wiem czemu każde zagajenie Marcina w obszarze relacji damsko-męskich (a czasem męsko-męskich) wywołuje na mojej twarzy uśmiech. – Gdyby tu teraz weszła do pokoju biała kobieta i się rozebrała do naga, to wyrzucił bym ją natychmiast.

– Nie, no przesadziłeś. Wśród białych kobiet jest tak samo wiele pięknych, jak wśród czarnych, czy Azjatek – czuję się w obowiązku stania w obronie rasy. Nie nadawałbym się na członka Ku-Klux-Klanu, ale tym razem Marcin powiedział głupotę. Wszystkie kobiety, które były mi bliskie, były ładne. I białe.

– Nie – krótko oponuje Marcin i wyjaśnia: – Azjatki najdłużej pozostają ładne, najpóźniej się starzeją. A murzynki, bez względu na wiek mają zawsze ładne twarze.

Gdzieś tam w rozmowie dowiaduję się, że Marcin miał w Polsce dziewczynę. Ale nie wspomina tego związku dobrze. I ani słowa więcej.

Martwię się o niego, bo od kilku dni chodzi coraz bardziej przybity. Rozmawiamy praktycznie wyłącznie o babach, często wzdycha do swojej dziewczyny z Manilii i wykonuje szereg telefonów do linii lotniczych w celu rezerwacji biletu. Chwilę temu wstał od talerza w połowie obiadu za funta (Marcin kupuje gotowe chińskie zestawy do podgrzania w cenie jednego funta) i wyszedł. Domyślam się, że poszedł zapolować na murzynkę. Życzę mu w myślach powodzenia – na kogo by nie trafił, w najgorszym wypadku będzie miała ładną twarz. Ja na bachanalia wybiorę się po zachodzie Słońca.

Jestem Polakiem

Kiedy godzinę wcześniej wracam z pracy Marcina nie ma w domu. Pewnie poszedł do miasta. Ale – o zgrozo! – drzwi od mieszkania stoją otwarte na oścież. Wchodzę mrucząc pod nosem to, co może mruczeć emigrant zastający otwarte na oścież mieszkanie.

– Tu jestem – słyszę z kuchni słowa rzucone po angielsku. I dalej po polsku: – Jestem Polakiem.

– Jakby było się czym chwalić – odpowiadam człowiekowi, który stoi w drzwiach z przepychaczem do zlewu. Rzeczywiście od kilku dni zlew w kuchni mieliśmy zapchany i stała w nim woda z tłuszczem. Żadnemu z nas nie chciało się do niego zabrać. W końcu Marcin poszedł do departamentu, który zajmuje się usterkami w barakach i zaprosił fachowca.

Mój nieoczekiwany gość to Mateusz, 33-latek i kolega po fachu, wydawca. W Polsce założył portal internetowy dotyczący aplikacji mobilnych i z sukcesem funkcjonuje na rynku. Płaci – co rzadkie nad Wisłą – za napisane artykuły.

Ale jak na razie własny biznes nie pozwolił mu na życie w Polsce. Trzy lata temu wyjechał z żoną na Wyspy i mieszkają tutaj zarabiając niewielkie pieniądze, które starczają im i na życie, i na odkładanie oszczędności. Szybko znajdujemy wspólny język. Też, podobnie jak ja, tęskni za krajem, który go nie chciał. Tylko, że jego tęsknota ewoluowała i dzisiaj ma inną, niż moja, naturę. – Lata na emigracji zmieniają – mówi ze smutkiem.

– W Polsce skończyłem politologię – opowiada. – Tu uczę się dalej. Kształcę się w zakresie znajomości win. Wino to moje hobby, moja pasja.

I nie, wcale nie chodzi o picie. Chodzi o znajomość win najlepszego gatunku.

– Somallierem raczej nie zostanę, ale jak skończę naukę, to zajmę się być może handlem winem – wyjaśnia. – Być może ruszę gdzieś do większego miasta w Anglii.

Czy zamierza wrócić do Polski? Wzruszenie ramion. Nie wie. Na razie, mimo tego, że nie może narzekać na biedę w Polsce, powrotu nie planuje. W naszym obozie zna prawie wszystkich Polaków.

Pytam go o dziewczynę, którą widziałem w okolicznym sklepie. Zamiatała podłogę z twarzą smutną w najpiękniejszy sposób, jaki widziałem kiedykolwiek. Nie zmieniały tego nawet sztuczne uśmiechy, które kierowała do szefowej i klientów, choć opanowała je do perfekcji. Chciałem ją zagadnąć, ale bałem się, że zniszczę to zamyślenie na jej twarzy, więc machnąłem ręką.

– To Polka, miała na identyfikatorze napisane imię „Ewa”. W polskiej wersji – opowiadam. – Była w tak piękny sposób smutna.

– Tak, znam ją – odpowiada. – A smutek… Wiesz, ona nie lubi swojej pracy. Pracuje grubo poniżej swoich kwalifikacji…

– Jak wszyscy tutaj…

– Jak wszyscy.

Mateuszowi nie jest obca bieżąca sytuacja w kraju. Wie, co to jest portal 3obieg.pl, zna poprzedni, w którym pracowałem, i z którego odeszła cała redakcja. Proponuję herbatę.

– Nie, jestem w pracy. Muszę zaraz uciekać – wyjaśnia. I po chwili: – Słuchaj, umówmy się jutro na lampkę dobrego wina. Zapraszam do siebie…

– Nie piję alkoholu, ale przyjdę z przyjemnością

– Nie szkodzi. Zapraszam Cię w takim razie na dobre cygaro. Jestem również kolekcjonerem cygar.

Umawiamy się. Zanim wyjdzie dowiaduję się, że Mateusz zna Larry’ego, z którym odbyłem najkrótszą dotychczas rozmowę. Jest checkerem w moim nowym departamencie, czyli sprawdza, czy sprzątacze należycie posprzątali pokoje hotelowe. Larry jest moim sąsiadem, ale nigdy go nie widziałem.

Spotykam go w biurze, zaraz po skończonej zmianie. Wymieniamy się grzecznościami po angielsku. Zwraca uwagę jego znaczek służbowy. Pod imieniem ma napisane, że kocha taniec.

– Dobra, możemy mówić po polsku – płynnie przechodzi na polski. – Jestem Polakiem.

– To czemu masz na imię Larry? – interesuję się.

– Tak jest łatwiej – rzuca. Spieszy się. Na spotkanie się nie umówimy, bo dzisiaj wyjeżdża na kilka dni.

– Myślałeś o powrocie do Polski? – zatrzymuję go. Próbuję w te kilkadziesiąt sekund dowiedzieć się jak najwięcej.

– Zapomnij o Polsce – mówi. I, wychodząc, przez ramię opowiada, że uciekł przed długami, w które wpadł próbując zacząć zarabiać na życie. Świetnie go rozumiem. – Tu awansowałem po roku. Jestem checkerem – mówi i macha na pożegnanie.

Dzisiaj zmieniam plany na wieczór. Spacer z fajką zostawiam na późną noc. Wcześniej wybiorę się do centrum konferencyjnego. Popatrzę, jak bawi się brytyjska klasa średnia, kiedy przychodzi jej ochota na bachanalia.

Być może w mojej opowieści pojawi się wątek kryminalny. Marcin, mój kolega z pokoju, przekonywał mnie rano, że moja firma wlicza w straty przypadki śmiertelne pracowników sprzątających pokoje hotelowe. Bo oprócz kuguarzyc na weekendy dla dorosłych przyjeżdża tu również śmietanka angielskich rozbójników. Młodzi, gniewni, którym udało się wyjechać na weekend z rodzinnych domów piją na umór, sięgają po narkotyki i potrafią być niebezpieczni.

O przypadku śmiertelnym wśród pracowników nikt inny nie słyszał. – Ale w zeszłym roku wyleciał z balkonu jeden gówniarz – to Marzena. – Był pijany, ledwo stał, kołysał się. I wypadł. Zabił się na miejscu.

Przed samym wyjściem wchodzi Marcin. Nie, nie poszedł na murzynki. – Coś ci powiem – mówi nade mną. – Murzynki są ładne, ale z żadną też nie poszedłbym do łóżka.

Nie taki diabeł…

 

3panów - 87905125

Mijają dwa tygodnie odkąd Polska pozbyła się niechcianego dziecka, którym byłem od nie wiem jak dawna. Mój mały jubileusz obchodzę samotnie, bijąc się z myślami nad puszką małż i tuńczyka w papryczkach chili. Ulotny kontakt z Polską zamieniłem, nie bez przyjemności, na weekend dla dorosłych, którym mój pracodawca poprawia swój budżet.

I wcale nie rzuciłem się w wir przygodnych znajomości z przejechanymi rydwanem czasu Angielkami. Ani nawet z ich córkami i wnuczkami. Opowieści moich towarzyszy wygnania o wszechogarniającym zepsuciu toczącym brytyjską klasę średnią okazują się morskimi opowieściami. Bo kiedy z przewodnikiem–Polakiem docieram na miejsce i rzucam się – ubrany, może nie tyle odświętnie, co po prostu normalnie – w wir oglądania zabawy poddanych królowej Elżbiety II, ze zdumieniem odkrywam, że to co opisywano mi jako zepsucie, jest niczym więcej, niż dobrą zabawą ludzi, którzy raz na kilka miesięcy wyrywają się za miasto. W przypadku tych „moich” chodziło o opuszczenie Londynu.

Ale pierwszego wieczoru na zabawę Brytyjczyków wybieram się sam. Uzbrojony w papierosy i kubek z herbatą, przyjmuję robocze założenie, że nie zaangażuję się w znajomości, jak bardzo nie byłyby kuszące. Ot, przejdę się wzdłuż i wszerz, oglądając widowiskowe podrygi i gonitwy niewiast szukających przygody oraz ich byłych i przyszłych partnerów.

Bardzo obcisłe stroje

– Idziesz ze mną? – rzucam w piątkowy wieczór do Marcina, lingwisty z którym mieszkam w emigracyjnym mieszkanku. I z którym latam na szmacie ramię w ramię.

– Gdzie?

– No… – szukam szybko określenia, które wyda mu się na tyle interesujące, żeby zwlekł swoje zwłoki (tak wygląda po całym dniu zmywaka) z kanapy we wspólnym salonie i ruszył ze mną na widowisko. I wymyślam: – Na dupy!

– Eeee… Nie, ja to już nie raz widziałem. Nie mam ochoty. Chcesz to idź – zapomniałem, że Marcin nie pierwszy raz pracuje w tym miejscu. I rzeczywiście, widział niejedno, co tu się dzieje.

Ruszam w takim razie sam w ciemność nocy. Uzbrojony w opowiadania wszystkich Polaków, których zdążyłem poznać, staram się zachować spokój, choć wewnątrz przygotowany jestem na zaczepki i atak. Atak, który z tego napięcia jestem gotów sprowokować sam. Ilu mam mieć przeciwników? Pięciu, dziesięciu? Z nożami? – proszę bardzo. – Tao k’o tao fei chang tao – powtarzam sobie w myślach początek taoistycznej „Księgi drogi i cnoty”. Nie żeby miało mi to jakoś pomóc w bójce, ale złote myśli Lao Tsy zawsze dodawały mi otuchy.

Przeciwników nie spotykam. Zamiast tego dorosłych (w różnym wieku) ludzi, poprzebieranych za rzymskich Cezarów, zakonnice, kowbojów z Meksyku czy postaci z kreskówek. Większe, lub mniejsze brzuchy panów wyglądają zabawnie na konikach dziecięcej karuzeli. Ich partnerki – niektóre niemal w negliżu (przy czym ‘niemal’ jest tu ważnym podkreśleniem) – robią im zdjęcia telefonami komórkowymi. Przebrane panie podkreślają strojami pierwszorzędne i drugorzędne cechy płciowe. Jednak nie wulgarnie – jak się spodziewałem. To satyra na największą z ludzkich słabości – słabość do czerpania rozkoszy z doczesności.

Obok mnie przechodzi gromada 30-letnich dziewcząt w błyszczących obcisłych kostiumach, pod którymi nie zmieściła się nawet bielizna, i błyskającymi na czerwono i niebiesko różkami na głowach.

– Cześć przystojniaku – machają mi. Nie powiem, czuję się mile zauważony.

– No cześć – rzucam w krótkiej odpowiedzi. Ale bliższej znajomości z tego nie będzie bo dziewczęta pospieszyły do stolika na dworze, gdzie czekało na nie piwo w ilościach przemysłowych. – Może później tu wrócę, jak sobie podchmielą – zastanawiam się i odrzucam pomysł. Nie przyjechałem się tu bawić, tylko zarobić na życie, zarobić na moje dzieci i zbudować tu swój nowy dom, któremu nie zagrozi niefrasobliwość polityków. Tu i teraz jestem po to, żeby wszystko opisać, odpowiadając prośbie moich przyjaciół z Polski o informację o tym, jak wygląda prawdziwe życie na emigracji.

Potem mijam kibiców piłkarskich – są pijani, ledwo idą. Przez moment mam wrażenie, że kroi się awantura z moim udziałem. Ale to tylko wrażenie.

Na brytyjskich bachanaliach bawię niecałe dwie godziny. Zastanawiam się, dlaczego wszyscy przekonywali mnie, że panuje tu takie zepsucie, i że impreza jest aż tak odrażająca – przynajmniej moralnie. To prawda – nie byłem w żadnej z dyskotek, pod którymi kłębią się tłumy. Ale to zostawiam sobie na sobotnią noc. W sobotę wieczorem jestem umówiony z Mateuszem na cygaro – to perspektywa, która pozwala mi przetrwać 10-godzinny maraton na zmywaku.

Zabawy wieczór drugi

– Wejdź, zapraszam cię – pokój Mateusza, w podobnym jak mój baraku, robi niesamowite wrażenie. Od razu widać w nim kobiecą rękę, bo jest czysty i kusi spokojem ukrytym w dziesiątkach ozdobników. Później dowiaduję się, że obrazy na ścianach są autorstwa nieobecnej dzisiaj małżonki.

To nie jest segment w baraku, ale przytulne mieszkanie!

Na stoiku przygotowanym na nasze spotkanie stoi elegancka popielniczka, obok niej obcinarka do cygar. Przed dwoma krzesłami po jednym kubańskim cygarze i pudełka z długimi zapałkami. Obok stolik z alkoholami – na pierwszy rzut oka stoi tam ze dwadzieścia butelek szlachetnych trunków. Do tego kieliszki utrzymane w nienagannej czystości.

Mateusz jest na wygnaniu od trzech lat. Większość praktycznie przepracował u mojego obecnego pracodawcy. Zajmuje się pomaganiem mieszkańcom baraków, i stąd zna na miejscu każdego imigranta. Sam też jest znany – i bezwzględnie lubiany przez wszystkich. Przed przyjściem robię mały rekonesans, coś na kształt wywiadu dziennikarskiego – żeby wiedzieć, z kim się spotykam. Dobrze jest znać gospodarza.

Cygara, które przygotował Mateusz to kubańskie rarytasy.

– Mnie tylko zależy na wiedzy, czy aby na pewno były zwijane na spoconych udach Kubanek – uśmiecham się, bo ja dla odmiany o cygarach wiem niewiele.

– Miejmy nadzieję, że tak – śmieje się w odpowiedzi. Kupił je na Kubie, gdzie dość często jeździ w związku z pasją, którą są cygara właśnie. Posiada ich wyjątkową kolekcję w dwóch ogromnych humidorach, gdzie leżakują w odpowiedniej wilgotności poukładane na półeczkach i w pudełeczkach jedne nad drugimi.

Kiedyś dostałem album poświęcony cygarom. Ale poza pobieżnym przekartkowaniem albumu, nigdy go nie przeczytałem. W przypadku tej jednej książki ważniejsza była dedykacja i osoba, która mnie nią obdarowała. Przez zupełną koincydencję nasze ścieżki przecinają się, przynajmniej przez wspólnych znajomych na moim wiecznym wygnaniu na gościnną ziemię plemion szkockich, Irlandczyków, którzy zdradzili katolicyzm oraz dumnych Brytów.

Album zginął gdzieś przy jednej z tysiąca przeprowadzek, jakie ćwiczyłem przez ostatnie lata. Po tamtej osobie została mi już tylko jedna książka z dedykacją. I bezwzględne uwielbienie dla twórczości Khalila Gibrana.

Polityka po polsku, zabawa po angielsku

Mateusz, zanim osiadł na stałe i doznał spełnienia w ramionach obecnej żony, też miał emigracyjne przejścia. Rozpadł mu się związek, o którym dzisiaj wspomina bez żalu. Dym leniwie snujący się z wyśmienitych cygar (doprawdy nie wiedziałem, że cygaro może dawać taki ogrom doznań smakowych!) sprzyja rozmowom o Polsce.

– Z oddalenia wszystko tam wygląda zupełnie inaczej – mówi w zamyśleniu. Trudno się z nim nie zgodzić.

– Dostałem dzisiaj list od Pawła Kukiza z prośbą o rozpowszechnienie – zgadzam się. – To smutne, ale oni nie chcą doprowadzić do żadnej zmiany. Nie są w stanie, nie zrobią nic. To kolejna para puszczona w gwizdek. Ludzie w Polsce dali się złapać za pysk i, co gorsze, sami sobie nakładają kaganiec.

Godzimy się, że obu nam dobrze robi brak polskich mediów ładujących do głowy papkę i podających, bez względu na stację, czy wydawcę, te same informacje, toczące się powoli wokół tych samych, mało istotnych spraw. Już nawet nie pamiętam tych twarzy z telewizora, choć jeszcze, w skupieniu mogę sobie przypomnieć ich nazwiska.

Polska polityka zobojętniała mi zupełnie. Istotniejsze dzisiaj wydaje się, to co dzieje się u tych kilku milionów moich rodaków, mieszkających w gorszych, lub lepszych warunkach w gościnie u królowej brytyjskiej, czy w okolicach dworów innych koronowanych głów Europy.

Błazenada w wykonaniu premiera, czy obecnego prezydenta – których niefrasobliwe działania wyrzuciły mnie z Polski na zawsze – wydaje się tak obca i śmieszna, że nie warto się nad nią zatrzymywać. Jeszcze tylko konkluzja, że polskim mediom najbliżej do tych północnokoreańskich. Trzymany w przekonaniu, że o Polsce mówi się bez przerwy, takim jest ważnym krajem, ze zdumieniem odkrywam, że w serwisach BBC właściwie od dwóch tygodni nie ma o nadwiślańczykach żadnej wzmianki. A już prawie uwierzyłem…

Odkładam na bok rozważania i wracam do rozmowy z Mateuszem. Tym razem dym z cygar leniwie prowadzi nas do najbliższej okolicy. Oto dowiaduję się, że region, w który mieszkam to Mekka dla Polaków, którzy uciekli na Wyspy przed wymiarem sprawiedliwości i odpowiedzialnością za takie, czy inne przestępstwo.

Niedalekie Brighton jest z kolei siedzibą polskich (i nie tylko) mniejszości seksualnych. Obaj ich nie lubimy – ale pod brytyjskim niebem (choć podobno Brighton właśnie jest niechlubnym wyjątkiem) są jakoś mniej widoczni. Nie protestują, nie domagają się uznania jeszcze większych praw. Nie narzucają widokiem swoich genitaliów. Przynajmniej poza Brighton.

Mateusz pokazuje mi swój polski portal. Mówi o planach i możliwościach rozwoju mediów elektronicznych na Wyspach. W końcu proponuje, że będzie moim przewodnikiem po dzisiejszej, nocnej zabawie Anglików.

Polak na dyskotece

– Chodź do mnie, chodź do mnie – niemłoda i nieszczupła kobieta tańcząc wyciąga do mnie ręce. Niedaleko niej facet przebrany za słupek drogowy. To już druga propozycja dzisiejszego wieczoru. Jesteśmy razem z Mateuszem na jednej z kilku dyskotek weekendu dla dorosłych. Pani jest przebrana za Batmana, o ile dobrze rozpoznaję znaczek na jej pelerynie. Szybko traci mną zainteresowanie i przenosi je na rosłego murzyna. Murzyna przebranego w mundur nowojorskiego policjanta, ale okraszony napisem „Sex Police”.

Tylko, że to nie jest kierowana do niego propozycja spędzenia wspólnej nocy. To dyskoteka – tu wszyscy się do wszystkich uśmiechają, i jak to w tańcu, hormony aż parują. My nie tańczymy – idziemy szybkim krokiem przez parkiet. Ja chciałem zobaczyć zabawę brytyjskiej klasy średniej. Mateusz chciał mi ją pokazać. To już druga dyskoteka, z której wychodzimy przed budynek zapalić papierosa w tłumie rozentuzjazmowanych Brytyjczyków.

– Bawią się. Ale nie ma porównania do polskich zabaw, bo oni się po prostu bawią – mówi z uśmiechem Mateusz, który wprawdzie potwierdził informację o ubiegłorocznym przypadku śmiertelnym weekendu dla dorosłych, ale żadnej innej już nie.

– W Polsce takie dyskoteki skończyłyby się mordobiciem – zauważam. Zdarzyło mi się być w kilku klubach, gdzie ludzie bawili się, i to wcale nie poprzebierani.

Zwykle gdzieś na boku odbywał się pojedynek, zwaśnionych o pannę nie najcięższych obyczajów, samców. Przy czym panna ta zwykle nie była powalającej urody.

Chyba poprawia się mój akcent. Pijany Anglik poszukujący swoich istniejących lub nie, przyjaciół, po krótkiej rozmowie ze mną odwraca się na pięcie i idzie w swoją stronę. – To jakiś Irlandczyk – rzuca towarzyszącym mu niewiastom.

Wędrując z Mateuszem przez największą dyskotekę spotykamy sprzątającego w pośpiechu brytyjski bałagan Darka. Darek jest historykiem i częstym gościem Mateusza. Częstym, bo panowie lubią rozmawiać na podobnym poziomie o sprawach, które ich interesują. Wygląda na to, że uda mi się załapać na takie spotkanie. Na pewno spotkam się z Darkiem w cztery oczy – chcę go zapytać, jakie losy rzuciły go na ten sam, co mnie, brzeg.

– Ale to dopiero w tygodniu – rzuca mi w biegu dzień później. – Teraz przez te trzy noce dorabiam na nocnej zmianie.

Darek jest jedną z trzech osób, na spotkaniu z którymi mi zależy. Chcę porozmawiać ze smutną Ewą, którą widziałem na podłodze sklepu spożywczego, który mijam w drodze do pracy. I menedżerką z Węgier, z którą umówił mnie mój węgierski przyjaciel Tamas wywiązując się z danego słowa o wprowadzeniu mnie w świat mniejszości węgierskiej ludzi pracujących razem ze mną.

W trosce o wyraźny wizerunek

Powoli zaczynam szykować się do grypy. Już dwie ze znajomych osób zachorowały. Do tego kilka znajomych. Janusz, który był jedną z pierwszych osób kontaktujących się ze mną po tej stronie świata i oferujących pomoc też dzwoni wieczorem i ostrzega.
– Sprawdzam, czy wszystko w porządku i jak ci się udał weekend dla dorosłych – słyszę w słuchawce.

– W porządku, żyję. A weekend… nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zazdroszczę Brytyjczykom, że potrafią się tak bawić – śmieję się.

Janusz do szeregu rad, których mi już udzielił dorzuca kolejną: – Kup Rutinoscorbin. I zacznij jeść już od jutra. Śpij przy otwartym oknie. Brytyjska grypa rozkłada Polaków, tu na Wyspach mają jakąś inną – mówi niemal jednym tchem. – Wyjątkowo ciężko ją przechodzimy.

No więc kupię ten Rutinoscorbin, lub jego brytyjska wersję. Żeby nikt nie zarzucił mi, że jestem jakiś niewyraźny – w tle głowy kołacze mi się dawno widziana reklama z Polski.

Z Januszem spotkam się być może w trzeci weekend mojego wygnania. Już dziś żyję wyjazdem do Londynu, który zaplanowałem na przyszły tydzień. Przy odrobinie szczęścia zmieni mój los.

Choć prawdę mówiąc wcale na ten los nie narzekam – jestem w miejscu gdzie milionom Polaków żyje się lepiej, gdzie uczę się godności od nowa i, mimo spuchniętych od szorowania garnków, rąk i stawów w palcach, mimo bólów pleców i poczucia smutku wielkości galaktyki, zaczynam wierzyć w przyszłość, co w Polsce od dekady już mi nie wychodziło.

A jeszcze w poniedziałek po raz pierwszy samodzielnie zacznę sprzątać pokoje hotelowe. To ważne sprzątanie, bo odbywa się po weekendzie dla dorosłych. Zgodnie z panującą tu zasadą, każdy alkohol, jaki znajdę przechodzi na moją własność.

Oczywiście nie będę go pił. Ale mam wobec niego pewne plany – zamienię morze alkoholu w morze tekstów o Polakach, Słowakach i Węgrach, których los rzucił do mojej nowej ojczyzny.

Dzisiaj jeszcze tylko krótki spacer nad morze z fajką nabitą najprzedniejszym wiśniowym tytoniem, którego cena – o ironio! – jest tu znacznie niższa, niż cena paczki papierosów. Poranna rozmowa z właścicielem sklepu z tytoniami i fajkami stała się gwiazdą jaśniejącą w mroku początków emigracyjnego życia. Ale też gadaliśmy – jak dwaj rodowici Anglicy – o tytoniach, przypływach i mgle.

Ostateczne pożegnanie

 

3panów - night-pier

Cudem udaje mi się, przynajmniej na razie, uniknąć pułapki, w którą wpada na Wyspach Brytyjskich większość Polaków. Wymaga to jednak dużo samozaparcia i dyscypliny. Z kolegami zakładamy teatr i kabaret. Tak, prawdziwy: dla Polaków i o Polakach… ani słowa o polityce – tylko relacje damsko-męskie i tęsknoty naszych rodaków.

Brytania wita mnie chłodnym i wietrznym porankiem. W nocy padał deszcz, więc chodniki w moim miasteczku są mokre. Poranną fajkę palę w pośpiechu, bo nie wziąłem ze sobą kurtki i ziąb nie pozwala na zebranie myśli. Dzisiaj mam wolne – pierwszy raz od bardzo dawna – więc znów wybiorę się do centrum miasta.

Spróbuję zmierzyć się z lokalną Polonią, pracującą gdzie indziej, niż ja. I kupię kolejną porcję tytoniu – zaczynam tęsknić do rozmów ze sprzedawcą ze sklepu z fajkami.

Wchodzimy pod samochody

Ostatnio zwierzył mi się, że nawet jeśli ma wątpliwości, czy osoba, którą widzi przez sklepowe okno jest z Polski, czy nie, wystarczy poczekać aż podejdzie do przejścia dla pieszych. Tam zwykle świeży na imigracji Polak ląduje niemal pod kołami samochodu. Wiadomo – w Anglii ruch jest lewostronny, więc z perspektywy mieszkańca Warszawy wszystkie samochody jeżdżą odwrotnie. Co kończy się zwykle wędrówką przez jezdnię z głową zwróconą w stronę przeciwną do pędzącego na spotkanie z pieszym auta. Brytyjczycy wiedzą, czego się po zagubionych mieszkańcach Europy Środkowej i Wschodniej spodziewać, więc zamiast wszechobecnego na polskich ulicach klaksonu, można zobaczyć wyłącznie rękę podniesioną do góry w geście wyrozumiałego pozdrowienia.

Polak, który jest od kilku tygodni, do lewostronnego ruchu zdążył już przywyknąć. Ale i tak dmucha na zimne.

– Takiego można poznać po tym, że przesadnie uważnie patrzy w lewą stronę – śmieje się sprzedawca tytoniu.

– Po mnie widać? – nie wytrzymuję i pytam.

– Jasne, że po panu widać – sklepikarz uśmiecha się. – Z trzech mil widać, że jesteś pan z kontynentu. A jak zaczyna pan mówić, to wiadomo, że albo Polak, albo Słowak.

Mimo cienkiej nici sympatii, która nas połączyła w związku z moim nałogiem, każda rozmowa ze sklepikarzem toczy się na starą angielską modłę – każde zdanie i on, i ja kończymy słówkiem ‘sir’. Nie ma mowy o modnym dzisiaj na Wyspach przechodzeniu na ‘ty’. Być może to klimat pulsującego tradycją sklepu z fajkami i tytoniami, być może kwestia siwiejących włosów mojego rozmówcy – nie posuwam się do innej, niż zaproponowana przez niego, formy rozmowy. Co więcej, zauważam, że bardzo mi odpowiada.

Za plecami sklepikarza drogą przejeżdża motocykl, nad którego tablicą rejestracyjną naklejona jest widoczna z daleka literka ‘L’. Takiego motocyklistę widzę tu któryś raz z kolei. Rozumiem, że literka oznacza naukę jazdy – ale wówczas powinien jechać z instruktorem na tylnym siodełku, bądź instruktor powinien jechać autem za motocyklistą. Tak przynajmniej odbywa się to w Polsce.

– To czerwone ‘L’ informuje, że kierowca uczy się jeździć, jest przed egzaminem i wykupił za 50 funtów tymczasową licencję – słyszę wyjaśnienie. Czy to oznacza, że mając stabilny dochód mógłbym sobie sprawić maszynę i jeździć? Oczywiście!

W Polsce rozbiłem trzy motocykle (nie, nie jeździłem za szybko – po prostu kierowcy samochodów wymuszali pierwszeństwo; tu tego ponoć nie robią), ale prawa jazdy nie miałem. Było za drogie, poza tym polski rząd postanowił, nie wiadomo dlaczego, podnieść poprzeczkę teoretycznej części egzaminu tak, że 70 proc. przyszłych kierowców oblewa go za pierwszym podejściem. Tu sprawa wygląda inaczej – większość Polaków wyrabia sobie brytyjskie prawo jazdy w pierwszym roku pobytu. Część teoretyczna egzaminu? Wystarczy znajomość przepisów – jeżeli trzeba pytania na egzaminie są zadawane po… polsku.

Jajecznica na musztardzie

Dzisiaj mieszkanie w baraku, które dzielę z lingwistą Marcinem, kolegą ze zmywaka, i inżynierem Krzysztofem, kelnerem z pobliskiej restauracji, jest puste. Krzysztof jest w Polsce na urlopie, Marcin gdzieś zniknął. Trochę się martwię, bo ostatnie dni był właściwie milczący. Jeżeli się odzywał to tylko po to, żeby narzekać, że jest mu za ciężko i nie dostaje wolnego, nie ma kiedy odpocząć.

Nie siadam do komputera – też jestem zmęczony. Zastanawiam się, czy położyć się na godzinę, czy zrobić sobie coś do jedzenia. Od dwóch dni chodzą za mną jajka na kiełbasie, które zostawił 20-letni Patryk, nasz współlokator i kucharz, który zrezygnował z pracy po kilkukrotnym kontakcie z szefem-Polakiem. Nasze mieszkanie nie ma kuchenki (zamiast tego na ścianach baraku powieszona jest informacja o zakazie korzystania z kuchenek elektrycznych), dlatego ciepłe posiłki możemy robić w elektrycznym woku – naczyniu, które sobie znanymi sposobami zdobył Krzysztof. Odkąd jestem na Wyspach nie zrobiłem w domu żadnego ciepłego posiłku (jeśli nie liczyć zupek w proszku) – z lenistwa. Z woka korzysta właściwie tylko Marcin, który codziennie podgrzewa sobie gotowy obiad za jednego funta.

Ja, metodą imigranta-nowicjusza, kończę na posiłkach zimnych, głównie na serach, konserwach i chlebie.

Dzisiaj jednak robię wyjątek i postanawiam zmierzyć się z jajkami na kiełbasie usmażonymi w azjatyckim woku na prąd. Kiełbasa po Patryku nie jest już pierwszej świeżości. Jej termin ważności jest wspomnieniem, ale kiełbasa nie śmierdzi, ani nie budzi niepokoju, więc kroję ją w plasterki, które momentalnie lądują w woku. Nie mogę znaleźć oleju, więc smażę całość na łyżce margaryny, którą udaje mi się wyskrobać z niemal pustego pudełka – to też spadek po Patryku. Tyle nie wystarczy, więc zanim kiełbasa przywrze do patelni na dobre, szukam w panice czegoś, co nadaje się do smażenia. Mam! Na półce stoją kostki rosołowe, które przywiozłem jeszcze z Polski. Szybka lektura składu – większość stanowi tłuszcz – i, pac, koska ląduje w woku.

– Szlag by to trafił – rzucam po polsku, bo kostka zamiast się rozpłynąć, natychmiast przywiera do dna naczynia. Ratując przyszłą potrawę, wlewam do patelni trochę wody z czajnika i przyglądam się gotującej się w gęstym substytucie rosołu kiełbasie. To nie o taki obiad mi chodziło! Miała być zwykła jajecznica. W panice sięgam po ostatni produkt z pustej już lodówki i do woka trafia pół słoika ostrej musztardy.

W ostatnim tygodniu mojego życia w Polsce poszedłem z żoną na tani obiad na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wybrałem kiełbasę po warszawsku, czyli plastry kiełbasy w sosie na bazie musztardy, kminku i cebuli. Postanawiam więc, że w ramach podróży sentymentalnej usmażę jajecznicę na sosie musztardowym.

Jajka w gorącej musztardzie z rosołem ścinają się błyskawicznie i po kilku minutach potrawa jest gotowa. Cóż… bezspornie nie jest to danie, którego przepis powinien znaleźć się w domowej książce kucharskiej!

Nowatorska jajecznica ratuje mnie jednak przez obiadem w pracowniczej jadłodajni. Próbowałem z ręką na sercu zmierzyć się z kuchnią brytyjską serwowaną pracownikom mojej firmy. Za drugim razem sięgnąłem po kiełbaskę z frytkami – nie wiem, z czego Anglicy robią kiełbasę, ale niepokoi mnie brak kotów w okolicy. Od niemal trzech tygodni nie widziałem żadnego. Sąsiedzi, których zaczepiam też nie wiedzą nic o kotach. W tyle głowy kiełkuje coś na kształt podejrzenia…

Smażenie wszystkiego jest generalnie przypadłością większości Polaków na Wyspach, którzy – podobnie do mnie – nie śmierdzą groszem i nie chcą skończyć na gotowych obiadach w kartonach. Moja jajecznica nie jest więc odkrywcza. Nowatorskie są wyłącznie proporcje musztardy i kostki rosołowej. Nic więcej.

Pułapka na Polaków

Rano rozmawiam z Marzeną, schorowaną 47-latką, która zostawiła swoje córki i przyjechała do Anglii sprzątać pokoje hotelowe. Po raz kolejny – robi tak już od wielu lat. Tym razem do Polski na dłużej jeździć już nie chce. Dzisiaj – podobnie jak ja – ma dzień wolny. O nieprzyzwoicie później porze pali w oknie papierosa.

– Pójdę do sklepu, zrobię zakupy, wrócę i położę się spać – planuje spoglądając w szare, ciężkie i galopujące po niebie chmury, które z tej perspektywy wydają się tak blisko, że możemy ich dosięgnąć ręką.

Takie podejście to angielska pułapka na Polaków. Marzena nie jest pierwszą osobą, która dzień wolny spędza właśnie w łóżku, lub wygodnym fotelu, spod półprzymkniętych powiek oglądając leniwe, angielskie programy.

Polakom doskwiera tu brak zmartwień. Nawet najniższe wynagrodzenie pozwala na zaspokojenie większości potrzeb życiowych i odesłanie pieniędzy najbliższym do Polski. Nad Wisłą, bez względu na poziom dochodu, każdy musi zachować najwyższą czujność. Bo jeżeli nie zarabia wystarczająco dużo, to nie starczy mu na rachunki i lada moment zostanie wyrzucony z mieszkania, lub zacznie zmagać się z komornikiem. Jeżeli zapłaci za rachunki, to w połowie miesiąca zacznie przymierać głodem i będzie się musiał ratować pożyczką od rodziny lub znajomych.

Jeżeli ma wysoki dochód w każdej chwili może się spodziewać, że straci pracę i zasili, i tak liczną, rzeszę bezrobotnych Polaków. Pod warunkiem oczywiście, że pracodawca wypłaci mu to wysokie wynagrodzenie na czas, jeżeli wypłaci je w ogóle.

W Polsce poziom ludzi żyjących na granicy ubóstwa niebezpiecznie zbliża się do połowy populacji, choć i rząd, i media głównego nurtu starannie temat przemilczają. To dlatego i ci, którym się udaje ciągnąć, i ci, którzy już dawno toną, ani na chwilę nie mogą stracić czujności – nie ma mowy o spokojnej drzemce w ciągu dnia!

Polacy, którzy zdecydowali się na emigrację na gościnną ziemię Jej Wysokości Elżbiety II, już po miesiącu odkrywają, że czujność w zakresie zabezpieczenia swoich podstawowych potrzeb mogą bezterminowo uśpić. Chwilę później usypiają wszelkie potrzeby wyższego rzędu. Bo ciężka praca, często po 12 godzin na dobę, męczy do tego stopnia, że wieczorem nie ma siły sięgnąć po książkę, a dzień wolny trzeba przeznaczyć na zakupy w jednej z tanich sieci spożywczych. A potem… potem można nadrobić stracony na pracy czas i po prostu wyspać się.

– A książka? – pytam nieśmiało wielu moich rozmówców, imigrantów.

– I to jest problem – słyszę zwykle. Nie chce im się czytać. Są książki dostępne po angielsku, a na tych trzeba się solidnie skupić, żeby lektura niosła oczekiwaną radość. Te po polsku najbliżej można dostać w Londynie. Albo czekać na paczkę z Polski. Tylko, że najbliżsi w Polsce, przytłoczeni codziennością, rzadko myślą o tym, żeby zasilić swoich urobionych po łokcie emigrantów w lekturę.

Codziennie w nocy zmuszam się do czytania przez dwie godziny książki. Wyemigrowałem z czytnikiem książek elektronicznych, na który załadowałem, lekko licząc, sześć tysięcy pozycji. Na jakiś czas powinno mi wystarczyć. Bylebym tylko nie popadł w ten polski marazm!

Zakładamy teatr

Żeby rozruszać Polonię w moim niewielkim miasteczku na południu Sussex, razem z dwoma nowymi przyjaciółmi postanawiamy założyć teatr i kabaret. Jest nas trzech – Mateusz, kolekcjoner cygar, który nie znalazł swojego miejsca w Polsce i ożenił się już na Wyspach, Darek – historyk i ja.

Darek jest niewiele młodszy ode mnie. Skończył historię i ma dwa marzenia: doktoryzować się, najlepiej w Anglii, oraz zostać eurodeputowanym. Najlepiej brytyjskim, bo sytuację polityczną w Polsce ocenia podobnie do mnie, jako beznadziejną i niezmienną.

– Moja historia jest prosta – opowiada żywo gestykulując. – Skończyłem historię na uniwersytecie, ale pracy w zawodzie nie dostałem. W pracach niezwiązanych z zawodem zwykle słyszałem to samo, co wszyscy absolwenci wyższych uczelni: ‘z pana kwalifikacjami to powinien pan robić coś innego’. Po wielu miesiącach czapkowania po różnych firmach znalazłem pracę w fabryce Skody w Czechach. Robiłem przy taśmie produkcyjnej. Skręcałem skrzynie biegów. Ale wiesz… nie byłem przyzwyczajony do ciężkiej fizycznej pracy. Ja się przez całe studia realizowałem w bibliotece. Dla mnie szczytem marzeń było siedzieć w książkach, w źródłach. Porównywać je, analizować. No niestety, Skoda także uznała, że nie najlepiej sobie radzę przy taśmie, więc podziękowali mi za współpracę. I tak trafiłem tutaj.

Dzisiaj pracuje za dwóch – sprząta pokoje hotelowe, dorabia w restauracjach i na zmywaku. Po godzinach pisze wiersze. O miłości – jak na razie niespełnionej.

Przy drugiej szklance herbaty Darek decyduje się i proponuje, że je przeczyta. Czy chcemy z Mateuszem posłuchać?

– Z chęcią – jest późna noc i wysłuchanie wierszy Polaka dzielącego mój los wydaje mi się doskonałym dopełnieniem dnia pełnego rozmyślań o ojczyźnie. – Dawaj te wiersze.

Recytacja Darka podsuwa mi do głowy pewien pomysł – skoro jest tu tak wielu Polaków, skoro praktycznie wszyscy mają wyższe wykształcenie, a więc – w zamyśle – potrzebują kontaktu z jakąkolwiek formą kultury, skoro Polonia nie organizuje żadnych działań rozrywkowych, jeśli nie liczyć niemal co nocnego pijaństwa niektórych, zróbmy teatr i kabaret.

– Czym tu żyją ludzie? Co ich kręci? – wypytuję się.

– No wiesz… to małe, choć liczne środowisko. Tu tak naprawdę wszyscy wszystkim zaglądają w okna. Wiadomo, kto z kim mieszka, kto się od kogo i do kogo przeprowadził, który związek się sypie, a jaki będzie powstawał – to Mateusz. Darek precyzuje:

– Powiem ci tak. Gdybym miał porównać polskie kobiety, które tu mieszkają do katalogu, albo lepiej sklepu, z ekskluzywnymi i pięknymi autami, to miałbym w czym wybierać – śmieje się. – Problem pojawia się jednak wówczas, kiedy zaczynasz sobie zdawać sprawę, że to auta używane. A jeszcze większy, kiedy odkryjesz, kto ich używał. Mały problem, jeżeli to jakiś starszy dziadek. Bo co taka pani mogłaby temu dziadkowi robić? Co najwyżej śniadania. Ale czasem dziewczyny mają taki przebieg, że włos się na głowie jeży.

– To, jak sądzę, faceci nie są lepsi – zauważam.

– No nie, nie są lepsi – przyznają mi koledzy. I wyjaśniają, że do tworzących się i rozpadających związków dochodzą problemy z alkoholem. I, przynajmniej jeden udokumentowany, z hazardem.

Moi koledzy, na szczęście, życia mają poukładane. Darek jest zakochany, Mateusz ma żonę, która lada dzień przyjedzie z Polski. Ja też nie przyjechałem tu szukać przygód i prawdę mówiąc unikam dwuznaczności w kontaktach z kobietami.

Teatr i kabaret przypadają nam wszystkim do gustu. Bierzemy się do pracy i zaczynamy układać teksty. Potrzebna nam tylko osoba z gitarą. Ale to akurat bierze na siebie Darek. Jak raz, zna kogoś takiego i zamierza przyprowadzić na nasze następne, robocze już, spotkanie. To dziewczyna – gitarzystka. Jego niespełniona jeszcze miłość.

Będziemy pisać, melorecytować i śpiewać o słabościach naszych rodaków. I ich tęsknotach.

Moja duma, mój upadek

Dzisiaj pożegnałem się z Polską. Ostatecznie. Przegląd ostatnich maili rozwiał moje wątpliwości. Problemy z codziennością to tylko wierzchołek lodowej góry moich niechęci do ojczyzny. Nieuczciwość i cwaniakowanie pseudopatriotów, manipulacje mediów znajdujących się na krótkiej smyczy premiera, bezczelność urzędników, buta sędziów i niekompetencja Parlamentu – to też nie wszystko.

– Naprawdę jesteś na zmywaku? Upadłeś na dno – dowiaduję się z jednego z maili.

Może i upadłem. Ale przecież nie pojechałem na zmywak dla przyjemności. Pojechałem, żeby zarobić na swoje dzieci, żeby zagwarantować im, i ich mamom, spokojne tygodnie egzystencji pod polskim niebem. Po nic więcej. Chciałem zachować się odpowiedzialnie, a akurat taka praca była dostępna.

Moje wyjaśnienia niewiele dają. Oto dowiaduję się, z kolejnego maila, że mamy i ich dzieci mogły poczekać cierpliwie, aż sobie znajdę jakąś dobrą pracę. Że lepiej byłoby gdybym im nie płacił nie spuszczając z tonu i żyjąc dumnie, jako ważny redaktor z pieczątką z orłem w koronie na legitymacji prasowej. ‘Gdzie twoja duma?’ – listy zwykle kończą się pytaniem.

– W dupie mam dumę – odpowiadam i zamykam korespondencję: – Jestem tu gdzie jestem i pozostanę tu, bo tu mam pracę. Mam taką pracę, jaką mam. Na taką się zgodziłem i koniec kropka.

Nie, jednak nie chcę żyć w kraju, gdzie od mężczyzny – nawet, jeśli był nieodpowiedzialny – oczekuje się, że będzie miał w zadku swoje dzieci i zajmie się budowaniem swojego wizerunku ze, z gruntu fałszywym, poczuciem dumy. Nie, nie chcę żyć z takimi Polakami (tych porządnych zostało tam tak niewielu!).

Prawdziwi Polacy mieszkają ze mną w baraku. Po drugiej stronie alejki. W baraku naprzeciwko, i – bezdomni – pod molo nad morzem. Prawdziwi Polacy pracują ze mną na zmywaku i nie udają, że jest im lekko i wszystko jest w największym porządku. Prawdziwi Polacy wybrali tułaczkę i pracę grubo poniżej swoich kwalifikacji, żeby wysyłać swoim rodzinom pieniądze do Polski. Prawdziwi Polacy robią na Wyspach kariery i zdobywają coraz ważniejsze stanowiska. I nie myślą o powrocie do Polski, która zmusiła ich do emigracji i zaczynania od zera.

Moja Polska znajduje się 110 km na południe od Londynu.

Prawdziwe Polki to dwie dziewczyny w sklepie, do którego idę po paczkę najtańszych papierosów przywiezionych przez szmuglerów ze wschodnio brzmiącymi nazwiskami.

– Co podać? – czystą polszczyzną pyta mnie jedna z nich, kiedy staję przed ladą.

– Festy – na blacie kładę odliczone trzy funty. – Aż tak widać, że jestem z Polski?

– Widać, widać – śmieją się. Obie są związane z moim zakładem pracy. Jedna pracowała tam przez kilka lat, teraz ma tam narzeczonego. Druga ma męża, który jest jednym z szefów kuchni dostarczającej mi z taką pieczołowitością ton brudnych garów. Teraz pracują w sklepie, którego większość klientów to Polacy.

Właśnie dlatego zagadują po polsku – najczęściej trafiają.

– Macie LM-y? Za 3,5 funta? – to starszy pan, który wpadł do sklepu zaraz po mnie. Też po polsku. LM-ów nie ma. Są trzyfuntowe papierosy z Białorusi.

– To rzucę palenie. Nie będę palił tego gówna – komunikuje krótko.

– Są jeszcze polskie Marlboro i PallMall’e za 4,5 i 4 funty – nie zrażona Dominika kontynuuje wyliczankę.

Chwila wahania.

– To poproszę czerwone Marlboro – starszy pan szybko się decyduje kładąc na ladzie pięciofuntowy banknot.

– Na krótko pan rzucił – śmieję się do staruszka. – W sumie jakieś 25 sekund. Mój rekord to cały dzień. Na krócej nie rzucałem.

– Daj pan spokój. Poza tym to było dłużej. Rzuciłem na jakąś minutę, odkąd wysiadłem z samochodu. I tak je kiedyś rzucę – już pogodny gentleman chowa papierosy do wewnętrznej kieszeni kurtki i wychodzi z godnością.

Z dziewczynami umawiam się na spotkanie w sklepie po weekendzie. Pogadamy o Polakach mieszkających poza moim obozem. Po weekendzie, który spędzę w Londynie. U przyjaciół – Asi i Marka, oraz poznanego na Wyspach Wojtka – Polaka, który w Zjednoczonym Królestwie odniósł sukces, i który z rodziną odwiedził mnie w moim małym miasteczku dwa tygodnie temu.

To wyjazd, który jeszcze dwa dni temu stał pod znakiem zapytania, bo mój pracodawca niechętnie daje Polakom dwa dni wolnego dzień po dniu. W weekendy to się praktycznie nie zdarza.

Dresscode

Na rozmowę z młodym menedżerem Robem ubieram się w elegancką koszulę. Nie wiem, gdzie uczył się zarządzania, ale z pewnością strój postawi mnie na lepszej pozycji w negocjacjach. On jest młody zarządza zmywakami i kuchnią, ja jestem ładnie ubrany, mam siwą brodę a w ręku trzymam elegancką, skórzaną aktówkę. Przychodzę negocjować swoje wolne, więc – bez względu na plany firmy – muszę być nieustępliwy.

– Potrzebuję wolnego weekendu, bo chcę wyjechać do Londynu – komunikuję krótko z wygodnego fotela przed stolikiem. Rob usiadł przy tym samym stole, naprzeciwko – na podobnym fotelu. Jego błąd, bo sprzed biurka miałby nade mną wyższość w negocjacjach. Punkt dla mnie, bo rozmawiamy jak równy z równym. Zakładałem, że spędzę w tym biurze przynajmniej 20 minut. Tymczasem okazuje się, że po sześciu minutach Rob siada do grafika i przebudowuje go w całości.

Mam wolny weekend, wolny czwartek – a w piątek pracuję tylko przy sprzątaniu pokoi hotelowych, a nie na zmywaku. I przez pół dnia, zamiast 10 godzin.

Dziękuję mu. Teraz pozostaje tylko kwestia ustalenia teminu i zasad wypłaty wynagrodzenia – tym zajmuje się inny menedżer. Bez pieniędzy moje plany weekendowe legną w gruzach.

– Mam prośbę, żebyś nie przychodził tak w ostatniej chwili z prośbą o wolne – Rob rzuca kiedy jestem w drzwiach.

– OK – odpowiadam mu. Ale przecież nie mogłem przyjść wcześniej. Nie tłumaczę Robowi, że musiałem mieć dzień wolny i wyglądać jak człowiek. W uwalonej tłuszczem służbowej koszulce, brudny i śmierdzący nie załatwiłbym nic. I nawet nie mógłbym mieć pretensji o odmowę. Jest młody, jeszcze zdąży się nauczyć.

Zadowolony z efektu ruszam nadmorskim deptakiem do miasta. Właśnie trwa przypływ – morze wdziera się niemal na sam deptak. Białe grzywacze fal widoczne są niemal do horyzontu. To, w połączeniu z silnym wiatrem, potęguje wrażenie sztormu. Choć oczywiście sztormu dzisiaj nie ma – nie tego definiowanego przez straż nabrzeżną, z którą ucinam sobie minutową rozmowę o pogodzie.

W miasteczku nabijam fajkę – tu spacerując ulicą nie budzę takiego zainteresowania, jak w polsko-węgiersko-słowacko-bałtyckiej wiosce pracowniczej. Przed jedną z kamieniczek stoją dwie ładnie ubrane dziewczyny, rozmawiają po polsku. Siadam kilka metrów dalej, na niewysokim murku i przysłuchuję się rozmowie. To… panie lekkich obyczajów. Jedna z nich czeka na alfonsa i pojedzie do klienta. O ile mnie słuch nie zawiódł to klientem jest Polak.

– Bez sensu – wzruszam ramionami i zwlekam się z murku. Zanim znikam za rogiem srebrnym audi podjeżdża alfons. Też Polak. Zabiera obie. Nic dziwnego, że lokalna społeczność podchodzi do Polaków z daleko posuniętą ostrożnością.

To druga strona polskiej mniejszości w Wielkiej Brytanii. Z rozmowy z Mateuszem sprzed kilku dni wiem, że czeka mnie jeszcze spotkanie z panami miłującymi panów. Jakoś nieszczególnie chce mi się badać to środowisko. Choć podobno jest liczne i w dużej części pracuje w tym samym miejscu co ja.

– Nie widziałem tu pedała – rzucam w rozmowie z Mateuszem.

– To dziwne, bo kilku jest – mówi. – I raczej tego nie ukrywają.

Ten temat odwieszam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Obraz Polonii na Wyspach Brytyjskich który próbuję naszkicować powinien być pełny, więc prędzej czy później zapytam jednego z nich, co zmusiło go do przyjazdu do kraju Brytów.

Repertuar

Dzisiaj czeka mnie jeszcze wieczorna fajka – wyjątkowo nie nad morzem, lecz w mieszkaniu Mateusza. W towarzystwie Darka i jego dziewczyny in spe będziemy pracować nad naszym pierwszym repertuarem. To nasza szansa na autorsko-aktorską karierę. I sprzyjają nam okoliczności – nie mamy tu żadnej konkurencji!

A potem powiem tradycyjne ‘dobranoc Brytanio’ i uśmiechnę się do kraju, który staje się dla mnie matką, jaką nigdy nie chciała być Polska.

Londyn

 

3panów - London-Eye

Trudno odmówić stolicy Zjednoczonego Królestwa piękna. I wyjątkowości. To, jak bardzo miasto potrafi urzec przyjezdnego, odkryłem już kilkukrotnie, bywając nad Tamizą jako uczestnik konferencji – od nowinek teleinformatycznych na bankowości kończąc. Jednak w butach emigranta zapuszczam się dalej. I przeżywam piękniej.

Na Wyspy Brytyjskie wyjechało lekko, licząc kilka, milionów Polaków. Te dane nie są, i nigdy nie będą precyzyjne. Jedni utknęli w pracy, która choć jest poniżej ich kwalifikacji i marzeń, pozwala na codzienne życie na poziomie gwarantującym komfort psychiczny i możliwość rozwoju – jeżeli nie ich samych, to ich dzieci.

Inni, mknąc na szczęśliwej fali, zrobili kariery w biznesie i korporacjach, które są jak najdalej od polskiego modelu biznesu nastawionego na drobne kanty oraz oszukiwanie pracowników, czy partnerów w interesach – drobne kanty wpisane są w dobre obyczaje ludzi interesu nad Wisłą, co po kilku latach działania odkryje nawet najmniej uważny obserwator.

Jeszcze inni zrobili kariery i po latach zmienili obywatelstwo, stając się naturalizowanymi poddanymi Jej Królewskiej Mości Elżbiety II, która za czasów swojego panowania prowadziła Imperium Brytyjskie, którego granic dotykały wszystkie oceany naszej planety. Elżbiety II, która pozwoliła się owemu imperium rozpaść, dając wolność i możliwość samostanowienia licznym narodom, nie gotowym na podejmowanie decyzji dotyczących własnych losów i gospodarek. Elżbiety II, która z flagą Wielkiej Brytanii wkroczyła dumnie do Unii Europejskiej, przyglądając się w milczeniu stanowczej odmowie jej kraju przystąpienia do europejskiej unii walutowej i przyjęcia euro. Elżbiety II, która w końcu wyraziła radość z otwarcia brytyjskiego rynku pracy dla licznych narodów młodych państw, zagubionych w twardych realiach wolnego rynku, rządzonych przez struktury, którym bliżej do towarzystw wzajemnej adoracji, niż do profesjonalnych rządów. Stąd w Wielkiej Brytanii taka mnogość czarnoskórych, Hindusów, Pakistańczyków i skośnookich Azjatów. Stąd również ulice brytyjskich miast rozbrzmiewające językami europejskimi, w tym coraz głośniej – językiem polskim.

Ostatnia grupa Polaków – Londyńczyków to ci, którzy z wielu powodów stanęli twarzą w twarz z bezdomnością. Skazując się na spanie w podejrzanych rejonach Londynu, czy zarabiający na sprzedawaniu kradzionych na różnych budowach metalach po 200 funtów dziennie. Owe 200 funtów to niemal dziesięciokrotność najniższej stawki dziennej legalnie zatrudnionego Polaka. Owe 200 funtów to bilet do krainy zapomnienia, gdzie nie trzeba się zmagać z zaprzepaszczonymi marzeniami, bo ich już po prostu nie ma, tak, jakgdyby nigdy ich w ogóle nie było. Można je zakryć mgłą niepamięci z jednej z butelek warzonego na Wyspach Brytyjskich piwa, piwa z dowolnego miejsca świata droższego zwykle od lokalnych trunków o kilka pensów, czy – w końcu – piwa uwarzonego w Polsce i dowiezionego tutaj przez zmyślnych biznesmenów, którzy znaleźli rynek zbytu dla towarów z Polski.

Jeżeli nie lubicie piwa, zawsze zostaje wam galon jabłecznika, czyli cydru – alkoholu popularnego na Wyspach przynajmniej od tysiąca lat. Są w końcu wina i rozsławiona kilkunastoma piosenkami whisky – one wszystkie pozwalają zapomnieć o tym, jakie plany i marzenia przywieźliście w bagażu osobistym nie odprawianym na żadnym z czterech podlondyńskich lotnisk połączonych bezpośrednimi lotami z choć jednym z polskich miast.

Tych bezdomnych policzyć jest najtrudniej – nie mają za co wracać do Polski. Ale też, prawdę mówiąc, niespecjalnie mają po co. Odlatywali z poczuciem dumy, z zazdrością odprowadzani wzrokiem przez znajomych i rodziny, które zapomniały o swoich bliskich tak szybko, jak ci przestali im przysyłać ciężko zarobione pieniądze.

Jakże tu teraz wrócić do kraju, w którym bezdomność odziera z godności i dumy, skoro tu, na miejscu, bezdomny odarty jest co najwyżej ze swojej dumy zachowując jednak resztki godności? A pamięć po dumie można tak łatwo zasłonić butelką trunku… Przecież to takie nasze. Narodowe. Polskie. Słowiańskie.

Nie mamy dziewczyn

Do Londynu jadę po nieprzespanej nocy. Po nocy spędzonej na jednej z dyskotek weekendu dla dorosłych, które organizowane są przez moich mocodawców. Pociąg o 6.30 jest poza zasięgiem dla zmęczonego codzienną harówką człowieka. A przecież nie można nie zdążyć, skoro od tygodnia czekają na mnie przyjaciele, czekają ludzie, których dłoń po raz pierwszy uścisnąłem na Wyspach Brytyjskich, i od których spotkała mnie wyłącznie serdeczność i ciepło – a każdy nowy imigrant cierpi na deficyt tych właśnie serdeczności i ciepła.

Dyskoteka, o której tyle słyszałem, nie rzuca na kolana – to jeśli chodzi o zadziwienie, które spodziewałem się osiągnąć. Przez większą część nocy stoję z kuflem coca-coli, wszak alkoholu mi nie wolno, a w mrocznej, rozjaśnianej jedynie stroboskopowymi błyskami sali, nikt nie widzi, czym zwilżam usta. Rekwizyt w postaci kufla ma istotne znaczenie – to jasny sygnał, że dobrze się bawię, że nie jestem odludkiem, że nie przyszedłem tu wyłącznie w charakterze podejrzanego obserwatora z zewnątrz. Oznacza, że można przy mnie tańczyć w sposób najbardziej wyzwolony, że można mnie poklepać po plecach, że można mi spojrzeć głęboko w oczy i zaprosić do tańca.

Ten taniec jednak odkładam na nieokreśloną przyszłość – gestem pokazuję zapraszającej niewieście, że trzymam w garści pełny kufel. Kiwa głową ze zrozumieniem i uśmiechem. Oddala się rytmicznie.

Na zewnątrz, w wydzielonej barierkami palarni pod chmurką, co jakiś czas zraszanej brytyjskim deszczem, palę papierosy obserwując leniwie cieszących się życiem mieszkańców Wysp (w tym również moich kolegów i koleżanki z pracy) i powoli obracające się wskazówki zegarka.

– Masz zapalniczkę? – słyszę z boku głos znajomego z twarzy pracownika jednej z restauracji. Jest Anglikiem – chyba. Do dzisiaj nie zamieniłem z nim ani słowa. – A w ogóle, to gdzie jest twoja dziewczyna? – zagaduje.

– Nie mam dziewczyny – odpowiadam.

– Jak to nie masz dziewczyny? Dlaczego?

Nie chce mi się tłumaczyć, że nie mam tu, i nie będę tu miał dziewczyny.

– Mam żonę – wydaje mi się, że temat jest zamknięty. Ale mój rozmówca nie daje za wygraną.

– To gdzie jest twoja żona?

– W Polsce – nieokreślonym gestem pokazuję wszystkie strony świata. I postanawiam odpowiedzieć mu pięknym za nadobne. – A gdzie jest twoja dziewczyna?

– Jestem gejem – No masz! Zaskakuje mnie do tego stopnia, że nie przechodzi mi przez gardło naturalne po takim wyznaniu pytanie, ‘to gdzie jest twój chłopak?’, choć nie mam wątpliwości, że właśnie na to pytanie czeka. Przyglądam mu się przez chwilę i szukam cech, które potwierdzałyby jego orientację seksualną. Rozmowa kończy się milczeniem. Obaj wracamy do sali, gdzie leci właśnie jeden ze starych przebojów dyskotekowych.

To nie jedyny znajomy z pracy, którego dzisiaj spotykam. Wcześniej rozmawiam z kilkoma Polakami, którzy mają uwagi do moich tekstów o emigrantach na Wyspach Brytyjskich. Zgadzam się z nimi, czy nie – uwag wysłuchuję uważnie.

Dzień wcześniej zostałem zdekonspirowany. Przez zupełny przypadek okazuje się, że niektórzy czytali teksty na portalach, na których kiedyś pracowałem. Te na 3obieg.pl również. Te o emigracji, co naturalne, wzbudziły najwięcej emocji, bo niektórzy rozpoznali w nich siebie a nie takich siebie widzieli. Niektórzy zaś właśnie odkrywają, że to, co powiedzieli ma siłę rażenia bomby atomowej i jest po prostu mądre. Mam więc i awantury, i hurraoptymistyczne podziękowania, choć właśnie i jednego, i drugiego chciałem od początku uniknąć

Czarny charakter

Generalnie przyjąłem zasadę, że kiedy latam na szmacie, czy nurzam się po łokcie w tłustej i śmierdzącej wodzie ze zmywaka, to zajmuję się właśnie tym i niczym innym – nie rozmawiam. Tylko obserwuję i odczuwam. Na rozmowy z ludźmi znajduję czas późnym wieczorem, zawsze informując, czym się w tym momencie zajmuję i co wyniknie z tej rozmowy. Niektórzy kategorycznie odmawiają rozmowy, która może być wykorzystana w publikacji. Inni – wprost przeciwnie. Z chęcią opowiadają o swoim życiu i skomplikowanej drodze na Wyspy Brytyjskie.

– Wiesz, siedzę tutaj, obok ciebie, bo ja przecież kiepsko znam angielski – Michał-brygadzista, którego kilkukrotnie opisałem śmieje się do wspólnego menedżera Roba podczas kolacji dla naszej małej komórki pracowniczej. Aluzja aż nazbyt wyraźna do mojego tekstu sprzed kilku dni. Tym silniejsza, że po każdej wycieczce do tego tekstu Michał dyskretnie obserwuje moją reakcję i dalej: – Słabo znam angielski. To nic, że od trzech lat z Angielką mieszkam…

– Nie mówiłeś, że to czytasz – nie wytrzymuję. Przez chwilę rozmawiamy – bez złości, i muszę oddać, że niemała w tym zasługa Michała.

– W mojej opowieści o emigrantach polskich będziesz ewidentnie złym charakterem – mówię.

– Nie, stary, mi to nie przeszkadza. Mogę być złym charakterem. Pisz.

Zaczynam zastanawiać się, czy Michał rzeczywiście zasługuje na to, żeby widzieć go wyłącznie od złej strony. Tak widziałem go kilka dni temu, kiedy nie porozumieliśmy się w kwestii moich godzin pracy. Dwa dni później zastanawiałem się, czy wrzucenie mnie wyłącznie na zmywak nie ma związku z gorzką oceną, którą mu postawiłem.

Przyglądam się wszystkim po kolei ludziom, z którymi na co dzień pracuję. Będę musiał z każdym z nich porozmawiać. Dowiedzieć się, jakie zawiłe ścieżki spotły ich drogi z moją. Co zmusiło ich do tego, że najczęściej używanym językiem jest ta szczególna mieszanka angielskiego i polskiego, którą da się słyszeć wyłącznie w Zjednoczonym Królestwie?

Rewizja

Londyn wita mnie lekkim deszczykiem. I solidnym niepokojem, że nie trafię na wysłany sms-em adres Asi i Marka, którzy przyjechali tu za pracą lata temu.

Ludzi tak wielkich serc i tak nieprzeciętnych umysłów znam ledwie kilkunastu. Przy czym wyjątkowość tej dwójki jest nieprzeciętna do tego stopnia, że minuta po minucie pamiętam dzień w którym się poznaliśmy oraz każde z kilku w sumie spotkań na przestrzeni ostatnich dwunastu lat. Byłem gościem w ich polskim domu – dwukrotnie, właśnie dwanaście lat temu. Asię spotkałem dwa lata później na olsztyńskiej ulicy. Przez te kilkanaście lat nie myślałem o nich inaczej, niż, jak myśli się o najbliższych przyjaciołach.

Trafiam bez problemu. I bez pamięci zanurzam się w atmosferze domu, ciepła oraz radości z domowego obiadu i spaceru – wspólnym – po niedalekim parku, czy centrum Londynu i Tate Gallery. Spacerze po galerii przerwanym telefonem i zaproszeniem na towarzysko-biznesowe spotkanie z Wojtkiem, którego poznałem właśnie w Wielkiej Brytanii.

U niego też czeka mnie ciepłe przyjęcie w gronie przyjaciół i w otoczeniu dzieci, które pamiętają mnie z naszego pierwszego spotkania. Mniej towarzyska część spotkania odbywa się w miejscu, gdzie mogę zapalić – to sugestia Wojtka, która pozwala na nie angażowanie wszystkich gości w rozmowę dotyczącą innego, niż jest obecnie moim udziałem, świata.

Późnonocny powrót do Asi i Marka pozwala na krótką rozmowę i po północy mogę położyć się do łóżka z ich kotem – pierwszym, którego widzę z bliska na Wyspach Brytyjskich. Kot podobno lubi w nocy buszować, ale umawiam się z nim spod półprzymkniętych powiek, że śpimy we dwóch twardo – on mnie nie budzi w nocy, ja w niego nie rzucam poduszką, czy telefonem. Układamy się łeb, w łeb. To moja pierwsza od dwóch dni noc, kiedy mogę zasnąć bez trosk.

W głowie tłuką mi się słowa, które usłyszałem niegdyś od znajomego a dotyczące Polaków na obczyźnie: „znajomych na emigracji Polaków można podzielić na cztery grupy – takich, których znało się w Polsce i chce się znać dzisiaj, takich, których nie znało się w Polsce a chce się znać dzisiaj, takich, których nie znało się w Polsce i nie chce się znać dzisiaj oraz takich, których znało się w Polsce, a nie chce się znać dzisiaj”. Rewizję znajomości zostawiam na kolejną noc – już w pracowniczym pokoju, 110 km stąd na południe Anglii. Póki co decyduję, że w Londynie chcę się zestarzeć. Gdzieś niedaleko tych kochanych ludzi. Nawet, jeśli mielibyśmy się widywać raz na dwanaście lat. Choć oni wspominali o starości w Polsce…

Brighton

3panów - Brighton

Większość narodów pracujących na Wyspach Brytyjskich wie, dokąd zmierza. Wiedzą Węgrzy, Słowacy, wiedzą Wietnamczycy i Chińczycy. Polacy (w znacznej części) wiedzą dokąd zmierzają… Pod warunkiem, że akurat zmierzają do baru, albo do sklepu z alkoholem. Niestety, nie bez powodu.

Rola Polaków na Wyspach Brytyjskich jest dość prosta. Na początku robimy za niewolników, białych murzynów (przepraszam czarnych braci, wiem, to nie ta epoka i nie należy do niej wracać nawet we wspomnieniach), za podnośniki hydrauliczne i wózki widłowe. Tak naprawdę za oknem brakuje tylko pola bawełny i nadzorcy z batem. Nadzorcy oczywiście są, tyle tylko że nie mają batów. I choć nie słyszymy świstu liny, czy rzemienia, i tak – my, Polacy – wiemy, że ktoś za nami stoi i pilnuje. Uciec przed tą niewolą możemy tylko w jedno miejsce – w głąb siebie. A wiadomo – butelka mocnego trunku, czy kilka kwart piwa jest jak express z jazdą w głąb siebie bez przystanków i przesiadek. Ba! Czasem zdarzy się, że express pomyli drogę i zamiast spotkać się w stanie głębokiego upojenia z samym sobą, spotykamy kogoś zupełnie innego – kogoś, kim mogliśmy się stać, ale nam nie wyszło. A czasem kończymy w ramionach innej, równie upodlonej przez los osoby choć o przeciwnej płci. Zdarza się oczywiście płeć ta sama, jednak na kwestie wyboru partnera wspólnego żalu skończonego wspólnym zachwytem nad cielesnością człowieka spuśćmy zasłonę milczenia. Nie pora i nie miejsce mówić o wyborach, które dla dalszego życia nie mają znaczenia – większość z nich i tak nie zapamięta swoich wzajemnych imion. A jeśli spotkają się nad kuflem po raz kolejny, z pewnością potraktują spotkanie, jak zawarcie nowej znajomości.

Biały Murzyn

Czy to przypadek, że godzimy się masowo na pełnienie takich funkcji u brytyjskich panów? Nie do końca. Większość wybiera świadomie – bez względu na poziom wykształcenia, bo na wyspach na najniższych możliwych stanowiskach równie łatwo znaleźć można filozofa, co inżyniera, geologa, co nauczyciela akademickiego. Zmęczeni polskim piekłem, farsą odczynianą na co dzień przez pracodawców bezczelnie okradających swoich pracowników z 20-letnim stażem, czy odmową zatrudnienia nawet na najniższym stanowisku w zawodzie, świeżo upieczonego magistra.

– Z takimi kwalifikacjami, to powinien pan robić coś zupełnie innego – słyszy zwykle ubiegający się o pracę świeży magister od ubranego w garnitur od Armaniego właściciela, czy prezesa spółki, który zaraz po spotkaniu dyktuje sekretarce kolejne ogłoszenie o pracę na jeden z portali poświęconych zatrudnieniu. Koniecznie w brzmieniu: „absolwenta wyższej uczelni (mile widziany doktorat) z 10 letnim doświadczeniem w branży, do 30 roku życia, zatrudnię”.

Ale zostawiam Polskę i jej problemy. Żyję tu, na Wyspach Brytyjskich, które wybrałem na swoją dożywotnią ojczyznę, gdzie największą pułapką jest uśpienie czujności – terminowe wypłaty, możliwość zaplanowania budżetu, precyzyjny zakres prostych obowiązków prowadzące do intelektualnego i duchowego regresu.

O ile początek emigracji pełen jest planów i chęci, o tyle po kilku tygodniach większość Polaków zostaje tam, gdzie życie rzuciło ich na początku. Nie chcą zmian – po raz pierwszy od lat, albo w ogóle po raz pierwszy, udaje im się osiągnąć stabilizację. Tylko dureń zamieniłby to na szukanie pracy. Ciężka fizyczna praca męczy – najpierw nie chce się iść do teatru, czy galerii. Potem, prawdę mówiąc, nie ma nawet czasu na czytanie książki. Telewizor odpada ostatni, zanim Polak na emigracji zamieni się w robota, wózek widłowy, czy podnośnik do skrzynek.

Język prawie jak polski

– Zostaw tego sigula (od seagul – angielskiej nazwy mewy) – słyszę od jednego z kolegów, który przypatruje się moim usilnym próbom zaprzyjaźnienia się z ptakiem. Ptak wylądował na osiedlu, gdzie w śmietniku lądują polskie śmieci. Wiadomo więc, że wyrzucają je tam Polacy, bo nikt inny za nich nie robiłby tego. Być może wśród angielskich mew krążą opowieści o tym, jak ich siostry i bracia lądowali w polskich garnkach w czasie, kiedy ojczyznę i dominium Elżbiety II odwiedziła pierwsza fala emigracji zarobkowej znad Wisły. Być może to morskie opowieści, którym nie należy wierzyć. Ale na wszelki wypadek sigul, do którego przemawiam uspokajającym tonem obchodzi mnie dookoła z dużą dozą ostrożności.

– Wyluzuj, nie zrobię z ciebie obiadu – przemawiam uspokajająco do mewy. I dalej: – Godzinę temu byłem w storze (od store – angielskiej nazwy sklepu). Mam zapasy na kilka dni.

Angielska odmiana polskiego jest językiem, który należy opanować od razu po przyjeździe na Wyspy. Każdy, kto spróbuje się z literacką polszczyzną wywala funty w błoto. Bo Polacy w Zjednoczonym Królestwie doskonale wiedzą, że jeśli podchodzi do nich klient, który nie zrozumiał jeszcze, że jest w storze, jechał treinem, busem, czy pił kawę z kupsa, to z pewnością jest to klient, który kupi garść czereśni za cenę brylantów. I zwykle tak jest. Wygodniej więc zacząć wtrącać do zdań angielskie określenia, co – jak szybko zauważam – ma, jako żywo, ekonomiczne uzasadnienie. Tak więc kształt i grubość portfela wygrywa z pięknem mowy polskiej, podobnie jak – nierzadko – brutalna siła wygrywa z intelektem.

Językowe problemy Polaków nie są niczym szczególnym w kraju, gdzie za pracą przyjeżdżają wszystkie narody Europy Środkowej i Wschodniej, Południowej Azji, czy Afryki.

Wszyscy, którym do przyjazdu wydawało się, że znają język angielski, literalnie właśnie – wydawało się. Anglicy mówią skrótami. Nie sięgają do słów, którymi bawił się w wierszach Edgar Alan Poe. Ani nawet Silvia Plath. A zderzenie się z potocznym językiem nowego miejsca pracy bywa dla niejednego szokujące.

Z przyjemnością wczytywałem się w Polsce w analizy ekonomiczne banków centralnych krajów UE, OECD, czy raporty Banku Światowego. Co z tego – skoro w żadnej analizie nie pojawiały się słowa oznaczające tacę, patelnię, zmywak, czy zwykłą ścierkę. Tak więc pierwsze tygodnie są dla mnie nauką. Również rozumienia tego, co mówią do mnie przełożeni. Między innymi menedżer zmywarek, który z niewiadomych powodów stał się czytelnikiem moich tekstów (choć po polsku niewiele pewnie rozumie, na telefonie miał otwarty 3obieg.pl). Podobno były skargi od współpracowników, że opisuję ich historie.

– Przecież nie piszę o pracodawcy, ani o miejscu pracy – wyjaśniam mu w jednej z rozmów.

– Nie szkodzi, ale twój blog jest czytany przez naszych pracowników i przez to opisywani ludzie są łatwi do zidentyfikowania – nie ustępuje menedżer od zmywarek.

– To nie jest blog, to są reportaże. A ja jestem dziennikarzem między godzinami, które spędzam na zmywaku – tłumaczę, ze zdumieniem zauważając, że ani CV, ani referencje nie są dokumentami, do których mój pracodawca przywiązuje jakieś szczególne znaczenie. To nic. Nie musi przecież. Płaci na czas i tyle mi wystarczy.

Coraz częściej zdarza mi się pracować dodatkowo przy sprzątaniu pokoi po hotelowych gościach. To też doświadczenie i zderzenie kultur. Wprawdzie niewielkie mam pojęcie o sprzątaniu pokoi po gościach hoteli w Polsce, ale to, co zostawiają po sobie Anglicy, wprawia w zdumienie nawet takiego taoistę jakim wydawało mi się, że jestem.

Pewne oznaki można zauważyć już na brytyjskiej ulicy, w autobusie, czy pubie, gdzie głośne bekanie i puszczanie bąków nikogo nie dziwi. To, może jeszcze nie jest w dobrym tonie, ale z pewnością uchodzi w towarzystwie. W końcu jest zdrowe.

W dobrym tonie jest natomiast pozostawienie po sobie nie spuszczonej wody w toalecie po noclegu w hotelu. Podobnie, jak włosów łonowych rozrzuconych już nie tylko pod prysznicem, ale bywa, że i w umywalce lub pod lustrem. Z niewiadomych powodów za dobrą zabawę klasa robotnicza w Wielkiej Brytanii uważa rozsmarowanie kremów na szybach, czy lusterkach. Pościel jest osobnym tematem. Widać po niej nie tylko, co goście jedli na kolację, ale również co robili, w jakiej konfiguracji, a często z jaką częstotliwością, w przerwach między posiłkami.

Słoneczne Brighton

Nie wszyscy oczywiście – jestem teraz dla moich nowych rodaków niesprawiedliwy. Bo zdarzyło mi się ostatnio spotkać prawdziwe perły z korony brytyjskiej.

Krótka wizyta w Urzędzie ds. Zatrudnienia w Brighton stała się prawdziwym świtem w mroku codziennego tet-a-tet ze ścierką i zmywakiem.

Samo Brighton, do którego jadę ogolony (choć wcale nie ze względu na spotkanie z urzędnikami Korony) wita mnie słonecznym porankiem i głosem sympatycznej starszej pani, która jest przekonana, że przyjechałem tu na studia. Tak, ona cieszy się z migracji młodych Europejczyków na Wyspy.

– Jak wysiądzie pan na następnym przystanku do będzie pan miał dwa kroki do Królewskiego Pawilonu – mówi z uśmiechem. – Naprawdę warto go zobaczyć. W ogóle całe Brighton jest urocze.

Dziękuję jej za informację, choć bardziej niż droga do Królewskiego Pawilonu interesuje mnie droga do urzędu pracy. Ale o tę nie pytam – nie chcę burzyć jej wizji polskiej młodzieży studiującej w Anglii i zainteresowanej brytyjską historią. Ani wkładać kija w szprychy kół swojej próżności. Będzie już z dekada, jak ktoś wziął mnie za takiego młodzieńca!

Royal Pavilion znany także jako Brighton Pavilion to była rezydencja królewska w Brighton, obecnie przekształcona w muzeum. Budynek ma formę pałacu zaprojektowanego w tzw. stylu indosaraceńskim, stanowiącym próbę połączenia neogotyku z architekturą charakterystyczną dla państwa Wielkich Mongołów. To budynek architektonicznie… odważny. Bo choć nie jest odpowiednikiem sukni wiktoriańskiej kurtyzany, ma jednak tyle detali w burdelowym stylu, że nawet marynarza by odrzuciło.

Jak mówią przewodniki, ów styl był dość szeroko stosowany przez brytyjskich architektów pracujących w XIX-wiecznych Indiach, natomiast w Europie jest spotykany niezmiernie rzadko. Royal Pavilion uważany jest za jego najważniejszy przykład na Starym Kontynencie.

W Brighton poznaję właściciela jazzowego pubu, który wprawdzie nie ma pojęcia o herbacie z prowincji Yunnan, ale z pewnością zna się na jazzie. Co więcej – wie, kto to jest Jan Ptaszyn Wróblewski. Krótka rozmowa o jazzie kończy się zaproszeniem na koncert. Tu w lokalu. Pierwszy koncert mam darmowy.

– Dzisiaj nie przyjdę. Ale przyjadę tu na pewno – składam deklarację, której ani mi się śni zapomnieć. Znad zmywaka nie słychać jazzu. Ani nie widać ludzi, którzy widzą we mnie kogoś innego, niż Polaka na dorobku.

Z bluesmanem, którego spotykam naprzeciwko kawiarni pod brightońskim teatrem też szybko znajduję wspólny język. On gra, ja siedzę przy stoliku nad dzbankiem herbaty i z fajką nabitą tytoniem. Szybko, bez słów, porozumiewając się wyłącznie wzrokiem i uśmiechami, układamy listę przebojów bluesowych, która mnie przynosi przyjemność, a jemu funty wrzucane do futerału od gitary przez przechodniów.

Zapach tytoniu fajkowego staje się moim radarem na Polaków. – Ale fajnie pachnie – słyszę przechodzące obok polskie rodziny.

Chwilę później zatrzymuje się przed stolikiem rastaman – na oko Hindus – który jest zainteresowany akurat tym, czy oprócz tytoniu „palę zioło”. Kiwa głową z pasją gołębia dziobiącego tabletki amfetaminy.

– Zioła nie palę – śmieję się. – To tylko tytoń.

Rasta odchodzi z zamyślonym uśmiechem i macha mi z oddali.

Zjednoczone Królestwo znów wydaje mi się ziemią obiecaną. Tym bardziej, że królewska urzędniczka godzinę wcześniej, porównawszy moje kwalifikacje i wykonywaną pracę cmoka ze zdumieniem i przynosi listę agencji pośrednictwa pracy, które z pewnością coś dla mnie znajdą.

– Wystarczy się do nich zgłosić – zapewnia. I pewnie się zgłoszę.

Gdyby nie wycieczka, coraz poważniej brałbym się za bary z pomysłem skończenia dnia z butelką piwa w garści. I dołączył do moich rodaków, którzy w alkoholu topią rozczarowania. Tym, co zostawili. I tym, co zastali.

Dobranoc Moja Brytanio. Dziś jeszcze czeka mnie odpowiedź na kilkadziesiąt maili z pytaniem, czy warto jest emigrować. Oraz, czy pomogę w wyjeździe… Jasne, że pomogę. Każdemu Polakowi. Zróbmy sobie Polskę tu, gdzie życie może być normalne.

Demony

BRITAIN-POLAND-FLAGS

 

Nie ma nic gorszego, niż obudzić drzemiącego w Polaku naturalizującym się na Wyspach Brytyjskich demona. Trzeba pamiętać, że demonów jest cała masa – każdy z nas ma przynajmniej jednego. A bywa, że po dwa i trzy. Jeśli przypadkiem trafisz na jednego z nich, prześladowany przez niego Polak będzie twoim zapamiętałym wrogiem.

No więc dobrze – jestem w Wielkiej Brytanii. Jest moją nową ojczyzną, bo stara potraktowała mnie jak pętaka i wypięła się na mnie zadkiem. Miejsce, z którego wyjechałem ma tyle samo wspólnego z Polską, co PRL z demokracją – tak tylko troszkę. Tu, gdzie rzuciły mnie gościnne fale kanału La Manche, z równą co w Polsce swadą mogę kłócić się po polsku sięgając zarówno do języka Gałczyńskiego, Wańkowicza i Konwickiego, co do zwykłego rynsztoka znanego z warszawskich tramwajów i ulic. Przy czym nie zapominam oczywiście, że jestem Polakiem XXI wieku i chętniej sięgam do językowego rynsztoka.
Codziennie, zgodnie z obietnicą złożoną kilku osobom w Polsce, robię staranne notatki, które mają w przyszłości pomóc nowym imigrantom przejść przez trudny proces adaptacji, ominąć błędy, które popełniłem – bo przecież popełniłem ich niemało! No, ale – jak wiadomo – nie myli się tylko ten, co nie robi nic.

Poślubiony mopom

W słoneczny poniedziałek przy kawiarnianym stoliku wpisuję tę pierwszą lipcową radę – pod żadnym pozorem nie rezygnuj z codziennej kawy w kawiarni. To pomoże ci utrzymać pion, zachować resztki człowieczeństwa. Czasem zamienić słowo z kimś zupełnie obcym, być może takim samym, jak ty, rozbitkiem, ale pewniej z człowiekiem, który nie ma pojęcia o twoich zmartwieniach i troskach, które właśnie zamieniłeś na inne zmartwienia i troski. Lepiej jest nie zjeść obiadu, niż pozbyć się resztek swojej dumy.

Pierwsza praca Polaka w Zjednoczonym Królestwie odziera z godności. Niech was nie dziwią koledzy i koleżanki, którzy przedstawiają w Polsce swoje rzekome sukcesy i kariery na stanowiskach pomocy kuchennej, kelnerów, czy pokojówek. To forma dowartościowania się w oczach tych, którym zabrakło odwagi na wyjazd. Bo oczywiście zarabiamy tu niemało (na polskie warunki), ale cała reszta jest po prostu upadkiem na dno samotności i smutku, jakiego raczej żaden z nas sobie nie wyobrażał.

Dzisiaj rozmawiam ze starszą, na oko o 10 lat, Murzynką, która rozciągnęła się nad wysokim kubkiem cappuccino i z długim papierosem od niechcenia wpatruje się w ludzi chodzących leniwie po rynku niewielkiego miasteczka w West Sussex w Anglii.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadza pani dym z fajki – zaczynam neutralnie. Zaczepianie ciekawych ludzi to moje déformation professionnelle.
– Nie, proszę palić. Nawet całkiem przyjemnie pachnie – odpowiada. Rozmawiamy, jak to w Anglii, o pogodzie, bo po raz pierwszy od dekady zdarzyły się tu tak ciepłe dni biegnące ciągiem, jeden po drugim. Moja rozmówczyni nie jest stąd. Londyn, a jakże.
– A ty? – rzuca.
– W ogóle to jestem z Polski, jeśli wiesz, gdzie to jest. A pracuję o tam – ustnikiem fajki wskazuję charakterystyczny kształt budynków mojego pracodawcy. Uniesione brwi mają pewnie symbolizować uprzejme zdziwienie.
– Na najniższej możliwej pozycji. Na zmywaku – dodaję.
Tym razem zdziwienie nie jest już symboliczne. No tak – idąc do kawiarni włożyłem inne buty, uprasowaną koszulę, okulary. Uczesałem się i ogoliłem.
– No… ale zawsze to jakaś praca – po Murzynce widać, że nie bardzo wie, co ma odpowiedzieć. Chwilę później pyta, czym tak naprawdę się zajmuję. Wyjaśniam ze szczegółami na czym polega moja praca.
– Wiem, jesteś poślubiony mopowi – kwituje krótko. „Married to mop” – to doskonały komentarz do mojej sytuacji. Mojej i reszty Polaków tyrających jak muły na angielskim zmywaku.

Dzień wcześniej w kawiarni nie zaczepiam nikogo. Muszę z uśmiechem podsumować dzień, który skończył się rozmową z menedżerem menedżerów. Nie była to może najprzyjemniejsza z rozmów, jakie odbyłem w życiu, choć trudno odmówić mojemu rozmówcy tej wymykającej się opisowi brytyjskiej elegancji.
– Rozmawiałeś ze swoim bezpośrednim menedżerem na temat pisania o tym, co dzieje się w pracy – zaczyna krótko. – Chcę się upewnić, że zrozumiałeś, czego ci nie wolno.
– Owszem rozmawialiśmy – odpowiadam. – Zakres, w którym mogę się poruszać mniej więcej znam. Nazwy firmy nie wspominam. Nie opisuję również ludzi w taki sposób, żeby reszta pracowników in expressis verbis wiedziała kogo wymieniam.

Nawiasem mówiąc nie piszę o tym, co tu się dzieje, tylko o emigracji zarobkowej Polaków na Wyspy Brytyjskie. Do czego mam nawiasem mówiąc prawo, jako że jestem dziennikarzem. Poza tym, uprzedzam ludzi, z którymi rozmawiam po godzinach pracy tutaj, że jestem dziennikarzem i chcę wykorzystać ich wypowiedzi w publikacjach. Ale, jak wspomniałem, po rozmowie z bezpośrednim menedżerem nie identyfikuję ich w taki sposób, żeby mogli się poznać na przykład po imionach.
– W porządku. Chcę być tylko pewny, że ta sprawa jest jasna – kończy spotkanie. Umawiamy się i z grubsza ustalamy granice, po których mogę się poruszać jako dziennikarz. To jest umowa dżentelmeńska – nie mam powodu jej łamać. Granice, po których mogę się poruszać jako pomywacz są ustalone w kontrakcie.

Stare Dobre Małżeństwo

Olę i Agatę (tak, miałem nie podawać imion, ale umówmy się, że te dwa są wymyślone przeze mnie – moje rozmówczynie świadomie spotykają się ze mną poza miejscem naszej wspólnej pracy, świadomie odpowiadają na pytania i świadomie godzą się na publikację, w której wykorzystam, to co mi o sobie opowiedzą) poznaję przez przypadek. Na grillu na pobliskiej plaży, na który zaprosiła mnie (nie bez pewnych wątpliwości) pani S. (ach te inicjały; no i oczywiście formalnie to wciąż panna, z pięknymi marzeniami o swojej rodzinie i mężu, bez bagażu doświadczeń i przejść, które gdzieś tam ma zachowane dla siebie). Zaproszenie było dla mnie ważne – w końcu odkąd moi towarzysze niedoli gremialnie dowiedzieli się, że jestem dziennikarzem i pracuję nad materiałem pokazującym prawdziwe życie Polaków na emigracji na gościnnej ziemi Jej Wysokości Elżbiety II, raczej woleliby mnie nie zapraszać. Na nic zdałyby się pewnie tłumaczenia, że zwykle – kiedy spotykam się z nimi, jako dziennikarz, przedstawiam się raz jeszcze, mówię, że jestem dziennikarzem i pytam, czy historie, które mi opowiadają mogę wykorzystać.

Jedna z niewiast, z którymi rozmawiałem, a do której jeszcze kiedyś w tej opowieści wrócę – niemłoda już i sterana mało ambitną pracą polegającą na sprzątaniu po Anglikach, w uniesieniu podyktowanym gniewem (a więc na wyżynach szczerości), wyznała mi w rynsztokowej polszczyźnie, że kiedy przedstawiłem się i powiedziałem jej, że zamierzam jej historię wykorzystać (na co się z chęcią w rozmowie zgodziła!) była przekonana, że to tylko zapowiedź. Że przyjdę jeszcze raz i zadam te same pytania. Ludzie! To ego wielkości galaktyki, przy którym chowają  się rodzime, polskie piosenkarki, nie wspominając o Rihannie, czy Madonnie.

No ale wróćmy do grilla, do którego podchodziłem prawdę mówiąc jak pies do jeża. Nigdy w Polsce nie byłem amatorem grillów, spotkań przy piwie i karkówce, z towarzystwem śpiewającym polskie piosenki, z którejkolwiek pochodziłyby epoki. Zwykle bowiem kończyło się to wyciem do Księżyca, inwokacją do Jolki z pytaniem, czy pamięta. Nie wiem – gdybym to ja był Jolką a wyłoby do mnie takie właśnie towarzystwo, starałbym się jak najszybciej zapomnieć.

Tym razem spotyka mnie niemałe zaskoczenie. To nie tylko towarzystwo osoby zapraszającej, świetnej gitarzystki i doskonałej śpiewaczki, bo  – cóż za miłe zdziwienie! – wszyscy obecni na plaży, z której ponad pół wieku temu ruszała inwazja na Normandię, są muzykalni, lubią grać na gitarach i śpiewać, a co najważniejsze… potrafią to robić. Lecą więc polskie kawałki, jakże dziwnie brzmiące pod obcym brytyjskim niebem, na kamienistej plaży, kilkadziesiąt metrów od znanej w całym świecie fagi łączącej symbolikę Szkocji, Anglii i Irlandii Północnej. Po chwili pojawia się kolejny gość – tym razem muzyk związany ze Starym Dobrym Małżeństwem. To już nawet nie jest przysmak wieczoru, to prawdziwy rarytas, nad którym pochylam się cierpliwie, nie mogąc wyjść z zadziwienia.

Piosenki nad kanałem

– Dziwnie się plotą te ludzkie ścieżki – rzucam małej pannie S., która – zachwycona – przekazuje gitarę muzykowi znanego zespołu.
– Wyobrażasz sobie? – nie ukrywa radości. – Normalnie gość z SDM siedzi z nami na plaży i śpiewa.
Nie darzyłem szczególnym uwielbieniem SDM. Co nie znaczy, że nie znam ich piosenek – w Polsce to oczywiście kanon obowiązkowy. Gdzieś w tyle głowy majaczy mi, że z nowopoznanym kolegą muzykiem mamy chyba wspólną znajomą. Ale zostawiam temat na boku. Może lepiej nie wywoływać diabła, w końcu ta znajoma była jedną z pierwszych osób, które powiedziały mi po wyjeździe, że się „szmacę pracując na zmywaku w Anglii”. I że lepiej jest z dumą pozostać lekkoduchem mając w nosie własne dzieci, niż szukać „jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza takiej”.

Jednorazowy grill, który w pobliskim sklepie kosztuje pięć funtów, czyli godzinę mojej pracy i – mniej więcej – tyle, co kufel piwa w pubie, robi za ognisko wokół którego gromadzą się wszyscy goście. Wśród nich między innymi Agata i Ola. Ola, której głos – czysty, o głębokiej barwie, wbija w ziemię. Już nie tęsknię za Polską, bo przez moment mam nieodparte wrażenie, że siedzę raczej nad Bałtykiem, niż nad Kanałem La Manche (uporczywie nazywanym przez wszystkich morzem). Na takie spotkanie oczywiście nie mógłbym sobie pozwolić w żadnych innych okolicznościach, bo ten zestaw ludzi nigdy by się w Polsce nie spotkał. Muzyk, ekonomista, dziennikarz, geolog, historyk, nauczyciel i cholera wie kto jeszcze, nie mieliby szans odnaleźć się w tłumie zaszczutych polską codziennością ludzi.
– Nagram to, tę jedną piosenkę – podejmuję szybką decyzję, o której informuję gospodynię grilla. Patrzy na mnie ostrożnie… no tak, piętno dziennikarza.

Niemal szpiegowski dyktafon, który wyciągam z kieszeni, zwykle służył mi na salach sądowych. Procesy w Polsce tak bardzo przecież lubią być tajne. Nawiasem mówiąc to pierwsze nagranie, o którym nie mam wątpliwości, że z przyjemnością go posłucham. Chwila zatrzymana w czasie. Podobnie, jak chwile z procesów sądowych w Polsce, w których sędziom zdarzało się łamać procedury i jawnie lekceważyć Konstytucję – których ani razu nie odsłuchiwałem z przyjemnością.

Piosenka na zmywaku

Do śpiewu Oli wracam dzień później, na zmywaku, gdzie spotykamy się – prawdziwi towarzysze niedoli.
– Mam prośbę – zaczepiam ją. – Zaśpiewaj tutaj. Głośno, dla wszystkich.
Śmieje się, ale odmawia. – Zaśpiewam dla ciebie – obiecuje i po chwili w hałasie zmywarek śpiewa jeden z polskich przebojów z pokolenia moich rodziców. Nie całkiem o to mi chodziło. Chciałem raczej zobaczyć reakcję moich współpracowników – odartych z godności, podobnie jak ja. Chwilę później umawiamy się na rozmowę – spiszę jej historię i wykorzystam w reportażu. A za piosenkę jestem wdzięczny. Po raz pierwszy od wieków ktoś zaśpiewał coś specjalnie dla mnie, patrząc mi w oczy.

I kiedy spotykamy się pod pralnią, na spotkanie przychodzi razem z koleżanką Agatą. Też będzie ze mną rozmawiać. Uprzedzam jeszcze raz – że to nie taka sobie rozmowa, że jak najbardziej poważnie zamierzam ją wykorzystać (rozmowę, nie Olę i nie Agatę!). I, że nie porozmawiamy tu, w obozie, gdzie rzuciło nas życie, ale wybierzemy się do miasta. Jestem to winien menedżerowi, z którym mamy gentlemen’s agreement.

Nie wyjaśniam, że na rozmowach z Polakami już się sparzyłem, bo odpowiedzialność za słowa to dla niektórych pojęcie nie znane nawet ze słownikowej definicji, że obrażają się, bo wytknąłem im brak ambicji.
Nawiasem mówiąc niespecjalnie wiem, skąd w nich takie oburzenie – czyżby wszystkich odwiedził nieoczekiwanie dr Alzheimer? I czy odwiedził ich grupowo, czy może każdego odwiedzał z osobna?

To, że pracują poniżej swoich kwalifikacji, w warunkach – umówmy się – trudnych, że nie szukają jakiejkolwiek ścieżki awansu, czy sposobu na poprawę swojej sytuacji, jest bezspornym faktem. Nie usprawiedliwia tego nawet fakt, że w Polsce byłoby im o wiele gorzej. Wszak są co najmniej dorośli, niektórzy mają dorosłe dzieci, wiedzą co robią i na co się godzą. Tu, gdzie dzisiaj jestem, jest im po prostu wygodnie, bo nie muszą myśleć. Ani martwić się o jutro. Ani przyznać przed sobą samymi, że właśnie przepuszczają życie przez palce, bo jeśli zdecydują się pójść o krok dalej stracą poczucie stabilizacji. Nawet jeśli jest to stabilizacja odzierająca ich z godności.
– Nie będę z panem rozmawiał. Nigdy! – to jeden z moich ziomków kilka dni wcześniej (na razie bezimienny). Uwielbiam pasjami takie deklaracje. Tym bardziej, że po niekrótkiej tyradzie mojego rozmówcy zgadzam się z nim, że rozmowy rzeczywiście między nami już nie będzie. Tyle, że to moja decyzja.
– Pan chce zrobić na mnie karierę! A ja zadzwonię do pana żony i powiem, że się pan tutaj łajdaczy! –
ciąg dalszy tyrady. – No dobrze. Może podam mu numer? – zastanawiam się. Niech zadzwoni. Gdyby choć trochę znał moje życie i charakter, pewnie wiedziałby, że to raczej strzał z kapiszona. Swoją drogą chciałbym posłuchać tej rozmowy. No i z tą karierą też trochę przesadził. Nie wiem skąd w nim przekonanie, że ktokolwiek pochyla się nad Polakami, którzy uciekli za granicę, stanęli w miejscu i ani myślą ruszyć dalej, bo siadła im ambicja. Nie, to naprawdę bez sensu – na tym kariery nie zrobię z pewnością. Zresztą nie o nią mi chodziło, bo karierę w pisaniu mam już za sobą.

Piękne plany

Z Olą i Agatą siedzimy w kawiarni. Jakaż miła odmiana – dwie młode i urocze dziewczyny, studentki, czerpiące z życia pełnymi garściami!
– Dlaczego tu jestem? Studiuję angielski, chciałam zobaczyć jak wygląda Anglia. Poza tym tutaj bezspornie więcej zarobię w wakacje, niż w Polsce – to Ola. – Nie chcę wykorzystywać rodziców do końca życia, mam potrzebę się uniezależnić. No i przede wszystkim to przygoda. Wychodzę ze swojej strefy komfortu, rozumiesz…
Ola ma całą masę planów na życie. Prawdziwy wachlarz! Od kwiaciarni, kawiarni, przez szkołę językową, teatr (niezależnie od studiów uczyła się aktorstwa). – Po wakacjach wracam do Polski, robię magisterkę, będę tłumaczem angielsko-francusko-polskim – opowiada. – Potem rozejrzę się za odpowiednią pracą. Czy w Polsce? Niekoniecznie.
To nie jest jej pierwsza praca za granicą. Wcześniej była kelnerką w Szwajcarii. Porównania do obecnego miejsca pracy nie można w rozmowie uniknąć.
– Cóż… tu jest… trudniej – komentuje krótko. Zgadzamy się, że to praca ciężka, odczłowieczająca, ogłupiająca. Być może dobra na okres wakacji dla studentów, broń Boże na całe życie.

Agacie o moim miejscu pracy powiedziała kuzynka, która już przetarła tu szlaki. Przyjechała z przyjemnością, choć o codziennej orce w kuchni i restauracji mówi raczej cierpko. Jest ciężko, to wiadomo. No ale, może zarobi tu na studia. W końcu zamiast obecnej analityki medycznej chce studiować medycynę. W myślach robię szybką estymację i symulację jej przyszłej kariery. Gdzie będzie zarabiać doktor Agata? Porównajcie pensje lekarzy w Polsce i gdziekolwiek indziej. Już wiecie.
Agata już była w Zjednoczonym Królestwie. Pracowała w Szkocji. Ten okres wspomina bardzo dobrze.
– Moje marzenie? Sylwester w Nowym Jorku, w tle Frank Sinatra śpiewający „New York, New York” – opowiada. I śmieje się: – To marzenie zrealizuję na pewno!

Polskie demony

Łącznie z okolicznymi miastami i portalami społecznościowymi spisałem rozmowy już z kilkuset Polakami. I już wiem, co każe nam wyjeżdżać z kraju na zawsze. To nie tylko bieda, poczucie beznadziei i braku szans na poprawę. To istny poczet demonów – drzemiących w każdym z nas. To zawiedzione uczucia, obrażona duma, stracone nadzieje. To niespełnione miłości, odebrane przez polskie sądy dzieci, urażone poczucie honoru i godności. To mniejsze i większe zbrodnie popełniane na bliskich i na nas samych. A największym demonem jest świadomość o pogrzebanej na zawsze ambicji.  Jeśli przypadkiem trafisz na tego demona w rozmowie z Polakiem, bądź o Polaku, prześladowany przez niego rodak będzie twoim zapamiętałym wrogiem. Na zawsze.
– Kurcze, przepłakałam cały weekend, dużo myślałam, rozmawiałam z Tobą, Mariuszem z Grimsboro i Mirkiem z Menchesteru. I wszyscy trzej jednogłośnie mi wybiliście z głowy powrót do kraju. Dziękuję  – to Iza w liście. Iza, która nie raz wspierała mnie na Wyspach Brytyjskich radą i ciepłym słowem po kilku, kilkunastu ciężkich godzinach spędzonych w fabryce kilkaset kilometrów od mojego miasteczka. Zresztą ona pierwsza zaproponowała mi wyjazd do Wielkiej Brytanii, gdzie dostała pracę grubo poniżej swoich kwalifikacji za najniższą w Anglii pensję. Ale musiała ją przyjąć, bo alternatywą był głód i pewnie eksmisja na bruk. W Polsce zostawiła dzieci i swoją miłość, którym musi przecież zapewnić chleb powszedni. Nie oceniajcie jej! Na Miłość Boską! Wyobrażacie sobie, co musi czuć matka, która musi zostawić dzieci, bo polski sąd który nie może ustalić miejsca pobytu ojca dziecka nie jest w stanie wydać pozwolenia na paszport umożliwiający wyjazd dziecku z matką? Tułaczka tej matki to prawdziwe bohaterstwo!

Iza jest moją rówieśniczką i znamy się od liceum, choć przez ostatnie dekady widzieliśmy się ledwie dwa razy. Kiedy nerwowo szukałem miejsca, w które mógłbym pojechać nie wahała się ani minuty: – Mnie ktoś pomógł, ja pomogę tobie. Przyjedziesz, ściągniesz rodzinę – to, co od niej usłyszałem pewnego marcowego poranka pozwoliło mi uwierzyć w ludzi. Trafiłem, gdzie trafiłem, ale nawet z daleka staram się być wsparciem dla tego dobrego ducha zagubionych polskich imigrantów.
Pamiętacie sprawę studenta prawa, Jakuba z Poznania? Odsiaduje dzisiaj brytyjski wyrok w polskim więzieniu.
W styczniu 2008 r. sąd w Exeter skazał dwudziestokilkuletniego dzisiaj Jakuba za gwałt i ciężkie uszkodzenie ciała Brytyjki na podwójne dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 9 latach. Na poczet odbytej kary zaliczono mu rok spędzony w więzieniu w Wielkiej Brytanii. To proces, który odbił się szerokim echem w Wielkiej Brytanii i w Polsce. Polak został skazany na podstawie analizy DNA i nagrania z kamer ulicznych, które były podważane (nagrania, nie badania DNA) i co do których do dzisiaj są wątpliwości.

„Polskie prawo nie zna zastosowanej w jego przypadku konstrukcji wyroku sądu angielskiego, ale sąd w Poznaniu utrzymał go w mocy. Tomczak, który odbywa karę w Polsce, twierdzi, że jest niewinny i zabiega o wcześniejsze zwolnienie” – to fragment depeszy prasowej dotyczącej tej sprawy. Jasne jest dla mnie, że Jakub jest niewinny. Podobnym przypadkiem zajmowałem się w Polsce. Tam, syn byłego policjanta, Kamil – też siedzi za gwałt. To najprostsze, czym można załatwić każdego młodzieńca. Ojciec Kamila, z którym badałem sprawę śledztwa i zachowania w tej sprawie i organów ścigania, i sądów, przeprowadził na własną rękę śledztwo, z którego wynikało wprost, że jego syn – gdyby postępował według scenariusza sądowego – musiałby biegać z prędkością 80 km na godzinę. Dzisiaj Kamil jest w więzieniu a jego ojciec, rodzic-bohater spędza dni i noce na próbie ratowania syna odbijając się od niekompetencji, niechęci i złej woli polskiego państwa.

Zakładam, że Jakub – podejrzany, oskarżony i skazany za gwałt w Zjednoczonym Królestwie próbował ratować coś w Polsce. Być może związek z dziewczyną, z którą wiązał swoje plany. Nie chcę snuć przypuszczeń, ale to co codziennie widzę w Anglii, to co dzieje się tu z Polakami, przekonuje mnie, że Jakub dał się wystawić, a przekonanie graniczące z pewnością każe mi sądzić, że niedługo podzielę się z wami jego historią.

Dobranoc Brytanio

Nie wiem, kiedy nastąpił ten moment, nie wiem kiedy gwiazdozbiory, które – jak każdy miłośnik astronomii – traktowałem zawsze technicznie, stały się dla mnie faktycznymi obrazami, żywą oranżerią żywcem rzuconą przez antycznych Greków na nieboskłon nad moim nowym domem. Dzisiaj patrząc na niebo widzę prawdziwą lutnię, lecącego łabędzia i orła z rozpostartymi skrzydłami. Dzisiaj widzę to, co dotychczas było schowane przede mną za wymykającą się opisowi zasłoną. To, co widzę paląc przed snem fajkę z irlandzkim tytoniem i mówiąc mojej Brytanii, mojej Nowej Polsce „dobranoc” jest pięknem najwyższego sortu. Tego, co widzę dzisiaj, nigdy nie zobaczyłem w Polsce.

Raczej dla dorosłych

 

3panów - london bridge

Decyduję się na fundamentalny ruch, rzucam zmywak i wyjeżdżam do Londynu. Polaków na Wyspach Brytyjskich ciągnie do stolicy Imperium, bo tu jest praca, bo tu są podobno większe możliwości. Bo tu ze stołu brytyjskiej królowej zawsze może spaść jakiś nieoczekiwany okruch. Tu, w końcu, można się roztopić w tłumie i znaleźć swoje miejsce.

Poranny pociąg z Bognor Regis jest niemal pusty. Siadam na wygodnym siedzeniu z ciężką walizką i nie ustępującym jej plecakiem, który ląduje pod moimi nogami. Spodziewałem się, że ze zmywaka odejdę z ulgą a w pociągu do Londynu będę się czuł w końcu wolny. Nic z tego – może to cecha mojego charakteru, a może kwestia coraz szybciej mijających lat – zaczynam tęsknić za ludźmi, których los dzieliłem przez ciężkie dwa miesiące. Zmywak, budowa, czy farma to zwykle pierwsza praca, na którą trafia Polak na Wyspach. Jeżeli nie wpadnie w marazm, szuka lepszej pracy i lepszego miejsca do życia i jedzie do Londynu. Ale za ludźmi, z którymi się spędziło dwa ciężkie miesiące, ludźmi, z których większość to prawdziwe perły, nie sposób nie tęsknić. Poza tym – całkiem poważnie łapie mnie syndrom byłego więźnia. To pierwszy krok do depresji albo alkoholizmu. Albo obu naraz.

Pływanie w zlewie

Syndrom byłego więźnia polega mniej więcej na tym, że po czasie spędzonym w więzieniu, gdzie każda godzina jest zaplanowana, a plan dnia egzekwowany stanowczo, po wyjściu na wolność czuje się zagubienie i coś na kształt delikatnego lęku. Mieszkanie w miejscu pracy i niemal pełna kontrola nad pracownikami, chciał, nie chciał, tworzy taką właśnie zależność. I od niej właśnie się uwalniam. Jak każdy Polak, średnio po dwóch miesiącach, szukający nowej pracy.
– Mamy taką tradycję, że każdego, kto odchodzi stąd, wrzucamy do zlewu – słyszę na wieczornej zmianie od Michała, byłego żołnierza, dzisiaj brygadzisty. Niektórzy z moich kolegów dyskretnie potakują. Mała panna S., która na chwilę przyszła z podczepionej pod moje miejsce pracy restauracji (zachwycając męską część pracowników swoją nieprzeciętną urodą) też z uśmiechem przyznaje, że jest taki obyczaj. – Rzeczywiście słyszałam coś takiego – zapewnia.
– To jakaś ściema – myślę sobie. – To niemożliwe. Kto by się na to zgodził? – jednak na wszelki wypadek szukam miejsca, na które odłożę telefon komórkowy i portfel z pieniędzmi na bilet do Londynu. Z Michałem nigdy nic nie wiadomo – w końcu to żołdak. Zorganizował pracę na zmywaku po żołniersku, co nie ułatwia życia, ale sprawdza się w tej pracy wyjątkowo.

W zlewie oczywiście nie ląduję, więc jednak to był żart. Jeden z wielu na zmywaku. Jeden z wielu żartów, pasujących raczej do prostych robotników, niż sztabu wykształconych ludzi, jakim przecież jesteśmy.

Kilkudziesięciu Polaków, Węgrów, Słowaków, Chorwatów i cholera wie kogo jeszcze, klnie niczym szewcy między zmywakiem a restauracjami. Przy czym bez względu na narodowość wszyscy klną głównie po polsku. Oczywiście ‘kurwa’ powtarzana na każdym rogu kuchni i zmywaka nie robi na nikim wrażenia. Ale kiedy idę z wypełnionym po brzegi resztkami jedzenia, ciężkim jak cholera okrągłym koszem, a z naprzeciwka idzie uśmiechnięty od ucha do ucha południowiec i piękną polszczyzną (!) mówi do kolegi lub koleżanki za mną ‘ssij pałę’ wmurowuje mnie w ziemię. Wiem oczywiście, że w ramach kawału, tej odzywki nauczyli ich polscy magistrowie rzuceni na zmywak i front kawiarni i restauracji – mimo wszystko te słowa w ustach obcokrajowca są szokujące. Podobnie jak „pokaż dupę”, czy “zrobić ci loda?”.
– Oni nie takie rzeczy mówią – to Ola, studentka o przepięknym głosie, która po wielu rozmowach dała się namówić na pewien eksperyment socjologiczny (o czym niedługo). – Tu w ogóle są takie raczej proste zabawy i żarty cokolwiek sztubackie. W dobrym tonie jest rzucić w kogoś frytką, kawałkiem jedzenia, albo ziemniakiem. Można dostać w twarz kawałkiem ciasta, albo zostać opryskanym płynem antywirusowym.

Pierwszy rzut frytką próbuję więc na Oli. Krótki ostrzegawczy okrzyk i frytka trafia w nogawkę przyszłej tłumaczki a dzisiejszej kelnerki. Uśmiech Oli wymyka się opisowi – bo jeśli o niego chodzi, Ola jest niemal Rayem Charles’em w spódnicy. Porównanie z muzykiem jazzowym nie jest przypadkowe, bo Oli zdarza się swingować (a właściwie zdarza się nie swingować), przy czym robi to takim głosem, jakby urodziła się w murzyńskiej rodzinie, w sercu Alabamy.

Później rzucam połówką zużytej cytryny w kelnera jednej z restauracji. Powracający owoc mija moje czoło o milimetry.

W innej części wielkiej sali jeden z moich kolegów lepi kulki ryżowe z resztek w garnkach, tak, jak się lepi śnieżki i rzuca innym po wcześniejszym ostrzeżeniu. Odruch łapania jest u człowieka tak silny, że nie ma twardziela, który nie spróbowałby ich łapać. A próbowaliście złapać kulkę z ryżu? Nie ma szans – w zetknięciu z ręką bryła rozpada się na setki ziarenek. Każde nieudane złapanie kwitowane jest soczystym przekleństwem. I śmiechem rzucającego.

Seks i papierosy

Znakomita część żartów leniwie krąży wokół tematu wzbudzającego w ludziach najwięcej emocji, czyli seksu. Przy czym nie chodzi tu o wysublimowane formy czerpania radości ze współżycia z kimś innym, ale wulgarne określanie czynności zmierzającej do zaspokojenia potrzeb na najniższym z możliwych poziomów (w rozmowach i żartach, oczywiście). I tak – menedżerka jednej z restauracji, opowiadała swojej koleżance o wieczorze spędzonym w towarzystwie jednego z pracowników. Choć może stwierdzenie ‘opowiadała’ jest tu pewnym nadużyciem. Przechodząc obok nich z wózkiem pełnym brudnych naczyń usłyszałem imię. Kiedy wracałem oddalone już od siebie koleżanki porozumiewały się bardziej gestami. Menedżerka porusza ręką przy ustach w dół i w górę, wypychając  językiem policzek. No dobra – już wiem, co robiła poprzedniego wieczoru.

Seks oralny w ogóle wydaje się modnym tematem rozmów w moim (byłym już) miejscu pracy. Rozmów i happeningów.
– Choć coś ci pokażę – słyszę od kolegi kucharza. To znany zgrywus i twardy (ponoć – nie wiem, nie piję) zawodnik w piciu. – Tak się tu bawimy. Gestem woła innego kucharza, Anglika. Kiedy stoją już obok siebie Anglik dostaje w twarz. I drugi raz.
– Kto jest twoim panem? (to po angielsku) – pada pytanie do Anglika. I znów uderzenie w twarz. – Kto jest twoim panem?!
– Ty jesteś moim panem – to Anglik
– Przywitaj się z Pawłem.
– Cześć Paweł – mówi Anglik.
– Bardzo dobrze. Na kolana! – ton Polaka nie znosi sprzeciwu. Anglik klęka i naśladuje stosunek oralny.
Całość ogląda kilku innych kucharzy – ubawionych sytuacją, choć wcale nią nie zaskoczonych.
– Co to, kurwa, było? – pytam po happeningu. Niewiele rzeczy w życiu wybiło mnie z rytmu w podobny sposób.
– Nic. Tak się tu bawimy – śmieje się Polak. – Poza tym on i tak jest pedałem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że na zmywaku obowiązuje coś na kształt kultury więziennej. Jeden z moich kolegów, mieszkaniec Manchesteru, pracuje tu już od sześciu lat. Jest kelnerem. Mijamy się kilkanaście razy w ciągu dnia i nieodmiennie wita mnie co rano słowami „yo, bro” i „żółwikiem” czyli uderzeniem pięścią w pięść. – Nienawidzę tej pracy – dodaje czasem. Wiem o czym mówi.

Bywa, że umawiamy się na papierosa w sekretnym miejscu. Warunkiem spokojnego spalenia jest ktoś wystawiony na czatach i zabezpieczający palącego przed wpadką, karaną postępowaniem dyscyplinarnym. Dogadujemy się świetnie, palimy po pół papierosa – szybko. W sumie zajmuje nam to ze trzy minuty, nie więcej. Za to możecie sobie wyobrazić, jak smakuje taki papieros! To dla mnie prawdziwa podróż sentymentalna do czasów licealnych, kiedy wyobrażałem sobie, że złapany na papierosie przez nauczyciela, wylecę ze szkoły.
Tu mógłbym wylecieć na pewno – wiem bowiem, że nie mogę palić w pracy, bo przeszedłem szkolenie przeciwpożarowe.

Dyplom ze szmaty

Szkolenia to konik Brytyjczyków. Każdy imigrant przechodzi ich w nowym miejscu pracy całą masę. Część z nich kończy się egzaminem. Inne – wyłącznie podpisem pracownika pod dokumentem pracodawcy. To taki rodzaj zabezpieczenia przed głupotą – wybaczcie – pracowników.

Brytyjskie stowarzyszenie drabiniarzy szkoli mnie przez cztery godziny z korzystania z drabiny. Rzecz pozornie prosta na Wyspach urasta do rangi sztuki. Szkolenie rozpoczyna się filmem propagandowym o młodym człowieku, który spadł z drabiny a dzisiaj jest sparaliżowany. Dalej jest część teoretyczna – pod jakim kątem drabina powinna być oparta o ścianę, jakie są rodzaje drabin, gdzie z których korzystać i ile osób może, a ile powinno jednocześnie pracować z drabiną. Prowadzi je – uwaga! – były żołnierz jednostek specjalnych. Część praktyczna idzie nieco szybciej, choć bardziej polega na oglądaniu drabin, niż na faktycznym z nich korzystaniu.

Całość jest zwieńczona egzaminem – teoria: 20 pytań. I praktyka – jak wymienić żarówkę w lampie znajdującej się pół metra nad wejściem do lokalu. Wymieniam razem z kolegą, bo długość drabiny wymaga, żeby pracowały z nią dwie osoby.

Egzamin zdaję na piątkę. Cóż… trochę wstyd, ale bałem się wyniku końcowego. Stowarzyszenie Drabiniarzy wystawi mi specjalny certyfikat – ze zdjęciem.
Potrafię również (po szkoleniach) wyrzucić śmieci, zebrać wymiociny, umyć zmywarkę przemysłową, umyć podłogę, wymienić płyn do mycia rąk, umyć ręce i prawidłowo zakręcić kran oraz wyczyścić stół kuchenny. W sumie podpisuję po szkoleniach kilkanaście dokumentów.

I nawet nie razi mnie to, że oprócz powyższych potrafię również zrobić analizę finansową przedsiębiorstwa, analizę dowolnego rynku, badania socjologiczne, przeprowadzić negocjacje dotyczące przejęcia dowolnej spółki, czy administrować serwerami pracującymi na linuksie. W tym konkretnym momencie ważniejsza wydaje się umiejętność sprzątnięcia podłogi po pawiu Brytyjczyka.

Razi mnie natomiast to, że moi koledzy i koleżanki, którzy pracują tu od wielu lat, mikrobiolodzy, inżynierowie, geolodzy, historycy czy magistrowie administracji podchodzą do tych szkoleń podobnie do mnie.
– Ludzie! Co się z wami dzieje?! – chce mi się wrzasnąć. Ale hamuję się, bo jakikolwiek objaw frustracji nie jest u angielskiego pracodawcy mile widziany.

Frustracje

Wstyd się przyznać, ale raz nerwy mi puściły. Widząc rozrzucone kartony na drodze, którą kilkadziesiąt razy dziennie pokonuję w ciężkimi śmietnikami, oraz poustawiane byle jak naczynia, nie wytrzymuję i mocnym kopniakiem wysyłam kartony w powietrze. Później przez kilkadziesiąt sekund krzyczę pełnią płuc do pracowników zmywaka i restauracji: – Używajcie do jasnej cholery mózgów! To nie boli!!!

To, co zrobiłem nie przynosi mi chluby, bo mojemu wybuchowi przygląda się – z politowaniem – mała panna S. Od niej dowiaduję się, że zdarzały się już chwile kryzysów niejednemu z nas. Później zbieram informacje o tym, jak puszczały nerwy innym.
Oto jeden z Węgrów, nie wytrzymując napięcia i pracując grubo poniżej swoich kwalifikacji rzuca w powietrze tace wypełnione brudnymi naczyniami i patrzy – razem z kolegami z pracy – jak lądują na ziemi.

Inny pracownik – Polak – którego zadaniem na ten dzień było nakładanie angielskim dzieciom lodów, obserwując jak kolejnemu z wielu dzieci w kolejce, lód wypada na podłogę (którą musiał od razu czyścić), krzyczy do nich po polsku: – Wypierdalać, kurwa!
Dzieci, oczywiście, niczego nie rozumieją. I do żądania ani myślą się zastosować.
Doskonale rozumiem te wszystkie frustracje prowadzące do wybuchów furii. Mnie kilka razy przy sprzątaniu apartamentów po gościach zdarzało się mówić do pustych ścian słowa, których dzisiaj raczej bym nie powtórzył. Bywało, że ciskałem po pokoju ciężkimi przedmiotami pozostawionymi przez gości. Gości, z którymi przez dwa miesiące starałem się dyskretnie i po cywilnemu (czyli nie w mundurku pracodawcy) rozmawiać.
– Właściwie, to jako kto pan tu pracuje? – dopytuje się dwóch starszych gentlemanów, których zaczepiłem niechcący przed jedną z restauracji.
– Na najniższym możliwym stanowisku – odpowiadam oschle. – Na zmywaku. I sprzątam po was pokoje.
– A skąd pan jest?
– Z Polski. I jestem dziennikarzem oraz ekonomistą.
– Naprawdę? To dlaczego pan pracuje na takim stanowisku w Anglii? – dopytują się.
– Głównie dlatego, że zdradziliście nas w 1939 roku – wiem, że moje burknięcie może być odebrane, jako niegrzeczne. Ale najwyraźniej trafiam na panów, którzy znaja historię najnowszą Europy. Przez 20 minut rozmawiamy o początkach II Wojny Światowej i brytyjskiej racji stanu. Argumenty mają silne, choć i tak uważam, że bliżej mi do honorowego podejścia w polityce. Japończycy swoją doktrynę w latach 30 i 40 XX wieku oparli na Kodeksie Bushido. Nie zdradzali sojuszników.

Listy

Emigracja już mi nie przeszkadza. Jednak wątpliwości czasem powracają – wówczas rozmawiam z moimi przyjaciółmi z Polski.
– Mojego maila możesz zamieścić w swoim tekście jako KOMENTARZ DO TEGO CO W KRAJU – to z listu Kasi, mojej przyjaciółki od lat licealnych, menedżera w instytucji finansowej. Korespondujemy o emigracji i o tym, co w Polsce. – Jeśli przyjdzie na mnie kolej bez wątpienia będę chciała skorzystać z twojego doświadczenia – pisze do mnie. – Na razie zmagam się z rzeczywistością w tym zaplutym kraju! A że rzeczywistość jest bankowa to wydaje się być wyjątkowo zapluta. No generalnie strach, bieda i nadwaga… normalnie starość, brzydota, obwisłe cycki. A tak poza tym, to walczę!!!

O emigracji pisze mi również Iza, którą już wspominałem. – Emigracja, niby nie brzmi groźnie, ale jakże tajemnicze to słowo – czytam w nocy. – Przyjeżdżasz tutaj czy gdziekolwiek indziej zostawiasz za sobą szmat swojego życia, w moim przypadku, 40 letniego i co? Nie masz zupełnie nic. Jedynie hart ducha, zacięcie i wielkie plany. Co dalej? – zadajesz sobie pytanie… Wiadomo: agencja pracy, mieszkanie, codzienność. Dostajesz pracę, niekiedy na telefon. Dziś pracujesz, jutro już nie – ale cieszysz się, bo będziesz miał z czego żyć, a tam, w Polsce, twoja rodzina,  twoje dzieci, czekają na pieniądze, które im wyślesz….. Dostajesz pierwszą wypłatę: 202 funty – cieszysz się, jak dziecko, bo tam, w ‘ojczyźnie’ na taką wypłatę musiałbyś pracować cały miesiąc. A tu proszę: tydzień i jest. Dzieci się cieszą, ty też. Tak mija kilka miesięcy, jest dobrze . I nagle rozmawiasz, jak co dzień, z dziećmi, z rodziną i słyszysz w słuchawce głos małego synka – “mamusiu dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego wyjechałaś? Wróć, tęsknię za tobą!!!!!”. I co? Zalewasz się łzami, masz wyrzuty sumienia! I zadajesz sobie pytanie – czy było warto? Dla tych marnych pieniędzy niszczyć psychikę własnego dziecka? Żeby płakało po nocach? Otóż ja już wiem: nie warto! Żadne pieniądze nie są w stanie przywrócić równowagi psychicznej moich dzieci! Dlatego to niby niegroźnie brzmiące słowo – emigracja – jest moim demonem i pozostawi ślad do końca życia mojego i moich dzieci!’

Ale na powrót do Polski nie stać jej – mimo największych chęci. Jedynie na Wyspie jest w stanie zagwarantować sobie i dzieciom dochód wystarczający na życie.

Dzieci imigrantów to wyjątkowo drażliwy temat. Ci, którym się uda, zabierają rodziny ze sobą. Choć często jest tak, że rodziny zostają, zaś do pracy przyjeżdża jedna osoba. Rzucona na obcą ziemię, pogrążona w samotności, szuka bratniej duszy, coraz bardziej rozluźniając kontakt z rodziną. Z czasem znajduje podobną duszę, dla zabicia smutku i samotności zaczynają mieszkać razem, budują nowy dom i nową rodzinę. Tamta – w Polsce – już nie liczy się tak bardzo, jeżeli jeszcze liczy się w ogóle. Emigracja ma sens wyłącznie wówczas, kiedy emigruje cała rodzina. Zaplanowana diaspora niemal z pewnością się nie sprawdzi. Dlatego dzisiaj Polskę opuszczają całe rodziny właśnie. Zaś urzędnicy brytyjscy witają te rodziny z otwartymi ramionami.
– Dzieci? Proszę bardzo – jeszcze dopłacimy. A jeżeli jeszcze jesteś coś wart, pomożemy ci się kształcić, zapewnimy godną emeryturę – słychać niemal w każdym urzędzie pracy Korony.

Dzieci Polaków na uchodźstwie są ich dumą. Każdy, nawet najmniejszy sukces, urasta do rangi zdobycia Mt. Everestu.

Michał (były żołnierz, dziś brygadzista ze zmywaka) chwali się w internecie świadectwem z czerwonym paskiem swojej nastoletniej córki. I słusznie – bo to duże osiągnięcie. W wieczornych rozmowach często ją wspomina. – Może ode mnie dostać, co chce – kwituje każdą z nich.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Michała byłem zdumiony jego wyjątkową troską nie tylko o córkę, ale także o Polskę – kraj, który jego właśnie, byłego żołnierza, któremu zdarzało się widzieć okropności wojny, delikatnie mówiąc kopnął w zadek. Pod lampą wisi biało czerwona flaga. Polska bije z każdego kąta.

Michał nie pozwala źle mówić o Polsce – ale nie tej dzisiejszej, lecz o Polsce walczącej z Niemcami, o Polsce powstającej z kolan po latach zaborów. O polskim wojsku, które dzisiaj praktycznie przestaje istnieć.

Patriotyzm Michała, nie ukrywam, imponuje mi. Ja wolałbym zapomnieć – on nie! Jest gotów walczyć o każde słowo i każdą formę polskości. Polska bez Michała – nie mam wątpliwości – jest zauważalnie uboższa.

Mario, córko Michała – możesz być dumna ze swojego ojca. Jest wspaniałym człowiekiem i wielkim Polakiem. Jest dzielny, mimo wad, których wspominać nie wypada.

Moje miasto

Niebo nad Londynem jest rozgwieżdżone, podobnie jak to, w West Sussex. Sen u przyjaciół należy mi się jak psu zupa. Szczególnie, że ostatnie dni pełne były emocji. Musiałem rozstać się z pracodawcą z powodów, których nie był w stanie zrozumieć. I pożegnać ludzi, którzy w Polsce mogliby być największym skarbem narodowym, a w Koronie Brytyjskiej są co najwyżej nitami, jeżeli w ogóle są zauważani. W dużej części na własne życzenie, ale to opowieść na kolejny wieczór. Przed snem jeszcze tylko ukłonię się mojej nowej ojczyźnie. I miastu, które urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Dobranoc Brytanio.

Polak w Londynie

Uczestnicy Marszu Imigracyjnego

 

Londyn żyje – oddycha. Ponad 9 mln mieszkańców to tylko część krwiobiegu tego wielkiego organizmu. Londyn połyka i trawi. To największe centrum finansowe świata, w którym rekiny finansjery bawią się na rautach, których koszt przekracza budżet niejednego państewka. To największe skupisko bezdomnych, których poranny spacer po uliczkach Soho kończy się przychodem bywa, że i rzędu kilkuset funtów.

Przyjazd do Londynu jest dla każdego Polaka mieszanką fascynacji i lęku. Fascynacji milionem twarzy, z których każda opowiada jakąś historię, każda jest skupiona na swoim problemie, a i tak potrafi odwzajemnić uśmiech rzucony w przejściu między jedną a drugą linią metra. Londyn wita lękiem o to, że najpiękniejsze plany i marzenia zostaną zmielone w tym tyglu, który wydaje się nie uznawać żadnych świętości.

Trzy lata temu Polacy stanowili tu trzecią co do wielkości grupę narodową – po rdzennych Brytyjczykach i Hindusach. Dzisiaj zaczynamy walczyć z Hindusami o drugie miejsce – i wiele wskazuje na to, że choć mieszkańcy Indii nie oddadzą pola bez walki, znaleźli sobie godnego przeciwnika. Nie ma więc możliwości, żeby – będąc w Londynie – nie spotkać kogoś znajomego, czy znajomego znajomego. Już pierwszego dnia policzyłem, że z moich byłych szkół i zakładów pracy mieszkańcami Londynu zostało 10 osób. O tych wiem na pewno – i z czasem planuję spotkać się z każdym z nich. Najdziwniejsze jest jednak to, jak bardzo Londyn chwyta każdego z nas w swoje sieci jeszcze na długo, zanim zdecydujemy się tu spróbować szczęścia i stabilizacji. To kwestia tych magicznych połączeń, które plotą nasze życia z życiami innych, nieznanych ludzi, o których istnieniu dowiadujemy się w ostatniej chwili. I którzy – spotkani – okazują się kolejnymi perłami wyrzuconymi z Polski.

Bosonodzy

Tylko jednej pasji Andrzeja Pilskiego, astronoma z Fromborka, cesarza skromności, który wychował kilka pokoleń młodzieży spędzających czas w stolicy Warmii (tak, to Frombork, a nie Olsztyn był stolicą Warmii) na obozach astronomicznych oraz w ramach programu „Wakacje w Planetarium”, nie potrafiłem do niedawna zrozumieć. Oto człowiek, który ponad 20 lat temu zupełnie mimowolnie zmienił moje życie – jeden z największych autorytetów i znawców meteorytów, czyli kamieni z nieba, które spadają na ziemię stając się gratką dla poszukiwaczy-pasjonatów i naukowców, nosząc w sobie tajemnice początków Układu Słonecznego i nie dające się z niczym porównać piękno – chodzi bez butów (choć nie jest szewcem!). To pasja, którą dzieli z nim kilkaset osób w skali Europy – przynajmniej tyle przyznaje się do chodzenia na bosaka w internecie. Bez względu na porę roku i pogodę, godny następca Kopernika odwiesza na kołku buty i bez nich wędruje do pracy, na spacery…

Z Andrzejem Pilskim mamy kontakt, głównie przez portale społecznościowe, na których ja chwalę się swoimi małymi osiągnięciami – on swoimi, które w równym zakresie dotyczą astronomii, podróży, co zachwytu nad pięknem przyrody. Nie mam wątpliwości, że zapytany o to, która planeta Układu Słonecznego jest najpiękniejsza, bez chwili zastanowienia się wskazałby Ziemię (choć większość ludzi szuka gdzieś dalej – zwykle mówiąc o Saturnie ze względu na jego pierścienie, Jowiszu, bo ma cztery widoczne księżyce, czy Wenus, bo jest jasna i nosi imię antycznej Bogini Miłości – z niezrozumiałych powodów nie uznając Ziemi za planetę).

Gdyby mi ponad dwie dekady temu ktokolwiek wspomniał, że po 20 latach będę mieszkał w Londynie i wciąż będę miał kontakt z szefem planetarium we Fromborku, uśmiechnąłbym się z politowaniem i popukał w czoło…

Astronom z wielu powodów jest częstym gościem na brytyjskim lądzie. A jego pasja pozwoliła mu poznać innych bosonogich mieszkańców świata, co nie pozostaje bez znaczenia dla dalszej części tej historii.
– Tego trzeba łapać szybko, bo twierdzi, że zaraz wyprowadza się do Neapolu. Jest polsko-niemiecko-angielski. Warto z nim pogadać – taką wiadomość od astronoma znajduję w skrzynce pocztowej trzeciego dnia pobytu w Londynie. To wiadomość po moim mimowolnym zachwycie nad bosonogą modą.

Kilkanaście godzin później kontaktuję się z Andrzejem Jamrozikiem, z dumą noszącym na królewskim lądzie imię Adrew. To czarująca osobowość i otwarty umysł. Ja chcę pisać o Polakach na wyspach, on nie ma nic przeciwko temu, żeby opowiedzieć w jaki sposób znalazł się tu, gdzie trafiło kilka milionów naszych rodaków. Jest – a jakże! – barefoot (bosonogi).
Na spotkanie umawiamy się w słoneczne południe w Soho Square Park, niewielkim parku na granicy tej jednej z najbardziej znanych dzielnic i ośrodków kultury w świecie.

Masażysta, ogrodnik, pantomimista

Krótka wymiana sms-ów i spotykamy się pod jednym z licznych niewielkich pomników w parku. Ja w ciężkich trekkingowych butach, które starannie wybierałem w Polsce uznając, że najlepsze obuwie to takie, w którym z równą lekkością pobiegnę, co będę mógł boleśnie kopnąć w razie potrzeby, albo pojechać motocyklem (w motocyklach biegi zmienia się nogą – lekkie buty nie zdają egzaminu). On z sandałami w ręku i na bosaka. Uśmiecha się całą szerokością ust i od razu wskazuje na moje obuwie: – No ale, jak chcesz być barefoot, to zdejmij buty – mówi.
– A co mi tam – myślę, rozglądając się dookoła. Otaczają mnie dziesiątki ludzi różnych nacji, w różnych strojach i z przedziwnymi ozdobami na twarzach. Moje bose stopy nie powinny nikogo razić w tym kolorowym tłumie. Poza tym – przecież nie przyszedłem w garniturze, lecz w jeansach i t-shircie. Siadamy na trawie, między studentami pobliskiego college’u. Wspólnie rezygnujemy z kawy w pobliskiej kawiarni – żaden z nas nie śmierdzi groszem, a w centrum Londynu kawa to kilkufuntowy wydatek, wydatek który boleśnie odczuwa się, kiedy w twarz zagląda głód. A to przecież możliwa perspektywa każdego nowicjusza na londyńskiej ziemi.

Andrzej nie ma oporów przed opowiadaniem o sobie. Przez chwilę zachwyca się moim szpiegowskim dyktafonem. Ustalamy: on mówi wszystko, ja zaś nie będę pisał o kwestiach zdrowotnych rozmówcy i sprawach, które pozostają zwykle w obszarze strzeżonej prywatności. Za tydzień chce wyjechać do Neapolu i zająć się pantomimą – to jego pasja i tym zajmował się w Niemczech i Austrii przed przyjazdem do Anglii. Tu jest ogrodnikiem i masażystą – zarabia znośnie. Na tyle, że w kilka tygodni mógł zaoszczędzić tysiąc funtów na podróż marzeń.
– Przyjechałem do Anglii po 15 latach życia w Niemczech – opowiada. Z Polski wyjechał, kiedy skończył być wychowankiem domów dziecka. Dlaczego? Jak wszyscy – z braku perspektyw. Matki nie pamięta, zna ją tylko z opowieści siostry. Zmarła na raka płuc, paliła. Ten fragment wyznań inicjuje płomień mojej zapalniczki rozpalający fajkę nabitą tytoniem.
– Wiesz, jestem masażystą – to później. – Poznałem w Niemczech wspaniałą kobietę, która mieszka koło Frankfurtu. Mieliśmy umowę: ja ją będę masował, a ona mnie nauczy angielskiego. Z wielu powodów zależało mi na tym, żeby tu przyjechać. Między innymi dlatego, że tu człowiek nie jest zostawiony samemu sobie.

Rozmowa z Andrzejem jest nieco zabawna – a to ze względu na jego lekkość przechodzenia na angielski i wtrącania do polskich zdań angielskich rzeczowników. To klasyczna przypadłość Polaków na brytyjskim uchodźstwie. Brzmi to trochę jak mieszanka cockneya (o którym za chwilę), polskich czasowników z najbardziej wulgarnej części słownika warszawskiej ulicy i polszczyzny z wierszy Zbigniewa Herberta, czy ks. Jana Twardowskiego.
– Mieszkałem w wielu krajach – opowieść Andrzeja przypomina nieco baśń z tysiąca i jednej nocy. – W Austrii, w Italii, trochę w Szwajcarii. Zajmowałem się pantomimą. Nawet w Grecji byłem. W końcu trafiłem do Londynu z kilkoma funtami w kieszeni i zaczynałem jako bezdomny.
Nie, nawet wówczas nie myślał o powrocie do Polski.
– Byłem w kraju dwa razy, raz jak mi ukradli paszport – wspomina. – Polska to piękny kraj, ale żeby tam pojechać trzeba wziąć długi holiday. Wrócić to bym nie chciał. Zresztą teraz jestem skupiony na Italii. Uczę się włoskiego i – jeśli się uda – zostanę tam. Jeżeli tu przyjadę to tylko ze względów zdrowotnych (Andrzej ma 52 lata i od jakiegoś czasu kłopoty ze zdrowiem – znam je, ale zgodnie z umową zasłaniamy je zasłoną milczenia).
I dalej: – Razi mnie w Polsce nietolerancja. O wszystkim co złe mówią tam „Żyd” albo „pedał”. O co chodzi z tymi Żydami i pedałami? Tu, na Wyspach Brytyjskich jest dużo lepiej pod tym względem.

Rozmawiamy o muzyce klasycznej. On jest miłośnikiem Verdiego, Rossiniego, Pucciniego. Muzyka wokalna skomponowana na dworach kolejnych dynastii angielskich mu nie odpowiada. To odwrotnie, niż w moim przypadku. Bo dla mnie prawdziwą przyjemnością jest Henry Purcell i msze Williama Byrda.

Również teatr brytyjski go razi. On – pantomimista – na wyspach nie zrealizuje się na pewno. Tu zdecydowanie króluje teatr shakespeareowski. Gra twarzą i ciałem, taniec – to nie do przyjęcia dla sztywnych Anglików.

Ja, wieśniak z Polski

Nie może się nadziwić, że jestem dziennikarzem. – Nie wyglądasz – wyznaje. – Opalona twarz, strój. Wyglądasz raczej na polskiego wieśniaka. Nie… nie chodzi mi o wieśniaka w złym ujęciu. Raczej o człowieka, który spędził całe życie na wsi. Ty masz coś z gypsy (włóczęgi – PP), free spirit (wolny duch – PP). Dziennikarz to raczej tamten facet – pokazuje palcem na młodzieńca w garniturze i pod krawatem. I szuka następnego porównania: – Już wiem, budowlaniec. Budowlaniec z Polski – rzuca.

To nie tylko kwestia ubioru – bo faktycznie marynarka i koszula z wyprasowanym kołnierzykiem jest w brytyjskim świecie dziennikarskim strojem obowiązkowym. Opaloną twarz zawdzięczam dwumiesięcznemu pobytowi nad Kanałem La Manche, w najbardziej słonecznym miejscu na całych Wyspach Brytyjskich. A przez osiem tygodni harówki na zmywaku  przerzuciłem i przewiozłem kilka ton brudnych naczyń i odpadów spożywczych. Sylwetkę mam niewątpliwie nieco bardziej atletyczną, niż osoba pisząca, czy prowadząca programy telewizyjne.

Rozmowę kończymy u niego w domu – w Penge, na przedmieściach Londynu w czwartej strefie biletowej. Po drodze opowiada mi o swoich początkach i angielskiej bezdomności. Wówczas spacer uliczkami Soho o 4.00 nad ranem był gwarantem posiłku. Bo w tym miejscu pijani Brytyjczycy zawsze gubią pieniądze. Zdarza się, że i po kilka funtów.

W Penge odwiedzamy Charity Shops– to sklepy organizacji charytatywnych, obowiązkowe miejsce odwiedzin wszystkich Polaków (i nie tylko) na dorobku. Warto wiedzieć, gdzie znajdują się te najbliżej domu.

Andrew nie jest pierwszym Polakiem, który pokazuje mi te sklepy. On, do tych w Penge, przyniósł rzeczy, których chce się pozbyć przed wyjazdem. Charity Shop to mieszanka polskiego sklepu z odzieżą na wagę, antykwariatu i komisu z mydłem i powidłem. Wszystko tu jest nieprzyzwoicie tanie. Prowadzą je organizacje charytatywne, które dochód ze sklepów przeznaczają na swoją działalność – jak raz działalność, m.in. dzięki której Polacy mogą wyjść z bezdomności.

Po kilku godzinach spędzonych wspólnie Andrzej obdarowuje mnie prezentami. To ręczniki, świeczniki, termos i sól do stóp (obowiązkowa dla barefooterów). Nie weźmie ich ze sobą do Włoch,  chce się całości pozbyć, a nie wszystko będzie sprzedawał.

Marmurowy świecznik biorę z przyjemnością, choć niezręcznie mi, że nie mogę za niego zapłacić. Przekażę go moim przyjaciołom Asi i Markowi, w których domu mieszkam. W odległej o 2,5 godziny jazdy dzielnicy Tottenham.

W (prawie) moim ogrodzie

Mój przyjazd do Londynu i zamieszkanie u Asi i Marka było obwarowane prostymi warunkami. Będę robił za ogrodnika i zajmował się warzywami i kwiatami, z których większość wydaje mi się egzotyczna, bo też i do tej pory miałem jedynie pojęcie, że istnieją. A o niektórych, że są smaczne. Oni wyjeżdżają do Polski.

W dzień przyjazdu przechodzę intensywny kurs ogrodniczy – ten kwiat podlewam wodą z dodatkiem tego nawozu. Tamten z dodatkiem innego. Przy tym sprawdzam wilgotność ziemi. Jak?
– To trzeba palce do ziemi włożyć – to Marek, którego wiedza o roślinach autentycznie mi imponuje. – Ten kwiat na noc trzeba schować na kilka godzin, żeby go światło nie budziło. Rano wyjmujesz i na słońce… Kurs kończy się zapisaną dużą kartką papieru. Jakoś to ogarnę!
Asia z Markiem są doskonałymi nauczycielami Londynu. I zdecydowanie ludźmi, których obecność uszlachetnia to miasto. To oni nauczyli mnie poruszać się w londyńskim metrze, co dla każdego nowo przybyłego Polaka może się wydawać (i jest, jako żywo!) trudne. A wystarczy uważnie patrzeć do góry – na znaki wskazujące która droga, do której nitki metra prowadzi, a która do wyjścia (way out), lub pod nogi, bo w niektórych miejscach do poszczególnych linii metra prowadzą szlaki oznaczone kolorem konkretnej linii. Sekret w tym, żeby wsiąść do pociągu jadącego we właściwym kierunku. I w odpowiednią linię metra.

Kolejna sprawa, która może przyjezdnych zaskoczyć, to kwestia kasowania biletów przed wyjściem z metra. Brytyjskie bramki wymagają legitymowania się biletem dwukrotnie – przy wejściu i wyjściu. Bilety jednorazowe bramka połyka, bilety dzienne oddaje z powrotem, zaś kartę Oyster obciąża za przejazd opłatą zależną od czasu spędzonego w podziemnej kolej i strefy biletowej wysiadającego. Nie, nie warto przechodzić przez otwartą już bramkę, nie zbliżając karty do czytnika. Wówczas system obciąży posiadacza „oysterki” siedmiofuntową opłatą. A to kilka przejazdów londyńską komunikacją.

Kwestia komunikacji miejskiej to podstawowy problem, z jakim zwracają się do mnie ludzie, którzy planują wyjazd z Polski do Londynu w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Bo koresponduję z kilkoma obcymi zupełnie rodzinami i parami w sprawie ewentualnej pomocy – przeprowadzenia za rękę przy załatwianiu podstawowych formalności.
Zdecydowałem się na to dlatego, że często Polacy trafiający do Londynu wpadają w sidła oszustów, którzy za, często sowite, wynagrodzenie obiecują złote góry a zamiast tego znikają z pieniędzmi.
Nie uprzedzają, że załatwienie numeru ubezpieczeniowego (NIN) wymaga osobistej obecności imigranta z paszportem – nie da się tego obejść. Podobnie, jak nie da się zdalnie założyć konta bankowego, czy zrobić kursów przyznających odpowiednie uprawnienia do pracy w budownictwie, czy służbie zdrowia. Z Polski to wszystko wygląda inaczej. Ale przecież jeszcze niedawno sam widziałem życie na emigracji w nieco bardziej różowych barwach.

Śladami legionistów

Pomysł pogotowia dla Polaków jest autorskim pomysłem Janusza Weymana, kolejnego Polaka, który osiadł na Wyspach razem z rodziną. To jedna z pierwszych osób – wówczas zupełnie dla mnie obcych – która kontaktuje się ze mną, jak tylko pojawiam się w Zjednoczonym Królestwie.

Kiedy przenoszę się do Londynu, dostaję zaproszenie do niego do domu. W Croydon, na przedmieściach Londynu poznaję Janusza osobiście. Przyszedł po mnie razem ze swoim kilkuletnim synkiem, którego w równym stopniu pasjonują średniowieczne miecze co gry komputerowe. Wcześniej kilka razy rozmawialiśmy z Januszem przez telefon. Wyjaśniał mi subtelności brytyjskiego rynku pracy, o których nie miałem pojęcia. Może to szczere przejęcie się losem obcego, w końcu, rodaka przekonało mnie, że jest starszy, niż w rzeczywistości. Cóż – on widział moje wywiady na youtube.
– Prawdę mówiąc myślałem, że jesteś wyższy – śmieje się. Telewizja przekłamuje. Nawet ta internetowa.

Do domu Janusza idziemy główną ulicą handlową Croydon. – To była droga do Londynu w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Tędy maszerowali legioniści – opowiada. Rzeczy, których się od niego dowiaduję, poznałbym pewnie dopiero po kilku latach mieszkania w stolicy Korony Brytyjskiej. Spacer uprzyjemniają nam sprzedawcy warzyw i owoców, którzy głośnymi i śpiewnymi okrzykami zachęcają do zakupów.

Nie mogę napisać o miejscu pracy Janusza. Tutejsze firmy wyjątkowo mocno dbają o to, żeby ich wizerunek nie został nadszarpnięty. A, choć o samej firmie Janusz mówi dobrze, dowiaduję się, że pracuje tam sporo Polaków. Polaków, który zbijają się w getta. Podobnie jak na zmywaku, który niedawno opuściłem, także w jego środowisku zdarzają się mniejsze i większe dramaty, związane ze zdradami, rozpadającymi się małżeństwami, tymczasowymi związkami.

Nie chcę mówić tego głośno, ale doskonale rozumiem tych wszystkich zagubionych ludzi. Janusz ma szczęście, bo mieszka razem z rodziną – uroczą żoną, synkiem i maleńką córeczką urodzoną już na ziemi Jej Królewskiej Mości Elżbiety II, czyli, właściwie Angielką z krwi i kości.

Rozmawiamy o Polakach na Wyspach. Łączą nas te same troski – o to, że jako imigranci jesteśmy rozproszeni i tak naprawdę nie możemy liczyć na wzajemną pomoc. A przecież wystarczyłoby, żebyśmy się trzymali razem. Organizacje polonijne to też raczej towarzystwa wzajemnej adoracji.
– Może byłoby dobrze zrobić coś na kształt pogotowia dla Polaków? – zastanawia się Janusz i ad hoc kreśli projekt, który – nie mam wątpliwości – zmieni nie tylko los świeżo przybyłych rodaków, ale także nasz nie najlepszy wciąż wizerunek na Wyspach. Pomysł jest genialny – dzielimy się obowiązkami. Jestem pewny, że jesteśmy na dobrej drodze.

Cockney

Nocą, po spotkaniu z Januszem, wybieram się na długi spacer po mojej nowej dzielnicy. Trochę poznaję teren, a trochę szukam guza. Wiem już, że polskie getta powinienem omijać, więc idę tam, gdzie w oddali majaczy mi grupa murzynów. Może naoglądałem się za dużo filmów, ale zaskakuje mnie ich przyjazne nastawienie. Siadam z nimi na murku i nabijam fajkę.
– Nie, nie ziołem. Tytoniem – odpowiadam na rezolutne pytanie jednego z nich, czy tym co się znajdzie w fajce będę chciał się podzielić. – Ale podzielić się mogę.
Przez chwilę słucham ich rozmowy. Rozumiem ledwie połowę, gadają w jakimś dziwnym slangu.
– To cockney? – pytam.
– Nie. A właściwie tak – śmieją się. – Taki nowoczesny.

Cockney to angielski slang mieszkańców londyńskich ulic oparty na rymach i podobieństwach słów z korzeniami sięgającymi XIX wieku. Chodziło w nim z grubsza o to, żeby zmylić policjantów słuchających rozmów ulicy. I tak, zamiast słowa „later” (później) mówiono skróconą wersję nazwiska „Christian Slater”, przez co zdanie brzmiało „See ya Slater” (do zobaczenia Slater), albo – później – zamiast „phone” (telefon) używano skrótu brzmiącego w długiej wersji podobnie „dog and bone”, co w zdaniu brzmiało mniej więcej „she is always on the dog” (ona zawsze wisi na psie). Dla osoby z zewnątrz nie miało to najmniejszego sensu, ale londyńska ulica świetnie się rozumiała. Dzisiejszy cockney oparty jest na podobnych zasadach. Przy czym ma swoje odmiany etniczne – wszak mieszkają tu mniejszości reprezentujące cały biedny świat.

Steve, czarny jak heban, urodzony na wyspach 30-latek, na co dzień pracownik sklepu, sączy piwo i cierpliwie, choć nie bez pewnego rozbawienia, uczy mnie przeklinać. I mówi, co się ze mną stanie jeżeli jestem z policji. Koniec w kanale to przyjemne zwieńczenie brutalnego gwałtu dokonanego przez sześciu rosłych murzynów na mnie i moich najbliższych. Nie, nie jestem z policji.
– Nie jest, kurwa. Słychać, że dopiero przyjechał – nieco jaśniejszy Mehmed podsumowuje mój jeszcze nietutejszy akcent.

Kończę fajkę i idę do domu. I niespodzianka – po raz pierwszy odkąd jestem na wyspach trafiam na patrol policyjny, który mnie legitymuje. Trafiam, bo zapominam, że obowiązuje tu ruch lewostronny i niemal wpadam pod radiowóz przebiegając na czerwonym świetle.
Panowie spokojnie proszą mnie o paszport. Tak, mam go ze sobą, bo wyjątkowo – mimo ciepłego lata – na spacer poszedłem w kurtce. Policjant przegląda mój paszport tak powoli, że gdybym miał coś na sumieniu, już miałbym pełne spodnie. Chyba ich tu szkolą z przeglądania paszportów i podejrzliwego spoglądania na rozmówcę.
– Wszystko jest w porządku – odpowiadam na pytanie, czy nic złego mnie nie spotkało. Dalej muszę cierpliwie wysłuchać lekcji podstaw ruchu drogowego. I, wolny, wracam do domu moich przyjaciół.

Zdecydowanie to jest mój kraj i tu się zestarzeję – obiecuję sobie. Gwiazd na Brytanią dzisiaj nie zobaczę, bo londyńskie niebo zaciągnięte jest chmurami. Ale tradycyjnie powiem dobranoc krajowi, który stanie się ojczyzną moich dzieci. Mam nadzieję, że wszystkich. Dobranoc Brytanio.

Czarny Londyn, polski Londyn

3panów - Coppers-Kissing-Banksy-Wallpaper

 

Mija już drugi tydzień, odkąd poznaję Londyn oczami Polaka. Mam nowych przyjaciół i wtapiam się w kolorowy tłum kolejnych dzielnic. Jak przystało na Polaka na emigracji, szukam naszych akcentów. Radują mnie nawet bary z pierogami (za którymi nota bene nie przepadam). Ale nie opinia, jakiej się Polacy w Londynie dorobili, choć może to kwestia rozmówców, na których trafiam.

Krótka charakterystyka pracy jest mniej więcej taka, że będę się zajmował marketingiem. Albo analizą. I dobrze, bo to pierwsza odpowiedź po kilkudziesięciu wysłanych ofertach pracy. Zanim się nauczyłem jakie CV robi wrażenie na angielskich (i nie tylko) pracodawcach w Tamizie upłynęło niemało wody.

– Jesteś z Polski? – słyszę w słuchawce telefonu zaraz po zapoznaniu się z moimi nowymi obowiązkami. No nie, tego jeszcze nie było. Rozumiem, że gdyby mnie widział, to mógłby coś powiedzieć. Ale przecież rozmawiamy po angielsku. I, na Boga, nie mam już chyba fatalnego słowiańskiego akcentu?

Akcent, zarost, buty… Polak

– Zanim do tego dojdziemy, to chciałbym się dowiedzieć, czy jest jakiś problem, z tym, że jestem. A co jeśli nie? – pytam. To już zaczepnie. W Zjednoczonym Królestwie podejrzenie o dyskryminację ze względu na cokolwiek jest dla pracodawcy grzechem śmiertelnym. Jeszcze na zmywaku zbyt głośnego managera można było zgasić krótkim pytaniem: „krzyczysz na mnie, bo jestem Polakiem?”. Nie potrafiłem sobie wyobrazić reakcji na podobne pytanie akcentujące na przykład niepełnosprawność, czy upodobania seksualne.

– Masz polski akcent – głos w słuchawce dobija się przez dochodzący zewsząd szum ulicy. – Nie mam z tym problemu. Pracowałem z wieloma Polakami i Rumunami, nie mogę się na was skarżyć. Poza tym, w twoim CV jest zdjęcie, a tam już zupełnie wyglądasz na Polaka. Oddzwonię za pół godziny. Jesteś chyba na ulicy, bo jest bardzo głośno.

Pół godziny to dla mnie wystarczająco dużo, żeby dotrzeć do domu moich przyjaciół, w którym się zatrzymałem.

Już w domu uważnie oglądam zdjęcia. Nie mam do siebie obiektywnego stosunku – to oczywiste. Ale przenigdy nie podjąłbym się oceny narodowości po samym zdjęciu. Chodzi o kolor włosów? Ok – rysy twarzy i włosy mam słowiańskie, ale równie dobrze mógłbym być Słowakiem, Czechem, Rosjaninem czy Ukraińcem.

– Z niewiadomych powodów z całej Europy Środkowej i Wschodniej jedynie Polacy uznają za modne chodzenie z kilkudniowym zarostem – dowiaduję się, kiedy odbieram telefon po raz kolejny. Fakt, na zdjęciu mam zarost. Na co dzień też lubię chodzić niedogolony. Wydaje mi się, że dzięki temu wyglądam poważniej. Wstyd się przyznać, ale zdarza się, że dają mi 25 lat. Ja wiem, niejedna pani by mi zazdrościła, ale u mężczyzn to działa inaczej. Lubimy sobie wyobrażać, że starzejemy się jak wino.

– Generalnie większość mężczyzn w Europie goli się codziennie, albo zapuszcza brodę – to dalej. – Tylko Polacy mają tendencję do takiego wyglądu. Można was jeszcze poznać po butach. Ale tego oczywiście ocenić nie mogę.

Szczegółowe zasady współpracy dostanę mailem. I dobrze. Wiem to już, więc cierpliwie zaczekam na list. Generalna różnica między polskim a brytyjskim modelem biznesu jest taka, że tu dotrzymuje się słowa. Nawet odmowy są uprzejmie – a najważniejsze, że po prostu są.

Po rozmowie siadam przed wiadomościami BBC. Nie dlatego, że chciałbym wiedzieć co się dzieje – to już sprawdziłem czytając poranne gazety. Muszę popracować nad językiem. I akcentem. Nie tylko ze względu na to, że chciałbym się wtopić w Londyn i Wyspy Brytyjskie.

Polski ośrodek

Język, którym się posługujemy wpływa na nasz sposób myślenia. Na przykład we francuskim, obfitującym w synonimy i słowa o podwójnym znaczeniu możemy pozwolić sobie na liczne niuanse dyplomatyczne. Język japoński, gdzie znaczenie słowa określane jest za pomocą intonacji wymaga ciągłej uwagi i panowania nad emocjami. Wiele poziomów uprzejmości zmusza dodatkowo rozmówców do natychmiastowego umiejscowienia się w hierarchii społecznej.

Język polski nie jest ani podobny do francuskiego, ani do japońskiego. Nie jest również tak śpiewny jak rosyjski. Wydaje się nieco twardszy, choć z pewnością wystarczająco wieloznaczny do delikatnego obrażenia rozmówcy, czy wyrażenia wątpliwości nie wprost. Na ile wpływa na naszą mentalność? Wydawałoby się, że powinniśmy być z niego dumni, bo przetrwał zabory i okupacje. Przetrwał przymusowe rusycyzowanie, które od lat 40. minionego wieku ciągnęło się niemal do początku obecnego stulecia. Wciąż jeszcze polska ulica (również ta w Londynie) używa rynsztokowego języka, w którym znajdują się rusycyzmy. I, bezspornie, większość Polaków daje się rozpoznać po akcencie, nawet wówczas, kiedy mówią wyłącznie po angielsku.

Polska obecność w Londynie w ogóle na pierwszy rzut oka wydaje się… pogodna, zeby nie powiedzieć, że czasem bawi.

Gdzie można skierować swoje kroki po wyjściu z dworca Victoria na drugi, trzeci dzień po wylądowaniu w jednej z najważniejszych stolic świata? Naturalnie do Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego.

Nie jest blisko, ale trafić można – jeśli się oczywiście opanuje londyńskie metro.

Do POSK-u trafiam późnym popołudniem. W recepcji wita mnie ciepło starsza pani.

– Proszę przyjść trochę wcześniej, a na razie proszę się rozejrzeć. Tam mam wystawę, tu są przewodniki dla Polaków w Londynie, gazety Polonii, proszę sobie wziąć – mówi. I dalej: – A jak już się pan zmęczy, to proszę pójść do kawiarni na kawę.

Z plecakiem pełnym informatorów i gazet (a jakże! Po polsku!) wędruję do kawiarni, gdzie zamawiam herbatę. Wystroju kawiarni nie można pomylić z niczym innym – to musi być polski lokal! Czysto i schludnie, ale jednak to mieszanka GS-u, Cepelii i restauracji z małego miasteczka. Gdyby jakimś cudem ktoś przeniósł ten lokal do Soho, też bym się nie pomylił. Zamawiam herbatę i czekoladę na gorąco (napój obowiązkowy, jeśli chcecie przyoszczędzić na jedzeniu – Wyspy są na początku trochę jak Himalaje, trzeba oszczędzać i siebie, i funty).

– Kto jest… hmm…. autorem wystroju? Kto to wszystko zaprojektował? – pytam młodziutkiej barmanki (do której inna, z niewyjaśnionych powodów zwraca się per „ty, stara”; barmanka nie woła na koleżankę „młoda”, nie jest to kwestia stażu i wieku). Dookoła mnie siedzą goście, najczęściej nad talerzami z polskimi daniami. Jest schabowy, pierogi, flaki. Barmanka patrzy na mnie jak na durnia.

– Słucham? – podnosi brwi. Powtarzam więc, wyjaśniając, że przez wystrój rozumiem ogólny wygląd wewnętrzny lokalu.

– Nie wiem, jak tu przyszłam, a było to dość dawno temu, to już wszystko tak wyglądało – głową pokazuje otoczenie. I nie, nie ma kogo zapytać. Nikt nie pamięta i tak. Zaniechuję więc wnikania, czy to co widzę, jest zamierzonym efektem, czy może eksplozją ukrytej tęsknoty ekipy remontującej lokal za ziemią ojczystą.

Herbatę i czekoladę spożywam sam uważnie przyglądając się obecnym. Przewodnik dla Polaków zdradza, że jestem nowy, więc spojrzenia, które mnie omiatają wyrażają raczej politowanie.

Chodząc polskimi ścieżkami (czyli ścieżkami, które musi przejść każdy Polak szukający pracy w stolicy Królestwa) dowiaduję się od czarnych i Rosjan, że w świecie robotniczym nie jesteśmy jako naród za specjalnie lubiani. Powód? Nie potrafimy się zżyć z sąsiadami i współpracownikami. I nie pomagamy sobie nawzajem – ale to akurat zauważyłem już wcześniej. Nie angażujemy się w życie lokalnych społeczności. A ono odgrywa w Londynie niebagatelną rolę.

Cesarz na pamiątkę

Dzięki stowarzyszeniom działającym w Tottenham, dzielnicy której mieszkam, raczej czarnej (choć nie tak czarnej, jak sąsiednia Seven Sisters) domagającym się od lokalnego samorządu poszanowania wszelkich praw (choć akurat prawa społeczności są tu szanowane. Może za krótko tu jestem, żeby zauważyć zgrzyty) poznaję Sandrę z Jamajki, która sprzedaje w sklepie z ozdobami rasta. Sandra jest Jamajką i trudno odmówić jej urody, nie wiem więc do końca, czy wchodzę do sklepu rasta ze względu na nią, czy na moją słabość do muzyki reggae i całej historii ruchu rastafarian.

Biały nie jest w sklepie częstym gościem, więc nie mam wątpliwości, że dla personelu stanowię odmianę. Przez chwilę rozmawiamy z Sandrą o Hajle Sellasie I, ostatnim cesarzu Etiopii.

Obraz Hajle Sellasie I Polacy znają przede wszystkim z książki Ryszarda Kapuścińskiego „Cesarz”. I nie jest to obraz najlepszy – nie jest prawdę mówiąc nawet sprawiedliwy. Cesarz formalnie miał kilka tytułów – Zwycięskiego Lwa Plemienia Judy, Wybrańca Bożego, Króla królów Etiopii. Już sama litania, którą wymieniam jednym tchem robi na mojej rozmówczyni wrażenie. Dodaję, że jego drzewo genealogiczne dowodzić ma, że był w linii prostej potomkiem króla Salomona ze związku z królową Saby, Makedą, którego to związku echa przebrzmiewają w biblijnej Pieśni nad Pieśniami.

– Skąd to wiesz? – pyta mnie i gestem proponuje wypalenie skręta.

– Nie, nie palę zioła – mówię i wyjaśniam, że czytałem biografię cesarza Etiopii. Na zmianę wygłaszamy fragment przemówienia Hajle Sellasie I w Lidze Narodów, które stało się jednym z kluczowych tekstów literackich w Afryce. To nietrudne, bo przemówienie niemal bez zmian wykorzystał Bob Marley, pieśniarz z Jamajki (i trochę z Londynu) w jednej z piosenek. Wychodząc dostaję od Sandry niewielki plakat z Hajle Sellasie I – przez rastafarian jest traktowany jako jedno z wcieleń Boga. Zostawię go moim przyjaciołom Asi i Markowi, w których domu się zatrzymałem. Kilka dni później sklep jest zamknięty – o ile rozumiem wywieszoną kartkę, to przez policję.

Zaproszenie

Może to nastrój, w jaki wprawiła mnie rozmowa, może niewielki podarek a może w końcu wyjątkowo słoneczne popołudnie – kolejne w ciągnącej się od miesięcy serii ciepłych dni w Londynie i jak zapewnia BBC, najcieplejsze od 250 lat – ale uśmiechem odpowiadam na uśmiech Jennifer, czarnej jak smoła i pięknej mieszkanki Ghany. Nie lubię być zaczepiany na ulicy, zwykle odchodzę od intruza nie interesując się specjalnie, co chce ode mnie dostać lub pożyczyć. Nie mam nic do dania – muszę się skupić na swoich dzieciach.

Ale nie, Jennifer nie chce ode mnie niczego. Podchodzi i po prostu rozmawiamy. Dlaczego? Mam krzyżyk na szyi, który wystaje spod rozpiętej koszuli. No tak, w tej dzielnicy nie jest to zbyt częste. Właściwie mijam tu przede wszystkim ludzi, których religią jest zabawa. Oraz muzułmanów i ortodoksyjnych Żydów. Tak sobie zawsze wyobrażałem Jerozolimę przed upadkiem – żyją w zgodzie, choć przed wyjazdem z Polski na silnym fundamencie telewizyjno-radiowym wyrobiłem w sobie przekonanie, że przedstawiciele tych dwóch religii zwalczają się w każdym miejscu świata. My z czarną Jennifer dzielimy wiarę w Chrystusa, tyle że ja jestem katolikiem, a ona członkiem jednego z setek kościołów poprotestanckich.

Jennifer jest na Wyspach od ośmiu lat. Wcześniej mieszkała w Holandii. Ale pochodzi z Ghany.

– Wiem skąd wzięła się wasza flaga – wyrywa mi się. Akurat tę wiedzę miałem szczęście kiedyś zdobyć, ale musiałem ją sklasyfikować, jako obszar zupełnie nie przydający się w życiu do niczego.

Flaga Ghany (w kolorach flagi Etiopii) ma w środku pięcioramienną czarną gwiazdę. Czarna gwiazda była z początku symbolem kompanii przewozowej Black Star Line, której statki miały umożliwić potomkom Afrykańczyków powrót z Ameryki Łacińskiej i Północnej na kontynent przodków (w przeciwieństwie do linii White Star Line, której zamierzeniem były rejsy z Europy do Nowego Świata z emigrantami ze Starego Kontynentu). A krajem, który miał przyjmować wszystkich z otwartymi ramionami była Etiopia pod rządami Hajle Selassie I (sami widzicie, że nie jest to postać bez znaczenia w niemal czarnych dzielnicach Londynu). Mimo że jedyny statek, jakim dysponowała kompania przewozowa utonął w drodze do Ameryki, czarna ludność Afryki, USA i Ameryki Łacińskiej szybko okrzyknęła cesarza Etiopii zbawieniem potomków niewolników. Linia Black Star Line należała zaś do Marcusa Garveya, uznanego przez czarnych za proroka, który przewidział intronizację Hajle Sellasie I.

Jennifer zaprasza mnie na niedzielę na spotkanie ze swoją rodziną. Właściwie, to i tak nie miałbym co robić, więc z chęcią się zgadzam, choć taka otwartość jest dla mnie niepokojąca – w Polsce nie zaprasza się obcych na rodzinny obiad. Chyba, że ma się do nich interes.

Biały diabeł

Wyjaśnienie mojej sytuacji rodzinnej zajęło mi kwadrans. Ale zrobiłem to na wypadek, gdyby otwartość Jennifer wynikała z chęci zamążpójścia i naturalizowania się na Wyspach Brytyjskich. Rodzina Jennifer przyjęła mnie modlitwą prowadzoną przez równie czarnego, jak moja nowa koleżanka, pastora. Położył mi rękę na ramię i cytował Biblię, co jakiś czas dodając alleluja, na co pozostali odpowiadali amen. Gdybym powiedział, że czułem się komfortowo, musiałbym skłamać. Byłem jedynym białym w tym licznym skądinąd towarzystwie, a małe dzieci, które zeszły z kolan Jennifer traktowały mnie z dużą ostrożnością. Jestem przekonany, że byłem dla nich białym diabłem. Jednak byłem diabłem, do którego szybko się przekonały, bo po godzinie przybiliśmy sobie piątki przy aprobacie ich mamy – siostry Jennifer. Zostałem dla rodziny bratem – cokolwiek to dla nich znaczy.

Wieloletni mieszkańcy Tottenham mówią ostatnio o Banksy’m, o którym do przyjazdu do Londynu nie miałem zielonego pojęcia.

– No co ty, nie znasz Banksy’ego? – to Asia przed wyjazdem na urlop do Polski. – Maluje sławne graffiti, jest artystą. Jedno z jego dzieł było na Tottenham.

Dzisiaj już wiem kto to jest. Dzieło artysty z Tottenham sprzedało się za grube miliony za oceanem. Banksy to pseudonim Anglika, aktywisty politycznego, reżysera i malarza, którego sztuka – nie mam co do tego wątpliwości – jest solą w oku władz całego zachodniego świata, gdziekolwiek nie wybierze się malować.

Postrach konsumpcji

Sprzedane graffitti przedstawiało małego chłopca nad maszyną do szycia, z której wychodziły brytyjskie flagi – aż nazbyt wyraźne nawiązanie do wykorzystywania pracy dzieci przez brytyjskie firmy. Inne – dwóch londyńskich policjantów w charakterystycznych hełmach namiętnie się całujących. Jeszcze inne – nowojorski policjant pochylający się nad ścieżką kokainy. I to wszystko robione pod czujnym okiem milionów kamer przemysłowych, którymi Londyn jest naszpikowany. Policjanci otwierają listę instytucji, które ścigają Banksy’ego, określając go – bywa – terrorystą.

Przekaz Banksy’ego jest jasny – nie pozostawia suchej nitki na społeczeństwie konsumpcyjnym.

Przez komunikatory i portale społecznościowe sprawdzam stan wiedzy moich znajomych o Baksy’m. Żaden – pierwsze słyszą. Wysyłam zdjęcia jego prac. Nie wiem, jak to się stało, że media głównego nurtu w Polsce cierpliwym milczeniem pominęły takie zjawisko (pisał o nim m.in. The Washington Post). Być może dlatego, że polski naśladowca, gdyby miał choć część ostrego spojrzenia artysty, mógłby pociągnięciem spraya skończyć kadencję obecnego rządu.

Niedzielną wędrówkę ulicami Londynu kończę na mszy dla Polaków w parafii katolickiej w Seven Sisters. To moja druga msza na Wyspach Brytyjskich. W czasie pierwszej, jeszcze w Bognor Regis, wierni wysłuchali kazania z nawiązaniem do Arystotelesa. Chyba niepotrzebnego, bo na twarzach większości wiernych zrozumienie uparcie świeciło nieobecnością.

Kazanie w Seven Sisters ma zupełnie inną naturę. Ksiądz w żołnierskich słowach mówi o chciwości. Nie tylko chciwości ludzi bogatych, ale również tych, którzy – podobnie do mnie – wiodą ciężkie życie imigranta. Nie mam wątpliwości, że ta parafia, jak każda, może być centrum polonijnym. Szczególnie, że po mszy ksiądz zaprasza wiernych… na herbatę. Nie wszystkich – tych, którzy chcą wypić herbatę i porozmawiać. Wszystkich żegna przed wejściem do kościoła. Odchodzę w milczeniu. Mnie pożegna dzisiaj coś innego – rozgwieżdżone niebo nad północnym Londynem. Być może uda mi się zobaczyć spadającą gwiazdę – w końcu zbliża się maksimum roju Perseidów. A już kilka osób mówiło mi, że udało im się zobaczyć wyjątkowo jasne meteory.

Ciekawe, czy pod brytyjskim niebem są jaśniejsze – tak, jak wszystko tu jest jaśniejsze niż w Polsce.

Niedoskonali

3panów - Big Ben

 

„Rozpowszechnienie się światła nauki objawiło już wszystkim ten namacalny fakt, że ludzkość w swej większości nie narodziła się z siodłem na grzbiecie, ani też uprzywilejowana mniejszość nie przyszła na świat w butach jeździeckich z ostrogami, gotowa korzystać z danego przez Boga prawa do ujeżdżania reszty.”

Te słowa Thomasa Jeffersona, prezydenta USA, które padły dość dawno temu najwyraźniej nie dotarły do Polski – takie odnoszę wrażenie z rozmów, które przez telefon, czy z wykorzystaniem komunikatorów internetowych odbywam z bliskimi i przyjaciółmi, którzy zostali w Polsce. Choć może lepiej, żebym mówił, że jeszcze nie wyjechali. Bo po trzech miesiącach z kawałkiem mojej brytyjskiej emigracji coraz trudniej mi znaleźć argumenty dla rodziny i przyjaciół za pozostaniem w Polsce, czy dla siebie za powrotem do ojczyzny. Tym bardziej, że w domenie Elżbiety II krzywda ludziom raczej się nie dzieje. Wprost przeciwnie – są nawet specjalne jednostki policji, których jedynym zadaniem jest pomagać. Przy czym nie chodzi tu o pomoc, jakiej doświadczyłem na warszawskich ulicach na jednym z Marszu Niepodległości, kiedy jeden z policjantów celował do mnie z karabinu na gumowe kule, a drugi zamierzał się pałą. Ci brytyjscy wytłumaczą jak trafić pod wskazany adres, podniosą z chodnika rozochoconego piwem imigranta, któremu właśnie uciekł spod nóg chodnik. A jeśli trzeba, to zabandażują krwawiącą rękę.

No dobra, nie piszę nic złego o polskich policjantach – w końcu ani nie dostałem gumową kulą, ani pałą. Panowie w mundurach litościwie, choć nielekko, popchnęli mnie twarzą na samochód.

Strugaccy 2013

Londyn jest miastem dziwaków. Doprawdy nie wyobrażam sobie, aby gdziekolwiek w świecie mogło na niewielkim, w sumie, obszarze zgromadzić się tak wiele różnorodnych charakterów podkreślających na wszystkie możliwe sposoby swoją odmienność. Odmieńców – zakolczykowanych, z rozciągniętymi uszami, wytatuowanych w sposób, który w Polsce widziałem wyłącznie w programach telewizyjnych dla dorosłych – jest tak wielu, że właściwie wyróżniam się z tłumu.
Zresztą, już w pierwszych tygodniach ten londyński tłum wydaje się jakiś dziwny. I nie – nie z powodu wyglądu. Do różnorodności w takim natężeniu można się łatwo przyzwyczaić.
– Coś tu jest nie tak – pewnego słonecznego popołudnia łapię się na tym, że gadam do siebie pod nosem na zatłoczonej stacji metra. – Coś tu się dzieje, co wymyka się percepcji Polaka – dalej myślę już po cichu. I wiem! Mam to!

W normalnym dniu, żeby przejść przez stację warszawskiego metra najlepiej mieć ze sobą ciężką torbę. Laptop z 15-calowym monitorem i wzmacnianą metalem obudową jest najlepszy. Do tego podręcznik komputerowy, lub ilustrowana Biblia. Te kilka kilogramów zwiększa masę pasażera, który, co kilka sekund, jest potrącany przez innych. Przy dużej determinacji i odpowiednim ustawieniu potrącający odbijają się i względnie stabilnie można dojść do pociągu lub do wyjścia z metra. Nie daj Boże brać ze sobą kilkuletnie dziecko na taki spacer!

W Londynie przez pierwszy miesiąc nie potrącił mnie nikt. Czuję się trochę jak bohater powieści „Niedoskonali” Arkadija i Borysa Strugackich. Tam też akcja działa się w świecie, w którym generalnie rzecz ujmując, ludzie nie wchodzili sobie w drogę.
– Zrobię eksperyment. Zamienię się w dziwaka i przez kilka dni będę liczył zderzenia z ludźmi. Albo ich brak – planuję. – W końcu żadne dziwne zachowanie nie jest nad Tamizą dziwne, dopóki nie zaczyna stwarzać zagrożenia dla ogółu.

Pierwszego dnia próbuję się z zatłoczonymi stacjami londyńskiego metra. Nic – w tajemniczy sposób ludzie mnie omijają. Zupełnie jakbym był w szklanej bańce. Próbuję kilkukrotnie, za każdym razem nieco zwiększając tempo marszu. Tnę równo, prosto w pasażerów, bez względu na ich wiek i płeć. Jedno potrącenie.
– Przepraszam – słyszę za plecami. A kiedy się odwracam widzę uśmiechniętą twarz jakiegoś, na oko, pięćdziesięciolatka. Też go przepraszam. W końcu to tylko eksperyment.
Na stacji Victoria, obowiązkowym przystanku każdego Polaka przyjeżdżającego do Wielkiej Brytanii próbuję przejść przez tłum z zamkniętymi oczami. Trafiam w kogoś ramieniem i słyszę „kurwa, uważaj”. Dobra, to nasi.
– Ok – odpowiadam im i nie wdaję się w dyskusję. Widzę, że dopiero przyjechali. Przed nimi pierwsze dni, w których będą się czuli zagubieni i pewnie podrażnieni. Bez względu na to, jak się na swoją emigrację przygotowali, z Wysp już nie wyjadą. Jeżeli w ogóle to z pewnością nie przed rokiem.

Język nasz ojczysty

Wyraz „kurwa” pełni na Wyspach Brytyjskich szczególną rolę. Trochę podobną do tej, jaką pełnił w filmie „Seksmisja”, będąc hasłem uruchamiającym windę do wolnego świata. Jeżeli w czasie rozmowy z Polakiem, rodak nie rozumie, co do niego mówisz (po polsku – jak najbardziej!) wystarczy wtrącić królową językowego rynsztoka i już wszystko wraca do normy.

To oczywiście nie dotyczy bezwzględnie każdego Polaka. Kilka dni wcześniej na dworcu Victoria spotykam się z Olą, którą poznałem na zmywaku. To jedna z niewielu osób, z którą utrzymuję mniej więcej ciągły kontakt po wyjeździe z angielskiego obozu pracy dobrowolnej. Ola jest zdecydowanie tą częścią Polski, która Zjednoczone Królestwo wzbogaca. I jeżeli nawet przeklina, to nie zwróciłem na to uwagi.
„W zeszłym tygodniu zostałam zmuszona do wejścia na kolejny poziom upokorzenia – robiono mi testy na narkotyki, wobec tego, sikałam do kubka. Na koniec zmiany przyszedł po mnie ochroniarz i zabrał do HR’u, gdzie dostałam notkę od gościa od drug testów na co będę testowana. “Jeśli się Pani nie chce, to tutaj ma Pani wodę.” Powiedział nieco zakłopotany, chociaż przecież dla niego to chleb powszedni i nie powinien być speszony – pisze mi wcześniej w jednym z listów. – W sumie, to trochę nie mogłam w to uwierzyć. Podobno wybierali na chybił trafił pulę pracowników i akurat mi się trafiło, chyba to jakiś aparat terroru. Chodziło o to, żeby się rozeszło, że robią drug testy i że każdego to może spotkać. Przynajmniej tak myślę, bo podobno ludzie niektórzy lubią sobie tu poćpać. No nic, nie mój problem, szkoda, że moje upokorzenie. Sikasz sobie do kubka, a facet stoi za drzwiami i czeka. To sobie wyobraź emocjonalną otoczkę tego wszystkiego. Zaraz Cię tez dopada myśl, że może dlatego że jesteś z Polski to Cię biorą, albo że totalnie Ci nie ufają, albo że wyglądasz jakbyś ćpał”.

Mnie testy na narkotyki ominęły. Pewnie angielski pan uznał, że skoro mam już cztery dychy na karku, to nie w głowie mi przygoda z narkotykami. Bezspornie jednak te testy są efektem wieloletniej pracy nad opinią o Polakach, którą w mozole wykonywali moi rodacy.

Kiedy szybko analizuję postawę i dane dotyczące Polaków w Zjednoczonym Królestwie, wiem, że rzeczywiście zdarzają się nam przygody z narkotykami. Alkohol w nadmiarze to także nie jest rzadkość, choć nie jest już normą. Nauczeni kiepskim przykładem polskiej policji do angielskich bobbies podchodzimy z dużą dozą ostrożności. Co bardziej bitni imigranci znad Wisły są skłonni bronić się przed zatrzymaniem nawet z okrzykiem „żywcem mnie nie weźmiecie!”.

Wiele z tych mitów to pozostałość pierwszej fali emigracji zarobkowej Polaków. Dzisiaj nie jest już tak źle, choć po tamtych wybrykach pozostał niesmak. I przekonanie, że Polacy to ochleje.

W pubach nas nie ma na pewno – sprawdzam zachodząc do kilku na tradycyjną, choć w takim miejscu niemile widzianą przez gości Colę. Szybko uczę się więc, że aby rozwiać wątpliwości co do moich upodobań w zakresie niepicia, najlepiej jest zamawiać pintę coli. Pinta to mniej więcej wielkość szklanki od piwa – i tyle dostaję. Bez lodu, cytryny i słomki. Po pięciu minutach z napojem w ręku wyglądam, jakbym sączył ciemne piwo – zwykle nieco mocniejsze od tradycyjnych gatunków. Z kolejną szklanką coli i wciąż trzymając się prosto budzę szacunek co częstszych bywalców tego, czy innego pubu. Szacunek kończący się nieodmiennym pytaniem, czy w związku z moją tolerancją na alkohol – nie jestem wielki, więc dwie pinty ciemnego piwa powinno mną już solidnie zachwiać – jestem Rosjaninem albo Polakiem.
– Polakiem – odpowiadam zwykle. – Ale to nie piwo, tylko cola – tym razem nie kończę dyskusji, bo Anglik który mnie zaczepia wygląda na takiego, z którym można porozmawiać w obszarach nieco bardziej ambitnych, niż towarzystwo w pubie, rozluźnienie obyczajów, czy zły obraz imigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej. John, który mnie zaczepił wydaje się zawiedziony. Może szuka kogoś do picia? Choć byłem przekonany, że raczej zależy mu na rozmowie.

Po co komu prawa

Tu, na wyspach, podchodzenie do obcych ludzi w pubie jest w dobrym tonie. W końcu to miejsce, które służy do rozmów – przy piwie, czy nie. Tu można poznać kogoś ciekawego. Tym właśnie angielskie puby biją na głowę te polskie, gdzie generalnie zasada wizyty w pubie kończy się na pijaństwie i – może – przypadkowym seksem.

Z Johnem szybko łapiemy wspólny temat. Może dlatego, że ma lekko prawicowe skrzywienie poglądów i nie podobają mu się ani miliony imigrantów, ani prawa (często absurdalne), które mają na Wyspach Brytyjskich chyba nawet bakterie. Zaczynamy od ostracyzmu, z którym lata temu spotkał się odkrywca struktury DNA i laureat Nagrody Nobla James Watson. Za słowa, które brzmiały mniej więcej tak: „Takie słowa jak świętość nasuwają mi na myśl prawa zwierząt. Kto przyznał prawo psu? Słowo prawo staje się bardzo niebezpieczne. Mamy prawa kobiet, prawa dzieci – i tak bez końca. A później pojawiają się prawa salamander i prawa żab. Chciałbym abyśmy przestali mówić o prawach czy świętości. Mówmy zamiast tego, że ludzie mają potrzeby, I powinniśmy jako gatunek społeczny reagować na istnienie tych potrzeb. Takich jak pożywienie, szkoła czy opieka zdrowotna – tak właśnie powinniśmy działać. Nadawanie tej sprawie mistycznego wymiaru I większego znaczenia, niż na to zasługuje, pozostawiam Stevenowi Spielbergowi, czy komuś takiemu. To po prostu urojenia, znaki na niebie – czyli bzdety”.

Watsona za te „bzdety” próbowały rozjechać w mediach chyba wszystkie organizacje ekologiczne, te zajmujące się prawami człowieka i – tradycyjnie – feministki.
– Wystarczy realizować te elementarne potrzeby ludzi. Zgadzasz się, czy nie? – John po trzecim kuflu jest już w nastroju konfrontacyjnym. Zgadzam się z nim, ale wcale nie dlatego, że jego dwa metry mogą budzić respekt. Po prostu prawa wszystkich są dość zabawne – szczególnie tutaj, gdzie nawet komplement dotyczący urody może skończyć się pozwem o molestowanie seksualne.
– Przecież wy tu macie najlepiej rozwiązaną sprawę rynku pracy – mówię. – U nas na przykład na porządku dziennym jest nie zapłacić pracownikowi.
– Jak to nie zapłacić? – biedemu Anglikowi polska rzeczywistość nie mieści się w głowie.
– No wiesz, jeżeli właściciel firmy pracuje na złym biznesplanie, albo chce sobie kupić nowy samochód, to po prostu nie wypłaci pensji – wyjaśniam. – Większość protestów pracowniczych ostatniej dekady w Polsce wzięła się z niepłacenia na czas, lub niepłacenia w ogóle.

Rozwiązanie problemu autorstwa Johna przypada mi do gustu. Przy czym wisieć mieliby tylko ci, którym zdarzyły się opóźnienia. Resztę spotkałaby najpierw infamia a rodzaj śmierci byłby cokolwiek trudniejszy do zaakceptowania. Przy czym przekleństwa, których używa mój rozmówca są raczej nieprzetłumaczalne – w każdym razie nie są używane w Polsce. Najcieplejsze to wypowiadane z charakterystyczną angielską flegmą „matkojebcy”.
Umawiamy się na kolejne spotkanie. Nic konkretnego, po prostu pewnie znów trafimy na siebie w tym pubie.

Koniec złudzeń

Charakterystyczne dla Polaków, którym udało się trafić do Zjednoczonego Królestwa jest to, że po osiągnięciu pewnego wieku tracą złudzenia. A razem z nimi chęć do powrotu do Polski.
– Nie, nie interesuje mnie polityka, zresztą ona się tam nie zmienia – słyszę zwykle. Demokracja? – Przestań. Nie wiem kto wygrywa, ale ani razu nie zdarzyło mi się, żeby wygrał któryś z moich kandydatów – to Tomek, którego spotykam na jednej z rozmów o pracę. – Podobno jego głosy przeszły na pierwszego na liście. W dupie mam taką politykę. Niech sobie sami robią i sami na siebie głosują.

Do Polski nie wróci również Andrew Jamrozik, który ruszył do Włoch i niespełna miesiąc temu urządził mi pożegnanie, którego nie zapomnę do końca życia. Tak – choć to on wyjeżdżał (na zawsze – deklaratywnie przynajmniej) a ja przyszedłem go odprowadzić na autobus do Frankfurtu, skąd miał ruszyć do Italii – osobą, która wykazuje się wzruszającym, i chyba nie mającym wiele wspólnego z dzisiejszą Polską, gestem okazuje się Andrew.
– To jest moja Oysterka (karta miejska) – wręcza mi po kolei wszystkie precjoza, które poza Wyspami Brytyjskimi do niczego nikomu przydać się nie mogą. – To jest kilka funtów, których już nie użyję. A to dolar, którego nosiłem na pamiątkę. I jabłka. Jedz dużo jabłek.
Na koniec Andrew zdejmuje z pleców koszulę.
– Jest czysta, wczoraj ją uprałem – mówi wręczając mi.
– Nie, no bez sensu zupełnie. Tobie się bardziej przyda. Ja mam koszule – gest Andrew jest zaskakujący, ale łapie za serce.
– Ale chodzisz w ciemnych, a lepiej wyglądasz w jasnych koszulach – słyszę. Na pożegnanie robimy sobie zdjęcie na tle autokaru. Ja – z nową koszulą w garści. Być może ostatnie wspólne w życiu. Choć, przed samym wyjazdem Andrew do Włoch sprawdziłem dane makroekonomiczne tego kraju. Oraz prognozy gospodarcze. Próbowałem powiedzieć przyjacielowi, że w tej sytuacji wyjazd w ciemno i próba zarobienia na życie pantomimą jest delikatnie mówiąc mało ostrożna z ekonomicznego punktu widzenia. Bez skutku.
– Anglicy są zimni. Są grzeczni, spokojni, zdarzają się serdeczni – odpowiadał mi Andrew. – Ale ja potrzebuję ciepła. Nie tylko atmosferycznego, ale autentycznego ciepła w ludziach!

Jak w Afryce

Po pożegnaniu Andrew idę spotkać się z (moją) rodziną z Ghany. Dzisiaj, jak rzadko, brakuje mi ludzi – może dlatego, że nie lubię pożegnań.
Obiad odbywa się raczej kameralnie – w domu Jennifer, 25-latki, która kilka tygodni temu zaczepiła mnie na ulicy, od czego zaczęła się cała moja przygoda z Afrykańczykami w Londynie. Do stołu siadamy we czwórkę – oprócz mnie i Jennifer jest jeszcze jej mama, jak się okazuje pastor jednego z protestanckich kościołów, oraz bratanica Jennifer, prześliczna, ciemnobrązowa jak heban i odważna jak lew dwuletnia Adonnaya.

Nie wiem z ilu dań składał się obiad, ale jadłem od 14.00 do późnego wieczoru, co mnie trochę mnie to krępowało. Jednak nie mogłem odmówić, bo Jenny przy potrawach spędziła pewnie kilka godzin. Kuchnia raczej łagodna, choć trafiłem na potrawę przyprawioną afrykańską odmianą pieprzu. Lubię ostre rzeczy, ale czegoś takiego nie jadłem w życiu! Chciałem być twardy i nie uronić ani łzy, ale pękłem kiedy zacząłem się dusić.
– Jeżeli coś ci nie smakuje, to wypluj to. Najlepiej w kuchni – to Jennifer.

Nie mogłem odpowiedzieć. Ale czułem, że robię się coraz bardziej czerwony. Z braku tlenu. W końcu złapałem butelkę piwa imbirowego (bez alkoholu, na szczęście) i pociągnąłem kilka solidnych łyków.
– Jezu, co to było!? Lubię ostre rzeczy, ale takiej przyprawy jeszcze nie próbowałem…
– Pewnie trafiłeś na afrykański pieprz – Jenny śmiała się podobnie tylko wówczas, kiedy opowiadałem jej o swoich dzieciach. Śmiała się, bo nie wyobrażała sobie, że dorosły facet może znaleźć się w takiej sytuacji. Kwestia moich dzieci zajmuje część rozmowy przy obiedzie. Kocham je – to jest jasne dla moich rozmówczyń. Czy chcę je sprowadzić do Anglii?
– Oczywiście, ale przecież nie w tej chwili i nie wszystkie naraz – odpowiadam.
– Mieszkanie to nie problem – to mama Jennifer. Natychmiast znajduje się rozwiązanie. Te dzieci zamieszkają tu, tamte w innym Ghanijskim domu. To wzruszające, ale i tak nie rozwiązuje problemu, bo wciąż nie byłby ze mną. Choć nie mam wątpliwości, że dzieci w Ghanijskich domach czułyby się świetnie.

Po raz kolejny robię delikatny gest żegnania się z gospodarzami. Ale z pożegnania nici – mój czas jeszcze nie nadszedł.
– U nas w Afryce, jak się idzie do kogoś w gości to siedzi się do późnego wieczoru – to mama Jennifer. To wyjątkowo mądra i dzielna kobieta. I ani przez moment nie można mieć wątpliwości, że to ona jest głową domu. Że to ona podejmuje decyzje – takie, z którymi nie wypada się nie zgodzić. I jest w tym wszystkim cesarzową ciepła.

Opuściła Ghanę z dziećmi, kiedy te były jeszcze małe. Do Londynu dotarła przez Holandię. Przywiozła do Anglii nie tylko swoją rodzinę, ale ciepło i serdeczność, z którą do tej pory nie udało mi się w życiu spotkać. To nie rzecz w wyjątkowej i nieskrępowanej gościnności. Nawet dwuletnia Adonnaya tak była przejęta tym, żebym czuł się komfortowo, że posłodziła mi herbatę. Nie dwoma łyżeczkami cukru, ale wsypała do kubka chyba z siedem i z zapamiętaniem mieszała. Potem próbowała jeszcze trochę dosypać, ale Jennifer ostrym głosem sprowadziła ją na ziemię. Wzmacniając przekaz odebraniem łyżeczki do herbaty. Jennifer ma u bratanicy posłuch. Zresztą nie tylko u niej. Jest piękna (obiektywnie – to nie jest mój osobisty zachwyt), mądra i od niedawna jest prawnikiem. Mimo swoich 25 lat osiągnęła – dzięki emigracyjnej decyzji matki – więcej, niż większość z moich polskich przyjaciół, z pokolenia lat 70.
W czym zresztą utwierdza mnie Kasia, przyjaciel z którym znamy się lekko licząc ćwierć wieku, obecnie bankowiec.
– Widzisz, jak sobie człowiek pomyśli, co by człowiek mógł osiągnąć w wieku 19 lat, z tym potencjałem i inteligencją, które niepotrzebnie rozmieniły się na szukanie sposobów na to, by przetrwać i nie zdechnąć z głodu (dalszy fragment wypowiedzi nie nadaje się do cytatu, ale generalnie nawiązuje do stosunku analnego, który na pracownikach próbują ćwiczyć polscy pracodawcy), to aż bierze żal, że ten pociąg odjechał tak daleko, że trudno już wskoczyć choćby do środkowego wagonu – to z maila Kasi. Korespondencję wymieniliśmy, kiedy podzieliłem się z Kasią londyńskim spostrzeżeniem, że część Polaków, która tu trafiła to – niestety – szumowiny najgorszego gatunku. Takich też spotykam, niestety zbyt wielu – ale poświęcę im osobny fragment londyńskiej relacji.

Zaczyna się kolejny dzień pod brytyjskim niebem. Jakkolwiek nie potoczyłby się, wiem, że każdy spędzony nad Wisłą już na starcie uznałbym za stracony.

Jutro 1 września – w Londynie będzie to egzamin dla Polaków. W rocznicę wybuchu II Wojny Światowej stają polskie ulice , zatrzymują się samochody, ludzie starają się upamiętnić tę największą tragedię polskiego narodu. Zawsze miałem wrażenie, że część z nich robi to na pokaz. Jeśli się myliłem, to ponad milion Polaków na londyńskich ulicach stanie jutro koło godz. 16.00 lokalnego czasu. I pokaże, że jako naród wciąż zachowaliśmy resztki dumy. Szczególnie, że staną na ulicach stolicy sojusznika, który nas – spójrzmy prawdzie w oczy – zdradził. Ale też dzisiaj daje szansę wielu z nas na odzyskanie godności – tej prywatnej, ludzkiej godności.

Żegnaj Polsko

3panów - Christmas Illumination in London

 

Skończyła się moja polska imigracja na Wyspy Brytyjskie. Nie, nie wracam i nie opuszczam dominium Elżbiety II. Polskę wspominam tak, jak wspomina się kochankę z czasów studenckich. Było fajnie, ale twarzy już nie pamiętam. Jej zdjęcia w mailach od przyjaciół utwierdzają mnie w przekonaniu, że to, że mnie kopnęła w dupę wyszło mi na zdrowie. Bo jej bezzębny i szyderczy uśmiech wcale nie znaczy, że byłoby nam lepiej w łóżku. Już nie jestem imigrantem. Raczej bezpaństwowcem z nadzieją na nową ojczyznę.

Stoję w lekkiej, wieczornej mżawce przed jednym z setek sklepów między Tottenham i Seven Sisters. Z Patrykiem – to facet, od którego wynajmuję pokój. Człowiek – dusza. Handluje i zarabia jak może na swoją rodzinę – Józefę i kilkuletnią, rezolutną i uroczą córeczkę, która ma miliony pytań i tysiące pomysłów na minutę. Palimy – tym razem ja częstuję z pełnej paczki białoruskich „Festów”, za 3,5 funta paczka. Rozmawiamy o Cyganach, którzy dawno, przed wiekami ukradli gwóźdź do krzyża Jezusa Chrystusa. To dlatego Chrystus został przybity trzema, a nie czterema gwoździami. Od tamtej pory Cyganie w przeważającej większości wędrują po świecie. Czasem osiądą. Mają silne poczucie przynależności do swojego narodu, swój – z regionalnymi odmianami – romski język, w którym jestem Gadzim.

Można mnie lubić, można mi zaufać, ale nigdy nie będę dla Cygana kimś równie ważnym, co Cygan. Patryk jest polskim Cyganem, więc rozmawiamy po polsku – o problemach, które są wspólne dla wszystkich polskojęzycznych imigrantów na włościach Jej Królewskiej Mości Elżbiety II. Stoimy przed sklepem, bo tu sprzedaje papierosy przemytnik, który jest najtańszy w Londynie. A wiem o nim od człowieka, w którego sklepie kupowałem te same papierosy w Bognor Regis przed kilkoma miesiącami. Tak to już jest z dziennikarzami, że w każdym nowym miejscu poznajemy półświatek – obowiązkowo przemytników i kurwy. To się zawsze przydaje.

Dzisiaj pokazuję Patrykowi i sklep, i sprzedawcę, u którego można się zaopatrzeć w najtańsze papierosy w Londynie. Tak jest wygodniej – bo przez ostatnie dwa tygodnie kupowałem mu papierosy sam. Ja wiedziałem gdzie, a on nigdy mnie nie poprosił, żeby mu pokazać adres. Dzisiaj sam zaproponowałem wspólną wędrówkę.

Mżawka mi nie przeszkadza – w końcu to typowy londyński deszcz. Poza tym dzisiaj spotykam się wieczorem z piękną Jennifer i jej rodziną. A to dla mnie zawsze przyjemna odmiana – spotkanie z dobrymi, kochanymi ludźmi, których kultura jest tak odmienna od tej, w jakiej wyrosłem, że czasem mam wrażenie, że dzieli nas ocean. Ale nigdy nie mam wątpliwości, że w starciu kultur, to co przywiozłem z Polski przegrywa z kretesem.
Przez dym z papierosa leniwie patrzę na Patryka, który w kilka dni złamał wszystkie stereotypy Cyganów, z którymi zetknąłem się w opowieściach Polaków. Lubię go, cholera. Mógłbym z nim konie kraść.
– Czego ludzie chcą od złodziei? – denerwuje się Patryk, kiedy niechcący poruszam temat. – Złodziej, to zawód, jak każdy. Zawsze ktoś jest złodziejem.
No dobra, to odważna opinia. Ale to tylko słowa. Gdybym miał coś od Patryka kupować, kupiłbym w ciemno. W końcu zdążyłem go trochę poznać – mieszkam u niego, poznałem jego rodzinę, witałem się z jego gośćmi, innymi Cyganami. Kiedy moja tułaczka po Londynie, z ciężką walizką, zaczęła się na dobre pogoda była podobna. I było, mniej więcej, równie ciemno.

Tułaczka

– Dobry wieczór. Jestem zainteresowany wynajęciem pokoju – mówię do słuchwki swojego starego telefonu.
– A od kiedy? – głos po drugiej stronie niewątpliwie jest kobiecy. Najmilszy z tych, które usłyszałem w ciągu ostatniej godziny. A rozmawiałem z siedmioma osobami.
– Najchętniej od dzisiaj – mówię. Staram się, żeby moja rozmówczyni nie słyszała, że zależy mi na czasie. Poza tym pokoju, ani mieszkania w Londynie jeszcze nie wynajmowałem.

Dotychczas mieszkałem u Asi i Marka, których domem i ogrodem opiekowałem się w czasie ich wakacji w zamian, co naturalne, za dach nad głową. W ciągu miesiąca od mojego przyjazdu z południa Anglii miałem dostać pracę, z której – koniec końców – nic nie wyszło. Nie wynająłem więc wielkiego domu, tylko cierpliwie czekałem na rozwój wypadków, aż musiałem znaleźć pokój. Już dzisiaj, wieczorem. Nie dlatego, że tak chcieli moi gospodarze, ale dlatego, że nie chciałem być im ciężarem. W końcu następnego dnia z Polski miały wrócić ich prawie dorosłe dzieci.
– Od dzisiaj? A nie chce pan najpierw obejrzeć? – słyszę.
– Chcę obejrzeć, ale mam niewielki dobytek, więc wezmę go ze sobą – tłumaczę cierpliwie. – Jeżeli mi się spodoba, to po prostu zostanę, dobrze?
– Oczywiście – dalej słyszę adres. Waltham Forest nie jest daleko od Tottenham. Ale to będę wiedział dopiero po kilku tygodniach. Dzisiaj sprawdzam jak dojechać środkami transportu, których zdążyłem nauczyć się na pamięć, więc tłukę się przez godzinę z kawałkiem.
Dwa dzwonki domofonem, wędrówka na ostatnie piętro niewysokiego budynku i drzwi otwiera mi 15-etnia Cyganka. Ładna, ale za młoda, żeby robić z nią interesy. Z pokoju słyszę głos starszej kobiety. Pani Krystyna, też Cyganka, ma swoje lata. I pogodną twarz, choć patrzy na mnie z podejrzliwością. Wymienia: nie wolno mi pić, palić i sprowadzać panienek.
Pokój w którym ląduję jest duży – szafa, niewielki stolik, wielkie łoże a nad nim obraz jakiejś bitwy morskiej, która toczy się brew prawom fizyki, bo jeden z żaglowców płynie wyraźnie w drugą stronę, niż powinien, co zauważy każdy żeglarz. Ale nie będę się czepiał obrazu – ze wstydem przyznaję się sam przed sobą, że podoba mi się do tego stopnia, że wieczorem sięgnę do jednej z kilku marynistycznych powieści, które wożę ze sobą po świecie od kilku lat.
– Kurwa, ale strzeliłem – mówię pod nosem wyglądając przez okno wychodzące na podwórze z podobnymi domami. – Za drzwiami pokoju urzędują trzy niewiasty, a ja nie mogę się zamknąć na klucz, bo pokój nie ma zamka.

Zbliża się angielska jesień, więc noce są coraz chłodniejsze. Co gorsze, nie mogę zapalić fajki, bo warunkiem sine qua non zamieszkania tutaj było niepalenie. A nie będę się tłukł po obcych ulicach nocą tylko po to, żeby zapalić. Poza tym klucz do domofonu jest jeden, więc wracając musiałbym wszystkich budzić. Zwalam się na łóżko, jak stałem – nie będę się rozbierał, bo nie wziąłem z Polski pościeli i nie kupowałem żadnej, ponieważ dotychczas zawsze jakąś miałem. W obozie pracy na południu Anglii – co naturalne – dostałem przydziałowy komplet, za stary, żeby trafić do hoteli dla turystów. U Asi i Marka czułem się jak młody książę! Prawie, jak w domu. No, ale swojej pościeli nie mam, więc jestem zupełnie w dupie.
Książka pomaga tylko na chwilę – rano będę się zmagał z problemami.

Wszystko o Polakach

Kilka dni później do pokoju obok wprowadzają się Jacek i Małgosia. To dwójka, z którą zżyłem się zupełnie przez przypadek. Ale na razie mijamy się w korytarzu – na szczęście palą. Podobnie, jak pani Krysia. I jej córka, którą poznałem pierwszej nocy – tyle, że ona pali w łazience, co generalnie mi nie przeszkadza, jeżeli akurat nie wzywa mnie natura. Ja wieczorami zamiast tułać się między przystankiem a parkiem, staję sobie z nabitą fajką w oknie.

Wszystko, co od polskich londyńczyków usłyszałem o Cyganach muszę rewidować. Nikt z nich mnie nie okradł, nikt nie naraził na zbyt wielki niepokój. Wszyscy – jak dotychczas – dotrzymywali słowa. Żebym tylko mógł tak myśleć o Polakach!

Dzisiaj pokazałem środkowy palec menedżerowi restauracji, w której zaczepiłem się, żeby zarobić na życie. Pokazałem mu środkowy palec i legitymację prasową, bo miałem wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach, choć jako żywo używaliśmy tego samego języka. Zrezygnowałem z pracy po kilkunastu dniach pracy z Polakami. W kuchni – w końcu tę pracę mogłem dostać najszybciej.
– Ja pierdolę, nie wytrzymam. Jebnę mu – to Sławek, który siedzi tu od roku, czy może dłużej. To nie tyle do mnie, co o mnie i rzucone w powietrze. Po raz trzeci, czy czwarty. Właściwie nie mam nic przeciwko konfrontacji, bo kilku facetów udało mi się już zdeptać w życiu, więc pytam o co mu chodzi. Coś zrobiłem źle – ale tego bardziej się domyślam, niż słyszę, bo Sławek mówi pod nosem.
– Jeśli coś zrobiłem źle, to mi powiedz, bo nikt nie rodzi się ze znajomością zasad obowiązujących w tej konkretnej kuchni. I mów wyraźniej, i głośniej – mówię i staram się być spokojny.
– Ja pierdolę – Sławek jest niewiele wyższy ode mnie. Wolniejszy i nie zwraca uwagi na nogi, oceniam zakładając, że bez mordobicia się nie obędzie. Nie dowiaduję się, o co mu chodzi. Ale akurat dzisiaj jest mi to już obojętne. Wiem już, że z tym człowiekiem pracować nie będę. Przez ostatnie dni bawiły go piosenki o masturbacji i zaczepienie młodych kelnerek z Ameryki Południowej. Ładne – ok. Można je zaczepiać, ale on to robił zbyt wulgarnie, choć widziałem już niejedno.
– Ale masz fajną dupę, ale bym cię wyjebał – to do kelnerki. Po polsku. Dziewczyna oczywiście nie wie, o co chodzi. A jemu brakuje odwagi, żeby to przetłumaczyć, choć angielski w zakresie obelg i wulgaryzmów Polacy opanowują na Wyspach błyskawicznie.

Kolejna pyskówka ze Sławkiem nie może skończyć się inaczej – szacunek do pewnych ludzi ulatnia się ze mnie bez mojego udziału. Starannie zdejmuję lateksowe rękawiczki i w przebieralni zrzucam z siebie śmierdzący kuchnią strój służbowy. Piętro wyżej czeka mnie rozmowa z menedżerem.

Siadamy przy stoliku, przedstawiam się i wyjaśniam mu, że właśnie skończyłem pracę w restauracji. Interesuje mnie termin wypłaty i payslip, czyli rozliczenie moich godzin pracy. Bo kontraktów ten pracodawca akurat nie podpisuje z pracownikami.
Słyszę zdumione „ale dlaczego?”. Odpowiadam pytaniem: – Czy możesz mi powiedzieć jakie jest w tym miejscu znaczenie słów współpraca, szacunek, godność i duma?
– Nie rozumiem…
– Tak? Któregoś konkretnego słowa, czy żadnego z nich?
– Nie wiem, co się stało – menedżer jest wyraźnie zaskoczony. W końcu zarobki tu nie są najgorsze.
– To zejdź na dół i zapytaj w kuchni – odpowiadam. – Ja cię tylko informuję, że rezygnuję z pracy z powodu niemożliwości pracy w miejscu, gdzie ludziom nie okazuje się szacunku.
– Porzucasz pracę?
– Nie rozumiałeś mnie. Rezygnuję, z powodów, o których ci przed chwilą powiedziałem. To raczej praca w mało elegancki sposób mnie porzuca…
– Ale w jaki sposób i przez kogo twoja godność została naruszona?
– Nie tylko moja. Ale zejdź na dół i zapytaj, zrób coś od siebie. Poza tym, ja ci się przedstawiłem, czy mógłbyś mi również się przedstawić? – dla pewności dodaję: – Z nazwiska.
– Nie mógłbym – słyszę.
– A teraz? – na stole ląduje moja legitymacja prasowa. Dalej rozmowa wygląda inaczej, bo menedżer jest przerażony. Dopijam służbową colę i wychodzę na słoneczne popołudnie. Pierwszy raz od dawna, bo zwykle kończyłem w nocy.

Żałuję właściwie, że nie zdążyłem się pożegnać z Mateuszem, szefem kuchni, który mnie zatrudniał. Mateusza polubiłem – sympatyczny, uczciwy, wytatuowany, o wyglądzie Wikinga. Pracował szybko, na Wysypy trafił ze swoją panią, bo obraził się na Polskę. Podobnie, jak ja – tyle, że ja przyjechałem tu sam. Kiedy dostał moje CV miał wątpliwości, czy mnie zatrudnić. Ratowały mnie ciężkie miesiące w kuchni na południu Wielkiej Brytanii. I profil na Facebooku, na którym nie miałem zdjęć z pijaństw. Bo większość facetów znad Wisły za punkt honoru stawia sobie umieszczenie zdjęć z butelką wódki w dłoni i przyklejonym do twarzy głupawym uśmiechem pijaka.
W kuchni polubiłem jeszcze Jarka. Właściwie to za skromność i normalność. Mieliśmy czas, żeby nie raz pogadać wracając nocami do domów. Bo i on, i ja mieszkaliśmy na północy Londynu – nocna droga z Camden, które jest w ścisłym centrum, to czasem i godzina drogi autobusem pełnym rozkrzyczanej młodzieży wracającej z nocnych podbojów Londynu. Przy nim zdarzyło mi się rozmawiać z Murzynem, zwolennikiem Adolfa Hitlera. Dobrze, że nie byłem sam, bo nikt by mi nie wierzył.

Murzyn – faszysta

– Skąd jesteś? – nieco zbyt głośny Murzyn, jasniejszy, więc z północy Afryki, pyta mnie rzucając się całym ciężarem na siedzenie na górnym pokładzie londyńkiego autobusu. W ręku dziarsko trzyma butelkę z jakimś polskim piwem. Na oko ma 30 lat i 1,5 promila.
– Z Polski – odpowiadam rozbawiony. Na twarzy mojego rozmówcy widać skomplikowany, ze względu na poziom upojenia, proces myślowy, w którym próbuje dopasować nazwę kraju do mapy świata.
– To powiem ci, że Adolf Hitler miał rację, był wodzem, wojownikiem i nie było żadnego Holokaustu – to jednym tchem. – Jak jest wojna to giną ludzie, bo na tym polega wojna. Większym zbrodniarzem był pieprzony Napoleon.
– Stary, ale ja jestem z Polski, więc nie pieprz mi, że nie było Holokaustu, ani że Hitler nie był zbrodniarzem – odpowiadam. – Tak się składa, że w moim kraju Niemcy zostawili obozy koncentracyjne, w których – w każdym – byłem, żeby się przekonać do czego byli zdolni naziści. Hitler to zbrodniarz.
– Ale ty mi wyglądasz na Niemca – to w odpowiedzi. No dobra, krótkie blond włosy i okulary w drucianych oprawkach mogą mylić, ale facet gada brednie. – Ale jestem Polakiem – nie wiem, skąd we mnie ten przełyk dumy.
– Powiem Ci, że Hitler bardzo dobrze zaplanował wyniszczenie Żydów, teraz by im się przydało – Murzyn nie przestaje. Ale dobrze, już wiem, co go boli. Zastanawiam się, ile jeszcze państwo Izrael musi zrobić, żeby do końca podgrzać antyżydowskie nastroje w Europie, skoro dzisiaj nawet Murzyni sięgają po Hitlera, jak po wzór. I, czy mój rozmówca wie, że w III Rzeszy byłby pierwszym, który powędrowałby razem z Żydami do obozów zagłady.
– Stary, poczytaj najpierw podręczniki do historii – to na pożegnanie, bo żenującą rozmowę kończy docelowy przystanek mojego chwilowego kolegi.

Nazajutrz rano mam telefon z Polski – to Małgosia. Kiedy przyjmowała moje nazwisko nigdy bym się nie spodziewał, że to wszystko potoczy się w taki sposób. Ani ona. Pyta, czy może przyjechać i mnie odwiedzić. Jasne.
– Mam coś wziąć ze sobą? Chcesz garnitur?
– Nie chcę garnituru. Weź jakiś śpiwór, bo nie mam pościeli.
– W ogóle nie masz pościeli? To jak ty śpisz?
– Z zamkniętymi oczami – nie chce mi się tłumaczyć detali życia w Zjednoczonym Królestwie. W końcu i tak nikt, kto siedzi w Polsce tego nie rozumie. Zupełnie, jakbym gadał zmyślone historie. Przyjedzie, sama zobaczy. I wędrówkę po urzędach, i londyńską komunikację z jej kosztami i czasem, jaki się spędza w metrze. To ostatnie przyda się szczególnie po kilku awanturach o niemal ciągle wyłączony telefon.

 

Wymuszona przeprowadzka

Przyjazd Małgosi to zupełna katastrofa – nie ze względu na Małgosię, ale na to, jakie rewolty robi moje życie. Znów dzieją się rzeczy, których nawet nie tłumaczyłbym, bo i tak nikt nie uwierzyłby mi w to. Zaczyna się od tego, że Małgosia już pierwszego dnia na Wyspach choruje. Ze spaceru i urzędów nici, więc idziemy na angielskie śniadanie – obowiązkowo jajko sadzone, fasola, frytki, chleb, boczek i niesmaczna kiełbasa. Wieści z Polski też nie są optymistyczne, choć nie wiem, jak powiedzieć Małgosi, żeby mi tego wszystkiego nie mówiła. Bo co mnie obchodzi rząd i polska polityka? W nosie mam polski rynek pracy, skoro zmagam się z tutejszym.

Wieczorem Małgosia kładzie się z bólem głowy, stanem podgorączkowym i katarem wielkości galaktyki. A pięć minut później do pokoju wchodzi pani Krysia i mówi, że przeprasza, ale… jutro muszę się wyprowadzić.
– Słucham?
– No, chodzi o to, że z różnych powodów jutro zmieniam mieszkanie i musi się pan wyprowadzić
– Dobrze, skoro muszę, to się wyprowadzę – ręce opadły mi już przy nocnym pukaniu do drzwi. Więcej mnie już nic nie jest w stanie zaskoczyć. Rozmowę kontnuujemy w pokoju pani Krystyny. Dowiaduję, się, że moi sąsiedzi – Jacek i Małgosia – też się muszą wyprowadzić. Żadne to pocieszenie….
– Ale ja was nie zostawiam na lodzie, jutro przyjedzie mój kuzyn i weźmie was do siebie, podobne warunki, niedaleko i za tę samą cenę…
Właściwie to już jest tak późno, że stać mnie tylko na jedno pytanie: – O której?
– No, będzie koło 13.00. I pojedziecie na Tottenham.
Na szczęście tobołków mam mało. Dam radę się spakować. Poza tym Tottenham, od którego zaczynałem, to dla mnie trochę, jak powrót do korzeni.
– A jak nas ten kuzyn wywiezie gdzieś do lasu? – Małgosia stawia sobie za cel podnieść i tak moje zbyt wysokie ciśnienie.
– To będziemy mieszkać w lesie, później ty pojedziesz do Polski, a ja zostanę w lesie – odpowiadam.

Kuzyn, to właśnie Patryk, z którym stoję przed sklepem przed spotkniem z Jennifer. Obiecuję mu zapytać o pracę dla niego w magazynie, w którym się zaczepiłem poznając szczegóły skanerów do paczek i ich łączności z centralnym komputerem. Oraz imiona pracowników magazynów – w dużej części z Ghany, co nauczyłem się rozpoznawać po wyglądzie i akcencie dzięki Jennifer i jej rodzinie. Reszta to Nigeryjczycy, Jamajczyk i kilku Anglików. Żadnego Polaka. Na szczęście.

Polak się z nas śmieje

Praca, którą mam to wyłącznie nocne zmiany, co generalnie mi nie przeszkadza. Choć godząc się na to rozwiązanie może cokolwiek lekko podszedłem do swojego wieku i nie przewidziałem, że zmęczenie po zmianie będzie mnie przewracało na łóżko, niczym przyjęty na szczękę prawy prosty mistrza wagi ciężkiej w boksie. Na szczęście współpracownicy są w porządku, choć wciąż nie rozumiem złożonych interakcji łączących Nigeryjczyków i Ghanijczyków. Są tak samo czarni i generalnie trzymają się razem, choć nie pogardzą żadną okazją do złośliwych przycinków wobec afrykańskich sąsiadów.
– Kupiłem snickersa, a to jakiś suckers – 28-letni John z Ghany o 3.00 nad ranem ogląda batona z czekolady, który, jego zdaniem zawiera za mało orzechów w stosunku do marki, którą powinien reprezentować. – Co oni go, kurwa, w Nigerii zrobili?
Nie wytrzymuję i prycham tłumionym śmiechem przed maszyną do kawy.
– Ciszej, Polak się z nas śmieje – to Ola, który jest najmłodszy z nas, korzystających z godzinnej, bezpłatnej przerwy pracowniczej w środku nocy. Nigeryjczyk, który każdą wolną chwilę spędza nad swoim telefonem, raz coś pisząc, raz oglądając.
– Zostawiłbyś tę pornografię, to niezdrowe – rzucam mu przechodząc obok.
– Dzięki tato, już kończę – Ola, bez mrugnięcia okiem odkłada telefon wybuchając śmiechem. Ale później wyjaśnia, że nie używa pornografii bo „ma to codziennie na żywo i to tyle, ile chce”, co z kolei bawi resztę moich nowych kolegów. Jeden z nich, biały jak ja, choć starszy, często staje ze mną przed biurem pracodawcy i pali – on papierosa, ja fajkę. Obaj mamy kubki w rękach – on z kawą, ja z angielską herbatą. Z mlekiem – w życiu nie pomyślałbym, że kiedyś coś takiego polubię. Opowiadam mu o gwiazdach, a on każdorazowo sprawdza połączoną z GPS mapą nieba w telefonie nazwy gwiazd, planet i gwiazdozbiorów. I cmoka z podziwem. A w końcu to tylko kilkanaście gwiazdozbiorów i kilka jaśniejszych gwiazd – lada noc i on zacznie je rozpoznawać. Przy jednej z rozmów odkrywam, że nie wiadomo kiedy nad moją głową zaczął królować Orion, gwiazdozbiór ewidentnie zimowy na północnym niebie. Żeby zobaczyć Koronę Północy, która witała mnie kiedy odbywałem swoje pierwsze nocne, samotne spacery pod niebem Elżbiety II muszę się porządnie wygiąć do tyłu, albo odwrócić. Nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał.  Niedługo będzie pół roku, jak nie widziałem swoich dzieci.

Czego chce Bóg?

Rano w skrzynce pocztowej znajduję maila od mamy. To – jak za czasów dzieciństwa – mój powiernik. W końcu jest mi tu ciężko, nie tylko ze względu na pracę i – umówmy się – gówniane, jak na Londyn,  pieniądze. To również kwestia pewnej tęsknoty za krajem, który obiecałem sobie wyrzucić z serca raz na zawsze i zapomnieć. Piszemy do siebie o kłopotach i modlitwach. Ja ze Stwórcą jestem ostatnio na bakier. Nie do końca mam przekonanie, czy na pewno żyjemy w świecie stworzonym przez dobrego Boga. Zdaniem mamy powinienem dziękować, że jestem zdrowy (różnie z tym bywa), że nie urwało mi rąk, nie obcięło palców. W konfrontacji z możliwościami i pomysłami Stwórcy w zakresie nieszczęść, które mogą się przytrafić nikt nie ma szans. Odpowiadam więc: „Doceniam Mamy pomysłowość z przykładami dłoni w sieczkarniach i poobcinanych palców. Naprawdę dawno się tak nie uśmiałem. Nawet próbowałem wymyślić inne okropności, które mi się nie przydarzyły – choć przecież mogły. W Londynie nie ma tramwajów – więc nogi raczej zachowałbym w całości. Jest za to dużo homoseksualistów. Mogłem wszak zostać napadnięty przez bojówkę homoseksualną i pozbawiony cnoty, z czego musiałbym się leczyć – choć i tak trauma pozostałaby na całe życie. Mógł mnie – choć tak się nie stało – kopnąć prąd i wykręcić mi jedno oko w bok, przez co wzbudzałbym mniejsze zaufanie, o ile w ogóle jakieś bym wzbudzał i jeżeli w ogóle widziałbym cokolwiek. Możliwości jest doprawdy wiele – choć przyznam szczerze, że ręka w sieczkarni nie przyszłaby mi do głowy. Może dlatego, że ostatnią sieczkarnię widziałem – jeżeli mnie pamięć nie myli – w połowie lat 80. ub. wieku. Ale faktycznie – muszę za to Stwórcy podziękować, że nigdzie po drodze nie natknąłem się na sieczkarnię i w wielkiej łaskawości nie potraktował mnie nią, choć przecież mógł. Moje modlitwy dziękczynne w ogóle powinny być dłuższe – jeżeli będę dziękował za każdą kończynę i palec – powiedzmy że powinienem dziękować za każdy kawałek siebie zachowany przy kadłubku licząc od stawu w górę. Tylko na ręce wypada 46 modlitw dziękczynnych. Nogi mają więcej stawów. Do tego dochodzą zmysły – wzrok już omówiłem. Kwestia słuchu jest poważniejsza – do ucha mógł mi wlecieć owad. I czy powinienem dziękować oddzielnie za każdy gatunek który mi do ucha nie wleciał i nie utknął na zawsze, czy może skupić się wyłącznie na grupie semantycznej? Zapytam znajomego księdza. Podobnie jest z nosem – tu jednak niezależnie od owadów, mogły mi jeszcze wyrosnąć polipy uniemożliwiające oddychanie. Nic tylko się modlić”.

Odpowiedź mamy sprowadza mnie na ziemię, choć nie rozwiązuje moich wątpliwości. Rzeczywiście 11 lat temu mogłem przejść do historii, tymczasem dzisiaj tłukę się nocami po Londynie. Tyle, że nie wiem, czy mi z tym lepiej.

Co się z nami stało?

W telefonie znajduję sms-a od Janusza, który odezwał się do mnie zaraz po przyjeździe i utrzymujemy luźny kontakt do dzisiaj. “Wczoraj w Bukareszcie kibice Legii rozwinęli transparent o treści: Dzięki za przyjęcie polskiego rządu w 1939 roku. Pilnie prosimy o powtórkę”. Aha – więc w Polsce po staremu. Zatrzymuję się na chwilę nad Polakami – co się do cholery z nami stało? Kilka dni później wracam do tej samej myśli. W linii Victoria londyńskiego metra nad darmowym egzemplarzem „London Evening Standard” ukradkiem wyciera łzę – na oko – moja rówieśniczka. Po leżącą na siedzeniu obok gazetę sięgam z zawodowej ciekawości. Jakim mistrzem musi być autor artykułu w gazecie codziennej, skoro wyciska łzy zabieganym czytelnikom z londyńskiego metra?!

Na pierwszej stronie znajduję informację o tym, że w hotelu znaleziono martwą Marię de Villota, 33-letnią pasjonatkę i kierowcę Formuły, która w wypadku 1,5 roku temu straciła oko i znaczną część urody. Po wypadku wyszła za mąż, próbowała się pozbierać. Zmarła śmiercią naturalną. Właściwie w całym wagonie nie ma osoby, która czytałaby tę informację obojętnie.
Wieczorem w internecie znajduję informację o tym, że w Wiśle znaleziono ciało 21-letniej Oli, która kilka dni wcześniej zaginęła w Warszawie. Na brzegu znaleziono jej rzeczy i list pożegnalny w telefonie. I to jest informacja, która po Polakach spłynęła jak po kaczkach. Nikt nie dochodzi, co 21-latkę, na początku życia, pchnęło do takiego ruchu? W nosie mam ten kraj z jego mediami głównego nurtu skupionymi na tym, żeby nikt nie złamał ciszy wyborczej w związku z warszawskim referendum o odwołanie prezydent Warszawy.

Dociera do mnie jeszcze jedno. Kilka godzin wcześniej oglądałem w CNN wywiad z Johnem Dramani Manama, prezydentem Ghany – na Ghanę jestem wrażliwszy ze względu na rodzinę Jennifer,  która tak bezinteresownie mi pomogła.
– Ghana to wspaniały kraj – od tego zaczął Manama. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć wywiadu polskiego polityka, który takimi słowami w odniesieniu do Polski zaczynałby swoją medialną wypowiedź. Nie – nie mam kłopotów z pamięcią. Oni po prostu mają to w dupie.
– Widziałem wywiad z prezydentem Ghany – piszę do Jennifer. – Nie wiem, jak to zrobię, ale pojadę do Ghany zobaczyć kraj, o którym tak pięknie mówi jego prezydent. O moim kraju politycy tak nie mówią.
– Doskonale! Mam nadzieję, że pojedziemy tam razem – odpowiada mi. Nie, nie we dwójkę. Z całą rodziną.

Mniejszości

Moje wędrówki po Londynie pozwoliły mi zbadać niemal każdą mniejszość na brytyjskiej ziemi. Niektórych uwielbiam pasjami – nie za to, że są sympatyczni, ale za to, że są dla siebie tym, czym nigdy nie staną się dla siebie Polacy. Każdy, kto choć raz liznął biologię wie, że w świecie zwierząt, w każdym ekosystemie największym konkurentem osobnika danego gatunku jest osobnik tego samego gatunku – jedzą to samo, walczą o te same partnerki. Wyjątkiem jako gatunek – z grubsza – są ludzie, którzy ze sobą współpracują, co tak naprawdę gwarantuje im wyprodukowanie odpowiedniej ilości pożywienia. Wyjątkiem wśród ludzi są Polacy. Niechlubnym.
– Poproszę dwie herbaty bez mleka, jedną do nich łyżeczkę, bo wypiję obie sam. I cukier – mówię do młodej kelnerki w barze Pueblito, niedaleko stacji metra Seven Sisters. Jest nowa. Większość pracowników baru rozpoznaje mnie, bo lubię tu przyjść popisać przy herbacie i fajce, i zawsze zamawiam to samo. Zwykle więc witają mnie uśmiechem, podniesionym kciukiem i słowami „two teas, one spoon, no milk” (dwie herbaty, jedna łyżeczka, bez mleka). Kelnerka prosi, żebym powtórzył wolniej, bo… słabo zna angielski i nie wszystko rozumie. – Kto ją wpuścił na fornt of house (kontakt z klientem) skoro nie zna angielskiego? – zastanawiam się. Powtarzam wolniej i pytam, jak to się stało, że pracuje jako kelnerka.
Bar Pueblito jest częścią miejsca, w którym pracują i bywają Latynosi. Głównym językiem jest więc tu hiszpański. I  jest to miejsce, od którego Latynosi często zaczynają swój pobyt w Londynie. Jeżeli na brytyjskiej ziemi pojawi się Latynos, idzie do swoich i z marszu dostaje pracę – po to, żeby nie został na lodzie. Jeśli nie radzi sobie z angielskim, to albo mu pomagają, albo rzucają go do takiej pracy, gdzie siłą rzeczy się języka nauczy. I stąd obsługuje mnie Roselita.

Jeśli na wyspach pojawia się Polak, na swoich nie może liczyć – Polacy traktują go jak konkurenta. I jeżeli mu nie zaszkodzą, to z pewnością nie pomogą. I pewnie dlatego, większość bezdomnych siedzących bez słowa na ulicy z tępym spojrzeniem wlepionym w przestrzeń, to posiadacze polskich paszportów czekających na brytyjskiego urzędnika, który wyciągnie do nich pomocną dłoń. I na parę funtów litościwie rzuconych przez przechodniów.
Coraz częściej łapię się na tym, że nie reaguję na polski język – broń Boże nie odzywam się do obcych mówiących po polsku. Nie mam po co. Niech sobie żyją, może nasze ścieżki się nie przetną i nie będziemy na siebie spluwać.

Co innego Rosjanie, którzy słysząc rosyjski są gotowi się popłakać i przytulić cię do serca, jak dawno niewidzianego brata. – Masz gdzie spać? Chodź do mnie, napijemy się, pogadamy.
Węgrzy? Też pomogą Polakom. Sentyment do Polaków mają nawet Palestyńczycy, choć ci akurat nie ukrywają, że jest to sentyment wynikający z wyjątkowej urody Polek.
– Mam przyjaciół Polaków – chwali się 25-letni Mohamad, jeden ze 106 Mahometów, których poznałem w ostatnich dwóch miesiącach.
– Jasne – odpowiadam, ale gestem go zbywam. W końcu jesteśmy na rozmowie kwalifikacyjnej w – być może – nowej pracy. Kiedy wypada mu długopis mówi pod nosem: – Fucking kurwa mać!
Wybucham śmiechem. Patrzy na mnie pytająco, więc wyjaśniam: – Teraz wiem, że masz przyjaciół Polaków.

Londyńska jesień

Ze wszystkich mieszkańców Olsztyna (tam się urodziłem), o których wiem, że przyjechali do Londynu spotkałem się jedynie z Sebastianem (choć tak naprawdę to bardziej mieszkaniec Szczytna, tyle że gros swojego życia spędził w obecnej stolicy Warmii). Lata temu, na rok przed moją śmiercią, pracował w BWA i tam się spotkaliśmy po raz pierwszy. Ja wprawdzie byłem bardziej zainteresowany planetarium i gwiazdami, niż – mniej sztuką, z pewnością więcej nowoczesną – wystawioną w Biurze Wystaw Artystycznych urzędującym po sąsiedzku z olsztyńskim planetarium, ale pamiętam go doskonale ze względu na wspólną znajomą. Spotykamy się u Asi i Marka. Sebastian to prawdziwy Jedi rowerów. Potrafi przy pomocy kilku narzędzi i absolutnie nieograniczonej znajomości tematu naprawić każdy rower. A akurat ten Asi wymaga naprawy. Rozmawiamy – jak Londyńczycy – o rowerach, mniejszościach narodowych, roślinach wszelkich gatunków (to konik Marka) i pogodzie. Ja z dwóch patyków i resztki linki od zmiany biegów w rowerze robię garrotę. – Fachowa – oceniają chłopcy. Chowam ją do plecaka.
– Tu nie ma jesieni – uprzedza mnie Sebastian, kiedy aluzyjnie narzekam na wyjątkowo chłodny jak na Londyn wiatr. – Drzewa tu nie mają czasu na to, żeby pozbyć się chlorofilu. Więc nie ma kolorów na drzewach. Po prostu w pewnym momencie wszystkie liście lekko zmienią barwę i spadną niemal zielone. I tak to będzie wyglądało.
Czy nie tęskni do polskiej jesieni? Jasne, że tęskni. Ale poddanym Elżbiety II jest już od ośmiu lat. I woli to, niż być poddanym Tuska. Czy kogokolwiek, kto by rządził, bo przecież te nazwiska się w Polsce nie zmieniają.

Później rozmawiamy o fryzjerze. Trafiłem w moich wędrówkach na akademię fryzjerską, gdzie – w ramach praktyk – fryzjerzy i przyszli fryzjerzy strzygą i golą za darmo. Dostałem w łapę katalog, wybrałem fryzurę, poznałem szalenie fajnych ludzi i wyszedłem od fryzjera zadowolony. Pierwszy raz od dwóch dekad.

Jacek i Małgosia

Siedzę przy oknie w nowym domu. Przy stole przy którym przed chwilą zjadłem obiad – polski – przygotowany przez Jacka i podany przez Małgosię. To, że trafiłem na tych ludzi, gdzieś w przypadkowym domu polskiej Cyganki, która później przeprowadziła mnie, razem z nimi, do domu innego polskiego Cygana jest prawdziwym cudem. Rzadko w życiu zdarzło mi się spotykać tak ciepłych ludzi. Małgosia jest archeologiem, który – z konieczności, jak wszyscy – zajmuje się sprzątaniem hotelowych pokojów. Jest jej ciężko. Wiem, cholera, jak to jest. Przecież robiłem to samo na południu Anglii. Że upokarza… Wiem. Też przez miesiące czułem się, jakby ktoś wdeptał mi twarz w błoto. Jacek pracuje na budowie. Miał szczęście, bo trafił na uczciwego szefa. Łączy nas jedno – kiedyś, w Polsce byliśmy bogaci. I w Polsce straciliśmy wszystko, łącznie ze złudzeniami.
– Napiszę o was. Właściwie to was wspomnę w tekście – rzucam im przeglądając sms-y.
– Napisz – to Jacek.
– Ale co napiszesz? – Małgosia jest bardziej dociekliwa
– To, że jesteście ciepłymi i dobrymi ludźmi, i że wybijacie się z tych wszystkich Polaków, którzy uparli się przywieźć do Londynu Polskę, przez co jesteśmy gównianą mniejszością. Choć powinniśmy mieć najwięcej do powiedzenia.
Tak naprawdę, żeby nie oni, nie miałbym tu w ogóle po co wracać. Rozmawiamy i przeglądam smsy.

Trafiam na tego od Ani, którą poznałem pół życia temu, jako olsztyński licealista. Przyjechała z rodziną do Londynu. Obiecała się odezwać i zamilkła, jak większość Polaków. Może to i lepiej, bo o czym mielibyśmy rozmawiać po dekadach niewidzenia? Trochę wyżej wiadomość od Kasi, która rzuca wszystko w Polsce i przyjeżdża do Londynu w listopadzie. Kasia jest moim przyjacielem, jedliśmy razem chleb z niejednego pieca. – Ale jeśli przywieziesz Polskę do Londynu, to przestanę się do ciebie odzywać i przestanę cię znać – odpowiadam.

Jeszcze wyżej sms od Jennifer. Zapytałem ją o księgarnię na Piccadily Circus. Odpowiedziała po dwóch godzinach: – Przepraszam, że tak późno odpowiadam. Spałam, bo pracowałam do późna w nocy…

Zamykam oczy i liczę – ponoć to najlepszy sprawdzian, na ile pozbyłeś się polskości. Fifteen times six plus seven times eight… hundred forty six. Już nie liczę po polsku i nie tłumaczę w myślach na angielski. Sprawdzam na kalkulatorze. Doskonale!

W nocy siadam z fajką na parapecie swojego niewielkiego pokoju. Nade mną dumnie błyszczy Pas Oriona. Już nie mówię Brytanii „dobranoc”. To jest mój dom, to że go kocham, rozumie się samo przez się. Jak co rano, kiedy się obudzę po londyńskim oknie będą leniwie ciekły moje marzenia. Marzenia, które spełnię – bo po raz pierwszy w życiu są w moim zasięgu. Mam 40 lat i zacząłem wszystko od nowa. Ja – Paweł Pietkun, redaktor Aleksander Żywczyk i bloger CoronaBorealis.

W trybie niedokonanym

Christmas

 

Może, gdyby polscy politycy z trochę większą troską pochylali się nad zawiłościami języka polskiego, żyłoby nam się lepiej. W komunikacji polityków z opinią publiczną główną rolę – odkąd pamiętam – odgrywają czasowniki w trybie niedokonanym. Czy Wam się Panowie wydaje, że to jeszcze na nas działa? Pytam w imieniu imigrantów po tym prezencie, który sprawił wam Cameron.

  • Kto to jest? Czekaj, kto to jest? – nerwowo dopytuje się Cyganka z pokolenia moich rodziców pokazując palcem monitor komputera na którym – z serwisu YouTube – wyświetlam swoją rozmowę z Romualdem Szeremietiewem, którą dwa lata temu przeprowadziłem na antenie Radia Solidarność. To mama Jordana, u którego mieszkam. Przyjechała w nocy, a że nie było syna – wiadomo, okres okołoświąteczny – zatrzymała się na piętrze, w moim living roomie.
  • Romuald Szeremietiew – odpowiadam leniwie. Słuchałem tej rozmowy, bo po tych miesiącach spędzonych na uchodźstwie czasem wracam do Polski, o której słuchałem i rozmawiałem powoli przygotowując się do emigracji. Szeremietiew mówił o Polsce. To chyba jedyny polityk, który potrafi odpowiedzieć, co i kogo czyni Polakiem, nie dzieląc narodu na półtora tysiąca grup i podgrup. I jedyny, który precyzyjnie określa czym jest, a czym nie jest racja stanu. Choć może źle się wyraziłem – raczej były polityk. Były, bo zapomniał o głównej zasadzie gry w politykę nad Wisłą i dla radosnej odmiany postanowił być uczciwy. Za co oberwał.

  • On powinien być prezydentem – to Małgosia. Cyganka zgodnie kiwa głową. Z Małgosią i Jackiem dzielę niewielkie piętro domu. To opinia po kilku zdaniach dobitnie określających, co Szeremietiew myśli o Polakach, którzy wyjeżdżają – na zawsze – z kraju z powodów ekonomicznych. Tę jego wypowiedź odbierałem zawsze bardzo osobiście, bo wsiadając w pewien majowy poranek do samolotu tanich linii lotniczych wyjeżdżałem na zawsze, a o Polsce nie myślałem inaczej, niż o macosze, która traktowała mnie, jak niechciane i zdecydowanie nieswoje dziecko. Tak zresztą przez wiele miesięcy mówiłem o Polsce. Tak, czy inaczej słowa Szeremietiewa w naszej sytuacji są gorzkie. Gorzkie, bo mówią o nas to, czego większość nie chciałaby słyszeć. Ale mówią prawdę – a większość Polaków na Wyspach prawdę ceni wyjątkowo.

Z uwagą przyglądam się wszystkim obecnym – obrazek, którego nie da się zapomnieć. Każdy z nas trafił tu z innych powodów, choć co do tego, że nie planujemy powrotu zgadzamy się, jakbyśmy byli jedną rodziną. Każdy z nas jest Polakiem na swój sposób. Każdy z nas wierzy, w co wierzy i widzi świat po swojemu.

Na niewielkim stole pod oknem stoi choinka – 10 cali (jakieś 20-24 cm), nie więcej. Bez bombek, bo w dniu zakupu była choinką na miarę naszych możliwości, kilkufuntowym wydatkiem. Uważam, że jest od pierwszego do ostatniego atomu sztuczna, pewnie wyprodukowana gdzieś w Chinach, choć i Małgosia, i Jacek są przekonani, że jest prawdziwym drzewkiem, więc co jakiś czas w plastikowej doniczce znajduję niewielką ilość wody. Która wyparowuje – słowo wam daję. Wiem o tym, bo do doniczki z tym rachitycznym, sztucznym drzewkiem co jakiś czas wkładam kadzidełko. Poza tym – to sprawdziłem – choince jest doskonale obojętne, czy ma wodę, czy nie. W – najtrudniejszym dla mnie – okresie świąteczno-sylwestrowym nie zaszczyciłem drzewka nawet kroplą wody. I wygląda, jak wyglądało.

Święta Bożego Narodzenia spędzone z dala od bliskich są szczególnie bolesne. Nie pomogła tu nawet wigilia, którą z pieczołowitością przygotowali Małgosia z Jackiem i którą formalnie określili wigilią pracowniczą (zakładamy firmę, pomagamy Polakom), na której pojawiła się Kasia – mój przyjaciel od czasów licealnych, który towarzyszył mi we wzlotach i upadkach i który przyjechał do Londynu, bo życie w Polsce stało się zbyt trudne.

Wigilia w Londynie

Kasia – menedżer bankowy z wieloletnim doświadczeniem, analityk i finansista – zajmuje się dziś opieką nad osobami niepełnosprawnymi. Pieniądze takie sobie – ale na życie starczają z nadwyżką, wypłacane regularnie, bez poślizgów i zgodnie z kwotą zapisaną w kontrakcie. Sami wiecie, ile to znaczy. Za kilka tygodni dojedzie do niej jej chłopak – ślub, jeżeli go wezmą, odbędzie się w Londynie. Powrót do Polski? – Pietkun, no co ty? A ty się wybierasz? – zadane ze śmiechem pytanie rozwiałoby moje wątpliwości. Gdybym je miał.

W przeciwieństwie do moich współlokatorów nie jadę na święta do Polski. Bo zgodnie z prawem popytu i podaży ceny biletów na autokary i samoloty poszybowały na niebotycznie wysoki pułap. Za późno się nad świętami pochyliłem – moja wina. Gdybym kupił bilet dwa miesiące wcześniej, byłoby w porządku. Ale dwa miesiące wcześniej pracowałem dla agencji pracy, która na bezczelnego skubała moje wynagrodzenie.

W przeciwieństwie do Kasi – nie spędzam Wigilii w pracy. Korzystam – z ostrożnością – z zaproszenia mojej przyszywanej, ghanijskiej rodziny, która zamiast potraw, do których w wigilijny wieczór przywykłem, zastawia stół pieczonymi mięsami. Przepyszne! Choć doprawdy nie wiem, które zwierzęta stały się naszym posiłkiem. I, kiedy sięgam po skrzydełko, jako żywo przypominające palec, wolę nie pytać. – W końcu – mówię sobie w myślach – miałem się przy nich zachowywać, jak antropolog kulturowy. Uczyć się, poznawać, być obok. Przecież to chrześcijanie, tacy sami jak ja.

Pierwszy raz od dawna tak bawię się rozmową. Bright pokazuje wszystkim swoją narzeczoną, też z Ghany, ale mieszkającą w Holandii. Oglądamy zdjęcia: jest piękna – w ogólnym odbiorze. Choć mnie wydaje się, że jest całkiem przeciętna. No, ale w końcu, poza kulturą i tradycjami różni nas również pojmowanie piękna i atrakcyjności. Pewnie, na swój sposób, jestem dla nich – z wyglądu – odrażający.

  • Co się stało – pytam 17-letnią Priss. Jak każda siedemnastolatka całą sobą pokazuje co i kiedy ją nudzi, robi prześmieszne miny (choć wiem, że robi je do siebie – podobnie jak moja najstarsza córka, jej rówieśniczka), przewraca oczami, co przy jej czarnej skórze daje podwójnie komiczny efekt.

Niechętnie i półgłosem przyznaje, że trochę się nudzi. Wolała by pójść odwiedzić przyjaciół. Tam przynajmniej mają choinkę… Ale kolędy śpiewa ze wszystkimi. „Cicha Noc” w wydaniu angielskim przypomina mi wszystkie polskie wigilie. Później robi się coraz weselej, bo ten specyficzny gospel song nie pozwala się nie uśmiechać. Rytmiczne klaskanie i swingujący głos Jennifer sprawiają, że zaczynam się nieźle bawić.

  • Bracie, a może ty nam zaśpiewasz kolędę – to Bright, brat Jennifer.

Nie zaśpiewam. Nie umiem śpiewać, a już na pewno nie tak jak oni – ale to mój sekret. Dla nich mam inne, nie mniej prawdziwe, wyjaśnienie. – Popłakalibyście się – mówię. – Polskie kolędy są smutne. Nieskończenie smutne, mówią o cierpieniu młodej matki, samotności i odrzuceniu. Generalnie.

  • Dlaczego? – to Rosemary, pastor i matka Jeniffer, Priss i Brighta.

No właśnie, dlaczego? Dlaczego ze wszystkich kolęd w całym znanym Wszechświecie te Polskie są piękne – ale najsmutniejsze? Wiem, to kwestia naszej historii. Tego, jak się czuli i jak umierali Polacy-powstańcy. Nawet piękna tradycja pustego nakrycia ma konotacje z Powstaniem Styczniowym…

  • Taką mieliśmy historię – zamykam temat. I wyjaśniam, że to zbyt skomplikowany wywód na świąteczną kolację. No dobra, nad historią Polski przechodzimy do porządku dziennego. Wrócimy do niej na innym spotkaniu, kiedy poróżnimy się w dyskusji o Bogu. Zadam wówczas pytanie, gdzie był kiedy miliony ludzi ginęły w obozach koncentracyjnych. Niemieckich – nie polskich.

Nawiasem mówiąc odkrywam wówczas, że to ja i moi towarzysze – których znam i nie znam – na emigracji jesteśmy ambasadorami prawdy o Polsce. Nie rząd i jego ministrowie. Ghana już wie, że obozy koncentracyjne nie były polskie.

Nie znam swojego języka?

Wiedzą również Somalijczycy, Nigeryjczycy, Pakistańczycy i jeden Jamajczyk, których spotkałem w magazynach podczas swoich nocnych prac. Jamajczyków poznałem dwóch – ale jeden z nich był wiecznie nieobecny duchem. Bardzo miły, sympatyczny, z wielką czapą przykrywającą dreadloki i nazywany przez wszystkich Ras – to od tytułu szlacheckiego w Etiopii i przedkoronacyjnego imienia Hajle Sellasie I (Ras Tafari Makonnen), ostatniego cesarza Etiopii, który dla części Jamajczyków pozostaje wcieleniem żywego Boga.

  • Gówno prawda – słyszę, kiedy próbuję o tym rozmawiać z drugim Jamajczykiem, Normanem, którego ksywki nie jestem w stanie zapamiętać. – Pieprzysz, Profesor. Żaden człowiek nie jest Bogiem, to jakaś zupełna bzdura.

Norman to pół głowy niższy ode mnie, wysportowany, 30-latek, który odkąd pamiętam tytułuje mnie profesorem. Nie ze względu na to, żebym był szczególnie mądry, ale z powodu moich drucianych okularów. I tego, że nie zostawiam po sobie syfu w jadalni, co większości czarnych i muzułmańskich braci się zdarza. Aha, jeszcze jedno, nie jem również rękami – szukam sztućców, albo nie jem wcale. To, w powszechnej opinii, jest wyrazem mojego wywyższania się nad resztą.

  • Słyszysz mnie, Profesor? – Norman nie ustępuje. – Hajle Sellasie nie był Bogiem. I to nieprawda, że większość Jamajczyków uznaje go za Boga.
  • Nie wiem, bracie. Nie byłem na Jamajce i nie twierdzę, że większość tak uważa. Na pewno jakaś część tak uważa, a wiem to z książek, reportaży, dokumentów telewizyjnych – odpowiadam. Ani mi się śni kłócić się z Normanem. Jest głupio uparty i ma rzadki dar wyprowadzania mnie z równowagi. Udało mu się to, kiedy spieraliśmy się o polskie tłumaczenie angielskiego słowa „outlaw” przy okazji oglądania plakatu filmowego. Plakatu z Polski z tytułem „Wyjęty spod prawa”.

  • To złe tłumaczenie, bo po polsku są trzy słowa a po angielsku jedno – to Norman.

  • Tłumaczenie nie jest złe, bo dokładnie oznacza to, co oznacza – odpowiadam. – Najbliższe słowo, które można byłoby tu wykorzystać w języku polskim to „zbójnik”. Ale jest to słowo z gwary, więc wydaje mi się, że tytuł jest przetłumaczony dobrze. Zresztą to i tak wszystko ma związek z kontekstem.

  • E, Profesor. Nie znasz swojego języka. Lepiej sprawdź w słowniku.

  • No więc dobrze, ty znasz lepiej mój język – odpowiadam i dodaję: – Ale pozostanę przy swoim zdaniu.

  • W każdym języku jest tłumaczenie słowa „outlaw”, to raptem w Polskim nie ma? Nie znasz swojego języka…

  • Już ci mówiłem, że to wyjęty spod prawa – dyskusja zmierza donikąd, ale jeżeli Norman miał ochotę wyprowadzić mnie z równowagi, to cel osiągnął. Zastanawiam się, czy i jak walnąć go w łeb. Nie mam wątpliwości, że na takiej bójce byłym podwójnie stratny. Pewnie dostałbym bęcki, nie mówiąc o tym, że z pracą mógłbym się pożegnać. Kończę więc tradycyjnym w tym miejscu „fuck you”.

  • Szefie, Profesor kazał mi się odpierdolić – Norman nie ustępuje.

  • Co się dzieje? – szef zmiany też jest czarny. Nie wiem, skąd. Przez tygodnie wspólnej pracy zdążyłem go polubić.

  • W ogóle z nim nie dyskutuj, nie widzisz, że on próbuje cię wyprowadzić z równowagi? – śmieje się.

  • Widzę, dlatego powiedziałem mu, że dyskusję uważam za skończoną.

  • Moja historia…

    Kilka dni później w tej samej jadalni zaczepia mnie Somalijczyk. Prostym pytaniem, skąd jestem.

    • Z Polski. Jeżeli wiesz, gdzie to jest – mówię.
  • Jasne, że wiem, gdzie jest Polska – słyszę. – Skończyłem historię w college’u. Mam dyplom, więc doskonale wiem gdzie jest Polska. Znam nawet waszą historię.

  • To miłe, więc przez chwilę dyskutujemy o tej historii. Kolega trochę przesadził z tą znajomością. Myślał o najnowszej historii. Ku swojemu zdumieniu dowiaduję, się, że urodziłem się w kraju komunistycznym. Ok – niewiele brakowało, znałem nawet kilku wojujących komunistów. Ale jednak Polska komunistyczna nie była. Bezspornie w podstawówce wpajano mi miłość do socjalizmu. Komunistyczne były Chiny, Kuba, Związek Radziecki. Polska – nie. Tak samo, jak nie od upadku Muru Berlińskiego zaczął się demontaż bloku wschodniego. W brytyjskich podręcznikach takie oczywiste to nie jest. Cóż – trudno. Nie pierwszy raz okazuje się, że to co widziałem w Polsce różni się od tego, co widzą wszyscy pozostali. Będę miał nad czym myśleć nad ranem.

    Kiedy wracam do domu przyglądam się londyńskim ulicom. Londyn śmierdzi. Po ulicach biegają szczury i lisy żyjące w doskonałej symbiozie wyjadając z londyńskich śmietników to, czego między północą a drugą nad ranem nie wyjedli bezdomni. Albo to, co rzucili na chodnik wracający z pubów i z imprez mieszkańcy miasta. Borys Johnosn, burmistrz Londynu już kilkukrotnie obiecywał, że problem lisów rozwiąże. Dotychczas nie był skuteczny.

    Kilka tygodni wcześniej tą samą ulicą wracałem z Ingą, która do Londynu przyjechała ze Szwajcarii. Nie dla pracy. Przyjechała posklejać złamane życie. Idziemy razem, bo obiecała mi opowiedzieć swoją historię. Inga jest wysoka. Szerokich ramion i sportowej sylwetki nie ukrywa nawet dziewczęca sukienka. – Jestem kickbokserką. Z sukcesami w sporcie – mówi, kiedy mijamy trzyosobową grupę podpitych tubylców i mimowolnie idę w taki sposób, żeby znaleźć się między nimi a rozmówczynią.

    To te jej szerokie plecy stały się początkiem naszej znajomości. A właściwie wykrzykiwane głośno komentarze moich kolegów – z innej pracy – Polaków, którzy na kilkaset sposobów, po polsku, w ciągu kilku godzin nocnej zmiany zdążyli jej zaproponować seks. Za pieniądze – przy czym w połowie propozycji to ona miałaby płacić. Rozpłakała się. Dyskretnie. Zwróciłem im uwagę – po polsku, językiem zrozumiałym w tego typu dyskusjach. W czasie przerwy na papierosa poszedłem z nią porozmawiać. Miałem kibiców – a jakże! Zakładali się między sobą, czy tę, jedyną na nocnej zmianie dziewczynę, poderwę, czy nie.

    Kickbokserka

    • Słuchaj…
  • Ty myślisz, że ja nie rozumiem, co oni do mnie mówili? – pyta mnie ze złością.

  • Znasz polski? – dziwię się.

  • Znam rosyjski. Wystarczająco dobrze, żeby zrozumieć, co mi mówili po polsku za plecami.

  • To sztubackie żarty. Przykro mi, że je słyszałaś – przechodzę na rosyjski. Brytyjska Polonia w większości rosyjskiego nie rozumie. To nam pozwoli rozmawiać. Mojej nowej koleżance mówienie po rosyjsku przychodzi z trudnością. Ale nie rezygnuje.

  • Inga opowiada o swoich tatuażach. Na dłoni ma trzy wielkie, czarne kule. Są symbolem doskonałości – jeśli chodzi o kształt. I duchowego rozwoju – dlatego trzy. Ma jeszcze kilka innych tatuaży. Wszystkie zrobiła sama. I to tatuaże są jej motorem napędowym. Chce mieć w Londynie studio tatuażu – takie marzenie.

    • Skończyłam akademię sztuk pięknych, ale tak naprawdę to tatuaż mnie kręci – opowiada mi później, kiedy siadamy bladym świtem nad włączonym dyktafonem. Zwykle nie nagrywam obcych ludzi, chyba że ich życie było w taki, czy inny sposób ciekawe. Jej było. I zgodziła się na to, żeby je opowiedzieć. – Później zaczęłam ćwiczyć pływanie i kick boxing. Zdobyłam parę nagród – mówi. Wszystko w Szwajcarii i we Włoszech.
  • No dobrze, to skąd znasz rosyjski? – pytam. Ale pięć minut później żałuję, że w ogóle takie pytanie zadałem.

  • Bo urodziłam się w Związku Radzieckim. W Kazachstanie – tę część opowieści Inga snuje szlochając a momentami głośno płacząc. To drugi, czy trzeci raz w życiu, kiedy nie wiem, jak się zachować. – Kiedy miałam pięć lat umarli moi rodzice. Oboje naraz. Zginęli w wypadku samochodowym. Trafiłam do ochronki – zdania są krótkie, przerywane szlochem. W ciągu następnego roku jest adoptowana małżeństwo ze Szwajcarii. Tyle, że nieoficjalnie. To nielegalna adopcja, która jej nowej rodzinie będzie się odbijać czkawką do upadku Związku Radzieckiego. Nie, nie mówi do swojej nowej mamy „mamo”. Jej mama nie żyje. Do obecnej zwraca się po imieniu. Rosyjski pamięta z dzieciństwa – w nowym domu nigdy go nie używała. Sporadycznie zdarzało jej się słyszeć ten język od rosyjskich turystów w Alpach. – Ale – zapewnia – nigdy, do końca życia, nie zapomnę swoich pierwszych pięciu lat. Ani rodziców, ani języka.

  • Czy ma chłopaka, męża?

    • Miałam faceta przez trzy lata – opowiada. To już ze złością. – Giovanni. Kochałam go, mieliśmy się pobrać. Ale miał taką słabość do prostytutek, że spędziłam kilka tygodni w szpitalu z powodu choroby wenerycznej.

    Czym ją zaraził? Milczenie. No dobra – poszedłem w pytaniach za daleko. Wracamy do marzeń, czyli w jej przypadku do studia tatuażu. Eksplozja fascynacji obrazkami malowanymi na ciele to też była odpowiedź na Giovanniego. Tyle, że dzisiaj stała się celem samorealizacji. A Inga ten cel osiągnie. – Osiągnę, wiesz o tym, prawda? – pyta.

    Nasza rozmowa trwa trzy godziny. To akurat tyle, na ile pozwala bateria dyktafonu. Kiedy każde idzie w swoją stronę korzystamy z brytyjskiego sposobu żegnania się. To taka forma, która jest nienazwanym wprost sposobem powiedzenia, że się już więcej nie spotkamy. Na pożegnanie dostaję wyrażoną wprost zgodę na wykorzystanie jej historii we wszystkich obszarach w każdej publikacji, w jakiej będę jej potrzebował. W pracy też już się nie spotkamy. To była jej ostatnia noc.

    Tottenham nie spłonęło

    Kiedy przez Wyspy Brytyjskie przetaczała się dyskusja o polskich imigrantach, podsycana przede wszystkim przez polskich polityków i telewizje, które wyświadczają im tę uprzejmość, że nie pozwalają ludziom ani na sekundę zapomnieć, że zdaniem establishmentu najważniejszymi wydarzeniami w kraju jest to, co dzieje się w siedzibach PO, PiS, SLD, TR i SP, na Tottenham High Road zbierali się ludzie, którzy przyszli protestować przeciwko decyzji sądu ws. policjanta, który kilka lat temu zastrzelił Marka Duggana. Później Tottenham spłonęło w ogniach rozruchów. Na ulicę wyszli kolorowi mieszkańcy okolic paląc i burząc co popadnie na głównych ulicach. Duggan dostał kulę – w telegraficznym skrócie – bo nie tak spojrzał na policjanta. Nie do końca go rozumiał, w końcu był imigrantem. Zginął na miejscu – zostawił żonę z dziećmi. Królewski sąd uznał, że policjant miał prawo strzelać – i stąd tegoroczna manifestacja. Niewielka. A szkoda, bo idąc na nią miałem cichą nadzieję na powtórkę z rozruchów. Na ulicy zaczepia mnie starsza pani w odblaskowej kamizelce z napisem służba cywilna z nazwą jakiejś organizacji pozarządowej. Stoi w trzyosobowym patrolu o średniej wieku koło 70 lat. Są tu, żeby patrzeć, czy policjanci zachowują się poprawnie. A tego akurat policjantom odmówić nie można. Każdy z mijanych starannie unika kontaktu wzrokowego.

    Rozmawiam z kobietą przez chwilę. Skąd jestem? – Z Polski droga pani – odpowiadam. – Zdaje się nie lubicie Polaków. Jeśli wierzyć Cameronowi.

    • Niech pan tego nie słucha – dowiaduję się. – To bzdura, polityka. Oni sobie robią kampanię wyborczą. Oczywiście, że was lubimy i szanujemy. Wiele Polakom zawdzięczamy.

    To stoi w dychotomii z dyskryminacją, z którą się spotykam w Zjednoczonym Królestwie, niemal codziennie – jako Polak właśnie.

    Ale ze staruszką rozstajemy się w pełnej zgodzie. – Niech pana Bóg błogosławi – słyszę na pożegnanie.

    Robię kilka zdjęć. I kiedy podchodzę do policjantów nie ukrywam rozczarowania. Zdjęć nie mogę im zrobić. Nawet mimo tego, że jestem dziennikarzem. – Nie jesteśmy fotogeniczne – policjantka zamyka dyskusję. Ale po chwili dodaje z uśmiechem: – Mam nadzieję, że nic się nie będzie działo. Co, Pan sądzi, że my nie mamy co w domach robić?

    Życzę im spokoju. Szczerze.

    Kiedy wracam wieczorem do domu przeglądam informacje BBC. Stąd i ze świata. Potem, z Małgosią i z Jackiem, oglądamy Fakty. To samo, co zwykle. Tusk i Sikorski bronią mojej godności.

    • Skończ pieprzyć frędzlu jeden – Jacek krótko podsumowuje słowa premiera.

    Kilka dni później czytam list Jarosława Kaczyńskiego. I wówczas mnie olśniewa. Daliśmy się wozić za noc bandzie polityków, którzy nigdy w publicznej dyskusji nie użyli formy dokonanej czasownika. To właściwie wszystko mówi o tym, na ile można wierzyć ich słowom. Oni zawsze robią, a nic nigdy nie jest zrobione. Oni reformują, ale nie zreformują. Oni będą znosić, ale nigdy nie zniosą, będą zmniejszać podatki ale nigdy ich nie zmniejszą, będą zawsze w połowie drogi do tego, co obiecywali. Nawet mimo to, że ich obietnice są w jednej trzeciej drogi do tego, do czego jako kraj powinniśmy dążyć.

    Tryb niedokonany

    Przeglądam polskie media z ostatnich lat. Żadnej skończonej sprawy. Wszystko robione, ale nic nie zrobione, bez względu na partię, poglądy i staż w polityce. Kiedy jako 10-letni chłopiec próbowałem podobnego zabiegu na swoich rodzicach mój ojciec w krótkich słowach wyjaśnił mi swój pogląd na moje prace domowe. – Nie interesuje mnie co robiłeś, ale co zrobiłeś – usłyszałem. Cóż mogłem powiedzieć. Uczciwie siedziałem nad książkami i zeszytami przez dwie, czy trzy godziny. Pod spodem miałem inną książkę – „Tomka na Wojennej Ścieżce”. Fantastyczna lektura. Ale kiedy ojciec sprawdził ile z moich robionych rzeczy było naprawdę zrobionych dał mi krótki wybór: czy wolę dostać lanie kablem przez spodnie, czy pasem na goły tyłek. Nie negocjowałem – oceny w moim dzienniczku nie mogły w żaden sposób świadczyć na moją korzyść. Zastanawiam się, kiedy przed podobnym wyborem Polacy postawią polityków? Bo ostatnie 20 lat świadczy na ich rzecz mniej więcej tak, jak mój szkolny dzienniczek na moją w połowie lat 80. XX wieku.

    Wspomniałem o dyskryminacji? No tak… ale to temat na dłuższy wywód. To, że Brytyjczycy dyskryminują Polaków jest jasne i dla nich, i dla nas. Tak samo, jak to, że i premier i jego partia mają to głęboko pod kręgosłupem. No, ale nad tym tematem, podobnie jak nad Polaków obecnością w londyńskim City pochylę się kolejnego zimowego wieczoru. To, że w Londynie jest zima wiem głównie stąd, że przez okno w pokoju widzę gwiazdozbiór Oriona – zdecydowanie zimową konstelację na północnej półkuli. Rano i tak obudzi mnie Słońce i śpiew ptaków, które w Polsce kojarzone są wyłącznie z wiosną. Później, w ciągu dnia, zmoczy mnie deszcz. Tak ze cztery razy. Śnieg? Pamiętam, choć nie jestem pewien czy nie bardziej z książek i z filmów, niż z tego że ciągałem dzieci na sankach. W dupie mam politykę, ale z Polski a właściwie z polskości, nie zrezygnuję. I bez względu na słowa Camerona, będę Polakiem zawsze. Moje dzieci (na które nie biorę zasiłków, o co głównie chodziło Cameronowi) także… A Brytania? Cóż, dobranoc Brytanio. Bez uniesień i zbędnego zachwytu. Szkoda, że i tak jesteś piękniejsza od tego, co zrobili z Polską, pożal się Boże, przedstawiciele narodu.

    Paweł Pietkun

     

    „Listy z emigracji” przeczytać można także w Gazecie Obywatelskiej. Publikowane są pod tytułem „Ze sztambucha emigranta”.

    Odwiedź blog Pawła Pietkuna na WordPress

    6 uwag do wpisu “Listy z emigracji

    1. Hallo i pozdrawiam.Kiedy w końcu będzie wasza w internecie.domena?PIETKUN.Czy ja mam zarejestrować i podarować?Ach kochani.Miło się was czyta.Wasze nazwisko ta już jest reklamą.To jest Marka Towarowa.To jest realne.Marek Lipski.

    2. Szukałem stron o Pietkunach i znalazłem 🙂 Pozdrawia Jakub o tym samym nazwisku

    3. O wiele wiecej mozna zarobic w kopalni zlota w Zachodniej Australii. Po paru latach mozna kupic luksusowy dom w Perth I byc ustawionym na cale zycie. Trzeba byc metalurgiem lub geologiem (3 letnie studia)
      Praca wcale nie jest ciezka. Tylko monotonia na stolowce bo 3 razy na dzien mozna jesc mieso. 🙂

    Skomentuj

    Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

    Logo WordPress.com

    Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

    Zdjęcie z Twittera

    Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

    Facebook photo

    Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

    Google+ photo

    Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

    Connecting to %s